sobota, 14 lipca 2018

O piosenkach, które już znamy


          Kiedy Piotr Bachurski zaproponował mi, bym do jednego z wydawanych przez niego magazynów, miesięcznika „Bez Cenzury”, pisał kryminalne historie, oczywiście zgodziłem się natychmiast, jednak już w nastepnej chwili, zastanawiając się nad formą, jaką owa seria ma przyjąć, wymyśliłem sobie, że ostatnią rzeczą na jaką sobie pozwolę będzie to, by którykolwiek z tych tekstów dotyczył wyłącznie, a nawet przede wszystkim, samej „akcji”. Od samego początku wiedziałem, że owe teksty będą zawierać refleksje, dla których, czy to któreś z tych zabójstw, czy nawet ich autorzy, będą wyłącznie tłem i pretekstem. Czemu tak? A to z tego powodu, że to jest też metoda, jaką przyjąłem w momencie gdy zaczynałem prowadzić ten blog, której się trzymam do dziś i która, moim zdaniem, sprawia, że, jak do dziś, nigdy się nie zdarzyło, bym uznał, że którykolwiek z moich tekstów został tu wrzucony na tak zwany „odwal się”. Owych kryminalnych histori zdążyłem opublikować kilkanaście, bardzo dbając o to, by w każdej z niech znalazły się dwa, a może i nawet trzy poziomy, których odnalezienie będzie od czytelnika wymagało choćby drobnego wysiłku i to też prawdopodobnie ostatecznie doprowadziło do tego, że redaktor naczelny „Bez Cenzury” uznał, że tak dłużej być nie może i zlecił tę robotę komuś, kto będzie się potrafił lepiej odnaleźć w komunikacji z owym przeciętnym czytelnikiem. A dziś i tak, to tu to tam, przychodzi ktoś i mówi mi, że te teksty o mordercach to jednak był zwykły bulwar. Tak jakbym ja kiedykolwiek pisał teksty o mordercach.
           Tak to jednak jest, że ja wciąż trzymam się swojej starej zasady i bardzo uważam na to, by nigdy przenigdy nie napisać tekstu, który w jakikolwiek sposób będzie opisywał wyłącznie to co każdy z nas może przeczytać na Twittere, lub wysłuchać w telewizji TVP Info. I znów ktoś zapyta, czemu tak, a ja chętnie odpowiem, że to wszystko dlatego, że gdybym ja miał tu wyłącznie komentować bieżące wiadomości i ich publiczne interpretacje, spaliłbym się ze wstydu. Myśle zresztą, że większość osób, które czytają ten blog od lat, choć niekoniecznie go komentują, za to właśnie go ceni i dziś też wie, o czym mówię.
           Wspomniana metoda ma ten jednak minus, że, o czym z prawdziwym bólem przekonuję się od lat, a w tych dniach, jest mi z tym wyjątkowo ciężko, mam bardzo mocne wrażenie, że gdybym zaczął swoje teksty pisać tak jak redaktorzy tygodnika „Sieci” choćby piszą swoje cotygodniowe felietony, osoby, które tu komentują nawet by nie zauważyły, że coś się stało. Gdybym nie  poświęcał połowy tego czasu na wymyślenie dobrego tytułu, gdybym tyle samo czasu co na napisanie tekstu nie poświęcał na jego dopracowanie, większość czytelników nawet by tego nie zauważyła.  A zatem, że już pozwolę sobie przejść do sedna, gdybym ja napisał notkę o nawróceniu Justina Biebera, wzruszając się tym, jak ten dzielny człowiek ujrzał Boga i w ten sposób dołączył do grona wyborców Prawa i Sprawiedliwości, a zatytułował ją na przykład „Justin Bieber – człowiek nawrócony na miłość”, reakcja większości czytelnikow byłaby taka sama, jak była, kiedy napisałem tekst o tym, że nawet jeśli nawrócenie Biebera jest nieszczere i za siedem lat jego małżeństwo z jego ukochaną rozpadnie się w blasku dokłanie tych samych kamer, jakie towarzyszyły jego pięknym początkom.  Czyli i tak musiałbym czytać pouczenia, że jestem bardzo naiwny, skoro uważam, że tym celebrytom należy wierzyć, bo to są bardzo wrażliwi ludzie.
          I to jest coś, co mnie martwi w sposób wręcz dewastujący. Ten brak zrozumienia, ta powierzchowność, to przywiązanie do owej starej już bardzo zasady, tak znakomicie wyrażonej w filmie „Rejs” przez Zdzisław Maklakiewicza, gdy wyznaje, że lubi tylko te piosenki, które już zna, najzwyczajniej w świecie mnie demobilizuje. Jaki jest bowiem sens się napinać, wymyślać jakieś trzypiętrowe koncepty, dbać o to, by każde zdanie miało swój sens, kiedy w efekcie i tak wychodzi na to, że większość czytelników i tak dojrzy sam wierzchołek tej góry i zacznie mi tłumaczyć, jaki to ja jestem płytki, bo oni ów wierzchołek dojrzeli już parę dni temu? Napisałem tekst o tym, że nawet jeśli nawrócenie Biebera i ten jego list do ukochanej to jedynie część projektu sprzedażowego, to moim zdaniem, jego ewangelizacyjny efekt, będzie miał znacznie większy zasięg niż te żałosne sacrosongi organizowane z udziałem Darka Malejonka, Mietka Szcześniaka i Staszka Sojki. Wiedząc, że pojawienie się nazwiska Biebera musi u części znać wywołać pewną konsternację, z premedytacją, tak by każdy dureń się zorientował, w czym rzecz, zatytułowałem go w sposób w najwyższym stopniu ironiczny „Justin Bieber się zaręczył”, a dla pewności jeszcze skierowałem do nich specjalny apel, żeby mi nie tłumaczyli czym jest pop, a na to przychodzą moi podobno od lat czytelnicy i mi tłumaczą, że ten cały pop to gówno, a Bieber to wytatuowany oszust, jak cała reszta z nich. Czemu oni to robią? Przykro mi to mówić, ale powód jest zawsze ten sam. Oni lubią tylko te piosenki, które już słyszeli.
       I na tym temat Biebera kończymy, co i tak nic nie zmienia, bo jestem pewien, że nawet jeśli ja jutro napiszę tekst pod tytułem „Niech żyje Związek Radziecki” natychmiast pojawi się mój kolega Valser i zacznie mi tłumaczyć, że ja się w swoim entuzjazmie mylę, bo Związek Radziecki był do dupy, a on to wie, bo, w odróżnieniu ode mnie, w tamtych czasach żył. Czemu tak? To proste. On tę wiedzę ma i ją sobie bardzo ceni.

Książki, jak już wspominałem są tam gdzie zawsze, a ponieważ jestem w nastroju marnym, nie będę się tu dziś napinał i wypisywał odpowiednich adresów, bo myślę, że ci akurat, którym je trzeba przypominać każdego dnia, i tak ich nie będą potrzebowali.

          

1 komentarz:

  1. Miałam napisać coś budującego jakieś trzy godziny temu, ale nie wyszło. No i tak. Pan Piotr Bachurski na pewno wie, co robi. Biznes musi się kręcić. A te niedopowiedziane kryminalne historie, mimo, że piękne, tak, piękne, są niedochodowe, trzeba się z tym pogodzić i robić swoje, chociaż niedochodowo. A Bieber, tym swoim apelem zrobił bardzo dużo. Na ileś tam milionów na pewno znajdzie się siedmiu sprawiedliwych. Jestem o tym przekonana. Mój 12-letni i 40-kilogramowy psiak potrzebował dziś wieczorem pomocy lek-wet. Jest lepiej. Dziś tym żyję.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.