wtorek, 28 kwietnia 2026

Krew w piach, czyli humanizm hula, a diabła nie ma

 

Jak się należało spodziewać, wczorajszy mój tekst na temat humanistycznego dobroczynienia, choć pewne zainteresowanie, owszem, wzbudził, ze szczególnym zrozumieniem się nie spotkał. Większość reakcji skupiała się albo wokół pobożnych życzeń, by po odejściu Jerzego Owsiaka powstało coś naprawdę uczciwego, albo zwykłej radości, że nawet jeśli powstanie znów coś na kształt WOŚP-u, to przynajmniej będzie to nasz, prawicowy, WOŚP, a nie to lewackie nieszczęście w czerwonych spodniach i okularach. Niemal nikt nie zdawał się pojmować całego sedna poruszonej kwestii, a mianowicie wydawałoby się oczywistego faktu, że w dziejach świata, wszelkie filantropie zawsze ponosiły i musiały ponosić klęski. Gwoździem do trumny muszę jednak nazwać dziesiejsze wystąpienie na platformie X znanego z internetowych nauk jezuity Łukasza Sośniaka, który, owszem, słusznie zauważył, że z ewentualnego upadku Jerzego Owsiaka nie ma się co cieszyć, jednak z tym zastrzeżeniem, że jak pisze Ojciec, WOŚP „przez lata nie tylko zbierała pieniądze, ale uwrażliwiała na pomaganie”.

Odpisałem ojcu Sośniakowi, że, jako osoba wykształcona, powinien znać Łukaszowy fragment o grzesznym trąbieniu, ale ponieważ nie był on chętny, by mi wyjaśnić zawiłości Ewangelii, uznałem, że może przydałoby się nie tylko jemu, ale kto wie, czy nie wielu z nas, opowiedzieć o różnicy między pojęciami humanitas i charistas. Proszę więc posłuchać.

Z powszechnie znanym wyznaniem rzymskiego cesarza Juliana Apostaty, że „nie ma dobroczynności poza Kościołem” – jakże słusznym z perspektywy czasów – wiąże się pewne nieporozumienie. Otóż Julian, jak mówią fakty, nie wypowiedział swoich słów jako pochwały Kościoła, lecz skargi na rozpowszechnioną wówczas jak najbardziej pogańską filantropię, która w porównaniu z Chrystusową charytatywnością robiła na masach bardzo marne wrażenie. Julian Apostata bowiem, jak wskazuje jego przydomek, nawrócony poganin, miał pełną świadomość, że chrześcijanie, czy, jak ich nazywał, Galelijczycy, opiekują się nie tylko tymi, którzy dzielą ich wiarę, ale również poganami i miejscową biedotą, przez co wiara Jezusowa staje się coraz bardziej popularna wśród ludzi porzucających pogańskie kulty, tym samym naraża na problemy religijny system Rzymu.

W przedchrześcijańskim Rzymie pomoc publiczna była skierowana wyłącznie w stronę pełnoprawnych obywateli, zasadniczo po to by nie wszczynali buntów, podczas gdy chrześcijanie pomagali wszystkim cierpiącym, i to wyłącznie z dobroci swych serc. I to w efekcie doprowadziło do tego, że w końcu to Kościół, a nie państwo stał się szafarzem społecznej opieki. W świecie pogańskim opieka medyczna była wyłącznie prywatna, a przez to w sposób naturalny droga; i to Kościół właśnie stworzył wzór dla dzisiejszej publicznej służby zdrowia i to Kościół właśnie, o czym wielu zdaje się nie mieć pojęcia, zbudował pierwsze szpitale. Jeśli w tym momencie ktoś się zastanawia, dlaczego państwo rzymskie w ogóle na to pozwoliło, odpowiedź jest prosta: w obawie bowiem przed utratą władzy. A ona była w pewnym momencie już na tyle realna, że Rzym dopuścił zmiany, które stanowią centrum naszej dzisiejszej cywilizacji, nie bez przyczyny określanej jako chrześcijańska: nie dość że wdowy i sieroty zaczęli być ewidencjonowani, podobnie jak osoby porzucone i kalekie, to niewolnicy przestali być traktowani jak pozbawione duszy przedmioty, a ludzi zmarli w wyniku chorób i wojen zaczęli nagle być zwyczajnie chowani jak Boże dzieci.

Julian to wszystko widział, a jako ktoś kto zdążył poznać w życiu chrześcijaństwo, również rozumiał i stąd w pewnym momencie uznał, że jako przedstawiciel państwa traci grunt pod nogami i wypowiedział swoją słynną sentencję, że dobroczynność jako projekt państwowy tak naprawdę nie istnieje. Ale w tym momencie warto wspomnieć o czymś jeszcze ciekawszym być może. Otóż kiedy po latach cesarz umierał w wyniku ran poniesionych podczas bitwy, miał w pewnym momencie włożyć rękę do jednej z ran, wyrzucić w niebo garść własnej krwi i wypowiedzieć swoje jeszcze bardziej pamiętne słowa „Galilaee vicisti!” przyznając tym samym zwycięstwo Jezusowi. Ów śmiertelny okrzyk został wprawdzie natychmiast zakwestionowany przez pogańskich historyków, natomiast jak najbardziej przyjęty przez tradycję Kościoła i dziś powszechnie traktowany jako autentyczne wyznanie Wiary przez człowieka kończącego swój nędzny ziemski żywot. A ja nie widzę powodu by nie wierzyć, że owa proklamacja Chrystusa Zwyciężającego musiała mieć miejsce. W końcu, całym swoim życiem Apostata pokazywał, że może i popełniał tragiczne błędy, to nie był na tyle głupi, by nawet przed śmiercią nie zauważyć prawdy.

Jakakolwiek jednak owa prawda jest, faktem też jest to, że Julian Apostata był ostatnim pogańskim władcą Rzymu. Po jego śmierci Europa, a za nią świat cały, zaczęły opierać swój rozwój na chrześcijaństwie i dopiero współczesne czasy zapragnęły wrócić pod skrzydła tzw. humanizmu, gdzie już nie tylko współcześni niewolnicy nie mają duszy, ale skórą i kośćmi jedynie są wszyscy pozostali ludzie, z tą różnicą, że owa skóra i pokrywane przez nią kości w przypadku niektórych są znacznie lepiej zadbane i obwieszone piękniejszymi ozdobami. Mówię o czasach, które wszyscy bardzo dobrze rozpoznajemy i na które wielu z nas patrzy z coraz większym przerażeniem: czasy nowego i nowoczesnego pogaństwa. A to są też czasy, gdzie w powszechnej perspektywie dawny podział między pogańską filantropią, czyli tzw. humanitas, a chrześcijańskim charitas powoli zanika, na korzyść niestety tego pierwszego.

A ja już tylko mam nadzieję, że te moje dzisiejsze refleksje pomogą zwrócić uwagę, na coś co próbowałem opowiedzieć we wczorajszym wpisie, a co najwidoczniej nie tylko my tutaj, ale i wielu duchownych zdaje się albo zapominać, albo czego zwyczajnie nie chce wiedzieć.


poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Czyżby Jerzy Owsiak - Reaktywacja?

 

Tak się, proszę Państwa, stało, że syn mój z żoną udali się na wycieczkę do Nowego Jorku i w związku z tym zostawili nam pod opieką troje z naszych wnucząt. A skoro tak, to mogą się Państwo domyślić, że przez ostatnich kilka dni jesteśmy tak tą niezwykłą sytuacją zaaferowani, że przynajmniej ja straciłem niemal całkowity kontakt z tym co się dzieje w Polsce i na świecie. Owszem, słyszałem o próbie zamachu na prezydenta Trumpa, ale poza tym zero.

I oto wczoraj właśnie dotarła do mnie wiadomość, która mnie niemal zwaliła z nóg, taka mianowicie, że gdzieś tam uznano wreszcie, że nie ma co czekać na to, że Jerzy Owsiak się wykopyrtnie,i ostatecznie zakończyć projekt pod nazwą Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Żeby jednak nie pojawiła się bardzo niebezpieczna pustka na polu systemowej dobroczynności, wypatrzono odpowiednią osobę, która będzie mogła skutecznie zastąpić Jurasa i dmuchnąć w nowe, tym razem już nie budzące niecnych podejrzeń, trąby.

Jak słyszę, pojawił się człowiek podpisujący się nazwą Łatwo Gang, dotychczas znany tu i ówdzie jako internetowy influencer, czy jak to się tam nazywa, uruchomił akcję zatytułowaną po angielsku Cancer Fighters i w ciągu kilku dni zorganizował tłumy różnego rodzaju celebrytów z kraju i ze świata, którzy przekazali na jego projekt, ponad 250 mln złotych, a tym samym, jak się zdaje pobił wszystkie dotychczasowe rekordy ustanowione przez WOŚP. Z tego co widzę, presja na owo ratowanie chorych na raka dzieci – bo oczywiście chodzi o dzieci – jest tak silna, że do akcji dołączyli już wszyscy, poczynając od piłkarzy Szczęsnego i Yamala, przez znany dotychczas głównie z hejtowania prezydenta Nawrockiego duet piosenkarski Kwiat Jabłoni, po samą Monikę Olejnik. Powtarzam: presja jest tak wielka, że tam już chyba są naprawdę wszyscy, a najzabawniejsze z tego wszystkiego jest to, że coraz więcej z wyłowionych „filantropów” postanowiła się solidarnie z tymi dziećmi ogolić na łyso. Zabawne, choć nie dziwne: dla ogromnej większości z nich prawdziwe nieszczęście związane z rakiem to to, że człowiekowi wypadają włosy i wygląda głupio. Nie wiem, czy to była inicjatywa otoczenia prezydenta Trzaskowskiego, czy któregoś z jego fanów, ale w Sieci pojawiło się nawet przerobione stare zdjęcie Rafała, jak siedzi u fryzjera i łeb ma ogolony na równo. Że niby on też.

I teraz może zwrócę uwagę na dramatycznie przegapiony aspekt tego wszystkiego i jednocześnie wyjaśnię, o co mi chodzi. Otóż podczas gdy ów Łatwo Gang zbierał swoje setki milionów, po prawej stronie opinii publicznej wybuchł entuzjazm porównywalny chyba tylko z tym co od 20 lat obserwujemy każdego stycznia na ulicach naszych miast. Z jednej strony oczywiście peany na część autora akcji i jej udziałowców, a z drugiej satysfakcja z tego, że wróg został spektakularnie pokonany. Łatwo Gang stał się niemal z dnia na dzień bohaterem prawicowej świadomości, jako człowiek przede wszystkim całkowicie wolny i niezależny, a poza tym skromny i całym sercem oddany służbie bezinteresownemu dobru – a więc przede wszystkim tak różny od Jerzego Owsiaka – a uruchomiony przez niego projekt, który pokazuje dobitnie, że jeśli pomaganie nie ma wymiaru państwowej propagandy, to może być naprawdę piękne i skuteczne.

I oczywiście chyba nikt nie zauważył, że nie ma i nigdy nie było ludzkiej siły, która by była w stanie niemal na pstryknięcie palcami zgromadzić tłumy, jakie udało się zebrać tej jednej w gruncie rzeczy kompletnie nieznanej osobie. Jeśli zasięg owej zbiórki przekroczył granice Polski i dotarł nawet do klubu piłkarskiego w Barcelonie, to znaczy, że w te trąby zaczęli dąć „inni szatani”. I proszę zwrócić uwagę, że nagle chyba nikomu z nas nie przechodzi przez myśl ani to, że w budżecie NFZ-u brakuje nie dwieście, ani trzysta, ani nawet pięćset milionów złotych, ale równe 18 miliardów, a na koniec roku wygląda na to, że mimo akcji Łatwo Gang, ów deficyt wyniesie grubo ponad 20 miliardów. A deficyt całego budżetu też raczej się powiększy niż zwiększy. A skoro tak, to dotychczasowe zarzuty kierowane pod adresem Owsiaka, nie przestaną być aktualne tylko dlatego, że nowyym bohaterem naszego uwielbienia nie będzie stary, zepsuty do szpiku kości dziad w czerwonych spodniach i okularach, a sympatyczny dwudziestoparolatek z internetu. No i oczywiście, wcale tym samym nie straci na aktualności fragment, jeszcze niedawno tak często przywoływany przez wielu z Ewangeli Św. Mateusza o dawaniu jałmużny.

No i jeszcze na chwilę wróćmy do tego bezimiennego herosa od akcji Cancer Fighters. Wielu z nas strasznie się ekscytuje tym, że on jest taki ładny, młody, niezależny, nie liczy na pomoc wielkich państwowych spółek oraz ministerstw, prezydentów miast i wielkich biznesów. Proponuję się zatem zastanowić, ileż to lat miał Jerzy Owsiak, kiedy jeszcze był tylko skromnym dzieckiem milicjanta i radiowym komikiem z chińskim ręcznikiem zarzuconym na jeszcze nie tak łysy łeb. Czy on przypadkiem wtedy gadał coś o polityce? Czy spotykał się z możnymi tego świata? Czy kandydował do Nagrody Nobla?

Oczywiście, jest mi bardzo miło patrzeć, jak ktoś wciska guzik wyłączający Jerzego Owsiaka. Naprawdę trudno było go już znosić, wyłażącego z każdej okolicznej nory. A bardzo liczę na to, że kiedy ów filantrop bez nazwiska pokaże prawdziwą swoją moc, ja już będą na tyle stary, żeby się tym wszystkim nie przejmować.




poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Czy premier Magyar wie jak upiec w mikrofalówce psa?

 

Wczorajsze zwycięstwo Brukseli na Węgrzech, choć w żaden sposób nie zaskakujące, stanowi oczywiście wiadomość ponurą i pewnie ja sam uległbym temu niemiłemu nastrojowi, gdyby nie parę refleksji, które stawiają moim zdaniem to co się stało w szczególnym świetle i dają nadzieję na to, że prędzej czy później, nawet jeśli premier Orban się nie ogarnie, to ogarną się Węgrzy i po raz kolejny głupców z siebie zrobić nie dadzą.

Przede wszystkim, gdy chodzi o same wybory i przegraną Orbana, chciałbym zauważyć, że to że przez te w sumie już dwadzieścia lat jak on stoi na czele Fideszu, nie potrafił, lub nie chciał znaleźć choćby jednego polityka, który poza nim mógłby reprezentować partię jako premier, świadczy o nim jak najgorzej. Dziś dużo się mówi o tym, że głosując na Magyara, Węgrzy nie odebrali nauki, jaką przez ostatnie prawie trzy lata tak dobitnie przekazywała im Polska, natomiast dla mnie ciekawsze jest co innego. Dla zdecydowanej większości osób, czy to w Polsce czy na Węgrzech, to co się dzieje w Europie, a często nawet we własnym kraju, jest kompletnie nieinteresujące, a przez to zwyczajnie obce. Trudno więc się po większości wyborców spodziewać jakichkolwiek politycznych refleksji. Natomiast kompletnie nie rozumiem, dlaczego Orbanowi nie przyszło do głowy, by wziąć przykład ze swojego jak by nie było dobrego znajomego, Jarosława Kaczyńskiego i w pewnym momencie zająć się kierowaniem partią, a do rządzenia przygotować inne, nowe twarze. Czy on naprawdę wierzył, że po tych szesnastu latach ludzie mogą nie mieć już go zwyczajnie dość? On naprawdę nie zauważył, że jeśli się chce przez dwadzieścia lat utrzymywać osobistą władzę w kraju otoczonym przez bezwzględnych wrogów i poddanym równie bezwzględnej propagandzie, to trzeba tę władzę sobie zagwarantować przy pomocy co najmniej tak samo bezwzględnych środków, czyli stworzyć autentyczną dyktaturę. A jeśli tak się nie da, to jedyne co pozostaje, to stworzyć sobie silne kadrowe zaplecze. Tak jak to zrobił Kaczyński właśnie. Aż boję się myśleć, że Orban w pewnym momencie zwariował i uznał, że będzie żył wiecznie.

No ale kto wie? Może i tak było. Może jemu się przytrafiło to samo co Donaldowi Tuskowi, który jak mu przyszło któregoś dnia wyjechać z Polski do Brukseli, jedyne kogo znalazł na swoje miejsce to tę nieszczęsną kobietę z ruskiego prosektorium? No ale stało się jak się stało i mamy co mamy, więc dobrze jest się zastanowić co dalej. Jak się wczytać w komentarze w internecie, to można odnieść wrażenie, że nastał czas wiecznej szczęśliwości i Donald Tusk z Magyarem utworzą wkrótce tandem, który zrobi nie tylko ostateczny porządek w Polsce i na Węgrzech, ale wręcz swoimi wpływami sięgnie do Waszyngtonu. I ja się nie dziwię, że owa euforia ogarnęła niedzielnych komentatorów: jak już wspomniałem wcześniej większość ludzi, na całym świecie zresztą, jest zwyczajnie głupia. Ale tego, że w reakcji na porażkę Orbana bezmyślne szaleństwo ogarnęło tzw. profesjonalistów, nie rozumiem. Co oni sobie wyobrażają? Że Magyar postawi się Putinowi i przestanie sprowadzać od niego ropę, że zgodzi się na brukselskie sankcje wobec Rosji, że podpisze z Zeleńskim traktat o wiecznej przyjaźni? Naprawdę? No ale kto wie? Może rzeczywiście ci mądrale reprezentują gmin w znacznie większym stopniu niż nam się wydaje.

Ale jest jeszcze coś, co w pewnym sensie stanowi pierwszą przyczynę, dla której ten tekst dziś powstaje. Otóż może niektórzy z nas zauważyli, że w Sieci pojawiło się całe mnóstwo komentarzy, gdzie zarzuca się Magyarowi, alkoholizm, ćpanie i zwykłe kurewstwo, a wszystko to podparte rzekomą książką jaką napisała jego była żona Judit Varga i opisała wszystkie jego bezeceństwa, włącznie z tym, jak to on podobno ugotował pieska w mikrofalówce. Wszystkie te doniesienia są systematycznie kwestionowane przy pomocy argumentu ostatecznego, że Varga nigdy nie napisała żadnej książki, a tym bardziej o relacjach ze swoim mężem, z przywołaniem oświadczenia samej kobiety, że historia z książką to fejk, który ukazał się na oficjalnej stronie jakiegoś węgierskiego portalu, a który najwyraźniej powstał tylko po to, by podać tę bzdurę. Tyle że bzdurę o książce, nie o ćpunie, pijaku i kurwiarzu. A tego akurat, z tego co nam wiadomo, ona nigdy nie zdementowała. Bo gdyby to zrobiła, to musiałaby zarzucić też kłamstwo znanemu nam skądinąd prof. Grzegorzowi Górskiemu, który w tych dniach na Facebooku dokładnie opisał swoje dwa osobiste spotkania z ową kobietą, w czasie których ona mu wszystko opowiedziała.

A ja zdążam już do końca i chcę tylko zwrócić uwagę na to, że ze swojego wystarczająco głębokiego doświadczenia mogę podejrzewać, że wspomnianej strony z fejkiem o książce nie założyła kampania Orbana, ale Magyara właśnie, żeby skierować atak w bok, i to skierować jak widzimy bardzo skutecznie. No i konsekwentnie, skoro tak, to wiele wskazuje, i tu nie tylko świadectwo Górskiego, że przynajmniej część informacji, jakie na temat Magyara funkcjonują w publicznej przestrzeni, to prawda. Może on faktycznie w stanie ciężkiego zaćpania pieska nie ugotował, ale to że jest pijakiem, ćpunem i kurwiarzem jest bardziej niż prawdopodobne. A skoro tak, to jest też bardzo duża szansa na to, że on, podobnie zresztą jak Tusk, kolejnych wyborów nie doczeka i nie znajdzie się nikt kto mógłby go zastąpić. Bo jeśli to on jest ten najlepszy, to dalej jest przepasć. Co daj nam Bóg.





piątek, 3 kwietnia 2026

Czy pedofile potrafią rozkręcić poważny interes?

 

Jest bardzo możliwe, że ja tu już kiedyś o tym wspominałem, ale nawet jeśli, to dziś już mało kto o tym pamięta, a i ci pewnie nie za bardzo już tym co tam opisałem żyją. Jednak czas nam nadszedł taki, że czuję się w obowiązku podzielić się tamtą refleksją. Zacznę od tego, że był dawno temu film z Nicolasem Cagem zatytułowany skromnie „8 mm”. A rzecz była o tym, że Cage jest prywatnym detektywem, do którego zwraca się pewna świeża wdowa, która po śmierci bardzo bogatego męża otworzyła jego sejf, a tam znalazła taśmę HVS, na której jest pornograficzny film pokazujący gwałt połączony z czymś co robi wrażenie autentycznego morderstwa. No i pani ta wynajmuje Cage’a, żeby ten zbadał, czy to morderstwo to inscenizacja, czy fakt. No i tu zaczyna się faktyczna akcja, gdzie Cage zaczyna się zapuszczać w kolejne kręgi piekła, zaczynając od zwykłych sklepów z erotycznymi magazynami, przez twardą pornografię, i dalej miejsca, gdzie poza pornografią można też już kupić twarde narkotyki, no i wreszcie niemal wszystko to, co bogaci onaniści mogą sobie wymarzyć. Tam już ceny oczywiście są bardzo wysokie, ale też oferta do owych cen odpowiednia, w tym, jak najbardziej, można za 15 tys. dolarów kupić też taśmę wideo z bardzo realistycznie zainscenizowanym morderstwem.

Niestety, mimo że on już prowadzi biznesowe rozmowy z praktycznie najgorszym ludzkim śmieciem, prawdziwego morderstwa Cage nigdzie nie potrafi znaleźć. No ale ponieważ wdowa mu płaci bardzo dobrze, a on swoje zadanie pragnie wykonać uczciwie, to wreszcie trafia na ofertę, gdzie zabójstwo jest jak najbardziej autentyczne.

Obejrzałem ten film i wtedy po raz pierwszy w życiu uzmysłowiłem sobie, że o ile zbawienia za pieniądze kupić się nie da, a zdrowie i ładną pogodę z trudem, to wszystko inne w jakiś tam sposób można próbować uzyskać. A jeśli pojawi się na scenie ktoś bardzo, bardzo bogaty, wyposażony w jakąś nadzwyczaj silną obsesję, to załatwi sobie wszystko. I w tym samym momencie zdałem sobie też sprawę, z tego, że jeśli ten ktoś zażyczy sobie nie tylko taśmę VHS, ale żywe dziecko, które będzie mógł dyskretnie i bezkarnie zabić, to nie ma takiej możliwości, by przy odpowiedniej cenie, tego dziecka nie dostał. No i konsekwentnie, jeśli pojawi się ten pierwszy, to niewątpliwie już za chwilę zobaczymy tego drugiego, trzeciego i następnych, a wraz z nimi utworzy się najpierw lokalna, a potem światowa sieć.

To były moje myśli jeszcze wiele lat temu, ale dzięki temu, nie zaskoczyła mnie ani niegdysiejsza afera Harveya Weinsteina, ani całkiem świeża z niesławną listą Jeffreya Epsteina, a przyznać muszę, że nawet to co jest pokazane w popularnym – i oczywiście całkowicie fikcyjnym – koreańskim serialu „Squid Game”, nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, żebym miał wzorem prezydenta Trzaskowskiego zakrzyknąć, że o nie, to się w pale nie mieści. Rzecz bowiem w tym, że mnie się to w pale mieści jak najbardziej i to, jak już wspomniałem, nie od dziś. Ale przy tym wszystkim jednak te wszystkie moje przemyślenia każą mi wiedzieć z całkowitą pewnością, że tzw. afera pedofilska w Kłodzku, to tak naprawdę nie jest w żaden sposób afera pedofilska. Owszem, prawdą jest, że w całej Polsce kilkunastu pedofilów umieściło się wygodnie w Platformie Obywatelskiej, a jest bardzo możliwe, że oprócz tych już skazanych są ich tam dziesiątki, a może setki, a ja jestem wręcz gotów uwierzyć, że każdy jeden polski pedofil jest w jakiś tam sposób przylepionych do Platformy. Mało tego. Biorąc pod uwagę fakt, że polskie więzienia niemal w stu procentach głosują za platformą, myślę sobie, że jest bardzo możliwe, że w ogóle większość polskich przestępców związana jest i czynnie i biernie z Platformą Obywatelską właśnie. Jednocześnie jednak nie ulega dla mnie wątpliwości, że ani ta cała Kamila, ani jej mąż to nie są żadni pedofile. Jestem głęboko przekonany, że nawet jeśli to co oni robili z tym dzieckiem i psem, jakoś ich tam podniecało, to oni nie byli ani klasycznymi pedofilami czy sodomitami. On, a razem z nim pewnie jego żona, stworzyli pedofilsko-sodomistyczny biznes i prowadzili go dla pieniędzy, a ponieważ niefortunnie trafiłem na dokładny opis tych ich bezeceństw, to i wiem, że te pieniądze musiały być wręcz niewyobrażalne. Wiedząc już, co tam się przez te wszystkie lata dzień w dzień działo, mogę się domyślać, że te ich filmy musiały osiągnąć na światowych rynkach zawrotne ceny. I w konsekwencji trafiały do tych również, którzy byli w stanie nie tylko kupić sobie dziecko, z którym będą mogli robić, to co "ci Polacy" robili ze swoim, ale być może za dodatkową opłatą któreś z nich zabić. 

Właśnie tak. Na światowych rynkach. Jak wiemy, ci państwo z Kłodzka zastali namierzeni przez służby kanadyjskie, rozumiem, że przez specjalne kanadyjskie służby inwigilujące siatki pedofilskie na całym świecie. Siatki pedofilskie, sodomistyczne, siatki zajmujące się handlem dziećmi, handlem narkotykami, Bóg jeden wie, czym jeszcze, może i produkcją filmów z autentycznymi morderstwami. Tymczasem my tu mamy to nędzne Kłodzko, do którego jeszcze 10 lat temu strach było zaglądać, jakiegoś miejscowego libka, jego żonę radną Platformy Obywatelskiej i koleżankę wicemarszałek Sejmu, i zaledwie jedno maleńkie ogniwo międzynarodowej siatki pedofilskiej. Oni nie byli pedofilami, podobnie jak nie byli zboczonymi mordercami ci ukryci tak naprawdę poza kadrem organizatorzy owego przemysłu, na który ostatecznie Nicolasowi Cage’owi udało się natrafić.

A zatem, proszę nam nie zawracać głowy, nazywając tych dwoje dewiantami, pedofilami, czy zboczeńcami. Im najpierw powinno się sprawdzić konta, by zobaczyć dokłądnie, na jakim poziomie ten ich biznes funkcjonował, a potem ich wsadzić za handel dziećmi. I oczywiście przychylam się do apelu Mateusza Morawieckiego: należy jak najszybciej przywrócić w Polsce karę śmierci.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...