niedziela, 27 maja 2018

Mars napada i przejmuje uniwersytety


         Jak pewnie niektórzy z nas jeszcze pamiętają, jakiś czas temu, przez uprzejmość naszego byłego kolegi, wibitnego reżysera filmowego, Tomasza Gwińcińskiego, pojawił się tu człowiek nazwiskiem Jordan Peterson, wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, jak najbardziej „nasz”. Oczywiście, należy podejrzewać, że on jest dokładnie tak samo „nasz”, jak „nasi” są niemal wszyscy ci, których za „naszych” lubimy uważać, no ale fakt jest faktem. Co ma do powiedzenia ów Jordan Peterson wiem w stopniu szczątkowym, a to ze względu na to, że przez zwykły przesyt tego medium, przekazu w języku angielskim unikam jak zarazy, jednak to co zdążyłem zauważyć wystarczy mi, by przynajmniej w niektórych sprawach trzymać z Petersonem sztamę. Tak się bowiem złożyło, że oto chyba na Facebooku trafiłem na filmik, gdzie ów Peterson, co warte podkreślenia, człowiek uniwersytetu, dyskutuje ze swoim kolegą, również akademikiem, a cały problem sprowadza się do tego, że podczas gdy ów Peterson występuje jako biały mężczyzna reprezentujący wartości charakteryzujące białych mężczyzn, ów kolega akademik, swoją drogą przedstawiony, o ile dobrze zrozumiałem, jako  E.W. Pete, życzy sobie, by ów „mężczyzna” był traktowany równoprawnie z ze stworem, który ma być w przyszłości określany przy pomocy zaimka „ze”. Właśnie tak – „ze”.
         Gdyby część, czujnych przecież i naprawdę otwartych na wszelkie nowostki czytelników wciąż nie wiedziała o co chodzi, śpieszę wyjaśniać. Otóż chodzi o to, że na Uniwersytecie w Toronto, gdzie zatrudnieni są obaj panowie, doszło do awantury, gdzie osoby reprezentujące tak zwaną „społeczność trans gender”, a której przedstawicielem jest ów profesor E.W. Pete, zażądały, by świat, kiedy o nich wspomina, nie używał tradycyjnie akceptowanych zaimków typu „on”, „jego”, czy „nim”, ale nauczył się całkowicie nowego zestawu i zaczął z niego korzystać, a wszystko to w tej oto oczywiście intencji, by nie ranić uczuć mniejszości.
         Ja wiem, że wrzucanie tu tekstów wygłaszanych w językach obcych mija się z celem z tego względu, że nawet jeśli są tu osoby, jako tako sobie na tym polu radzące, istnieją granice, których przekraczać normalnie myślący człowiek przekraczać nie ma ochoty, tym razem jednak nie mam wyjścia i wklejam filmik, na którym „nasz” profesor Peterson dyskutuje ze swoim zboczonym kolegą z uniwersytetu na temat tego, czy prawo powinno ewoluować w tym kierunku, by wymusić na większości obywateli wyuczenie się na pamięć nowej nomenlatury i używania jej wobec tych, co tego oczekują.
      Obejrzałem większą część tej rozmowy i przyznaję, że jestem wstrząśnięty. Gdyby bowiem ktoś mi to puścił informując jednocześnie, że to jest jakiś kolejny telewizyjny skecz, ja bym się pośmiał i na tym koniec. Tymczasem, jak się okazuje, to jest autentyczna debata dwóch profesorów z uniwersytetu gdzieś w Kanadzie i wszystko odbywa się jak najbardziej serio. Tematem tej rozprawy jest naprawdę problem, czy środowiska trans gender (gdyby ktoś nie wiedział, chodzi o tę część naszego gatunku, która uznała, że nie wie, czy jest chłopczykiem, czy dziewczynką) mogą wymagać od wszystkich, którzy zdecydowali się pozostać na wcześniej ustalonych pozycjach, by dla ich fantazji, zmienili swoje językowe nawyki, a więc – że tu pozwolę sobie nawiązać do znanych nam kontekstów – w szczególnych sytuacjach zamiast tradycyjnego „ona”, „jej”, nią” zaczęli używać form: „psi”, „hi” czy na przykład „dri”. I to, powtarzam, jest debata, którą tak zwany cywilizowany i jak najbardziej wykształcony świat prowadzi.
      Ostatnio pojawiło się tu dość dużo głosów, że rząd Dobrej Zmiany zawodzi i w związku z tym nam nie pozostaje nic innego, jak ich wszystkich kopnąć w dupę. Może to wszystko i prawda, natomiast ja postanawiam nieco poczekać, zwłaszcza, że jak słyszę, Irlandczycy wprowadzili w referendum wolną aborcję i wygląda na to, że zostaliśmy tym samotnym białym żaglem. Otóż ja go palić nie mam zamiaru.



Zachęcam wszystkich do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje, i nie tylko moje, książki. Bardzo polecam.





6 komentarzy:

  1. No to jest kolejna granica.
    Na ile to zrozumiałem to chodzi o to aby prawnie wprowadzić obowiązek używania tych form wymyślonych.
    Bo do tej pory każdy system do mielenia ludzkości posiadał nowomowę ale chyba nie było tak że jak coś źle powiedziałeś to nie wsadzali do więzienia, najwyżej wychodziło się na głupka.
    Ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo zabolal mnie fakt referendum w Irlandii i jego wyniku, zwlaszcza, ze zdarzylo sie to w polskim Dniu Matki

    OdpowiedzUsuń
  3. Mną wstrząsnęła ostatnio debata w której występował Peterson, oraz Dyson - ciemnoskóry profesor z USA. Ze względu na moje znikome przesyty angielskim obejrzałem to z przyjemnością językową (nawet części nie zrozumiałem), ale zgrozą poznawczą. Peterson w formie, i serio traktujący interlokutorów, a Dyson - brzmiał cały czas i nie wychodził z roli oratora, przysłowiowego pastora kościoła protestanckiego.

    PS. Moje podejrzenia do "naszości" Petersona biorą się stąd, że niektórym za znacznie mniejszą odwagę coś się stało. A jemu nie, i jego sława wydaje się rosnąć. Chyba, że i tak nie zagraża Systemowi, wtedy - porządkując ludziom w głowach - może nawet mieć dla Systemu wpływ pozytywny.

    OdpowiedzUsuń
  4. To pisałem ja - Krzysztof.

    OdpowiedzUsuń
  5. Remo - niestety, ten prawny obowiązek już został w Kanadzie wprowadzony :(

    OdpowiedzUsuń
  6. W d.... im sie od socjalu poprzewracalo,.. Jak im sie ropa i insze surowce skoncza, to innymi tematami beda sie zajmowac.
    Pozdrawiam, biomasa.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.