wtorek, 14 sierpnia 2018

Nasze kochane Portishead


        Oczywiście żadna wiążąca decyzja nie została jeszcze podjęta, ale przez te dwa dni, kiedy grałem tu różne piosenki, chodzi mi po głowie myśl, by ten blog powoli się przeistoczył w blog przede wszystkim muzyczny. Czemu? No, przede wszystkim bardzo mi się spodobała sytuacja, zwłaszcza sobotnia, kiedy moja notka nie przekroczyła nawet tysiąca odsłon, a dyskusja jaką wzbudziła, była niemal tak żywa, jakbym ja co najmniej ujawnił nieznane tajemnice powołania tak zwanej komisji reprywatyzacyjnej, a co więcej chyba ani jeden komentarz mnie nie zirytował, jako nieadekwatny, złośliwy, czy zwyczajnie głupi. Po drugie, ostatnio zbyt często zauważam, że na temat bieżących wydarzeń nie mam nic mądrego do powiedzenia, a gdy chodzi o refleksje na tematy bardziej ogólne, przede wszystkich nie chcę się powtarzać, no a poza tym bardzo też się boję, że przez intensywność tego pisania, poziom notki może się okazać niewystarczająco godny tematu, a ten element był dla mnie zawsze czymś wręcz podstawowym; żeby temat nie musiał się za mnie wstydzić.
      Ale jest jeszcze coś, o czym myślę od wczoraj. Otóż Coryllus w swojej ostatniej notce napisał coś takiego: „O ile przyjemniej jest siedzieć przed monitorem i wcielać się w tę czy inną rolę...I dyskutować, dyskutować, dyskutować, o tym kto jest kim i dlaczego robi to, co robi”. A ja sobie pomyślałem, że on mi to wyjął z ust, bo w ostatnim czasie dokładnie ta sama myśl chodziła mi po głowie, zwłaszcza po tym, jak wrzuciłem tu tekst o Hypatii i Marii Dzielskiej, tyle że nie umiałem jej tak ładnie wyrazić. 
      No i jest wreszcie ta muzyka, której słucham od zawsze, na której się znam i o której mogę rozmawiać w nieskończoność. Weźmy choćby ów Portishead, o którym nasz kolega Kuldahrus napisał, że oni nie mieli nigdy choćby jednej złej piosenki, a ja mogę tylko dodać, że oni też nie mieli jednej piosenki gorszej od drugiej, a z drugiej strony Valsera, którego zdaniem Portishead to pospolita nędza. Poświęciłem im rozdział w mojej książce „Rock and roll, czyli podwójny nokaut” i zachęcając oczywiście do jej kupowania, przypominam go tutaj.      


      Pamiętam tę lekcję – już wiele, wiele lat temu – z dziewczynką, która miała taką fantazję, że chciała, by przez cały czas było włączone radio i żeby grała muzyka. Siedzieliśmy więc sobie u niej w pokoju, coś tam robiliśmy, a z radia leciały piosenki. To wtedy właśnie, po raz pierwszy w życiu, usłyszałem „Sour Times” Portishead.
      Ja oczywiście nie miałem pojęcia, co to takiego; nawet nie wiedziałem, że zespół pod tą nazwą istnieje; ale też nigdy wcześniej nie słyszałem czegoś podobnego. I pamiętam, że myśmy coś tam robili, tu leciała ta piosenka, a ja poczułem tak straszny żal, że już pewnie ani tego więcej nie usłyszę, ani, co najgorsze, nie dowiem się, kto to śpiewa. A to była Beth Gibbons.
      Okazuje się jednak, i całe szczęście, że nawet jeśli cuda się zdarzają, to nie na tym poziomie. Jak idzie o rynek, on niczego wartościowego nie zostawi na pastwę losu. Nie ma takiej możliwości, by gdzieś się pojawiło coś naprawdę wybitnego, i żeby rynek się tym czymś nie zainteresował. W innym miejscu tej książki czytamy o zespole Arctic Monkeys. To jest jedyny znany mi przypadek, kiedy autentyczna kariera powstała całkowicie poza rynkiem oficjalnym; kiedy zanim oficjalny rynek się zdążył zorientować i wyskoczył ze swoimi pieniędzmi, wszystko już było gotowe. I oczywiście to robi wrażenia, natomiast nawet tu nie ma się co jakoś szczególnie emocjonować. Otóż rynek Arctic Monkeys ostatecznie nie przegapił. Początek oczywiście im umknął, ale potem wszystko już poszło tak jak należy.
      A zatem – nie powiem „tym bardziej”, bo to by nie było zbyt eleganckie w stosunku do tych dzieci z Sheffield – piosenka Portishead też nie mogła zniknąć w czeluściach piekła, jakim jest owa branża. A skoro ta piosenka, to również Beth Gibbons i jej koledzy z zespołu, no i ostatecznie cały ten projekt pod nazwą Portishead. Oni wszyscy musieli się znaleźć tu, gdzie są dzisiaj. A ja się bardzo niepotrzebnie wtedy smuciłem.
      Któregoś dnia, parę lat później, siedziałem tu u nas w domu z moim kumplem Michałem Dembińskim, i nagle zobaczyliśmy, że TVP puszcza koncert Portishead z Nowego Yorku. Oczywiście przestaliśmy gadać, obejrzeliśmy go w milczeniu do samego końca, a kiedy już odzyskaliśmy przytomność, ja, trochę po to, żeby jakoś sprawę załagodzić, powiedziałem, że mam wrażenie, że to jednak jest wtórne. Na to Michał się uniósł i zapytał: „Tak? Wobec czego?” Ja zacząłem intensywnie myśleć, i z głupia frant odpowiedziałem: „Billie Holiday”. Na co on machnął ręką i odpowiedział: „Daj spokój”.
       Portishead powstali w roku 1991. Pierwszy album – ten, na którym znalazło się owo rujnujące jedną z moich lekcji „Sour Times” – został wydany w roku 1994. Drugi studyjny dopiero trzy lata później. Na kolejny musieliśmy czekać 11 lat. A zatem, mamy już ponad 20 lat, i 33 piosenki. Każda na najwyższym absolutnie możliwym poziomie. Trzy płyty, 33 piosenki, i nie ma żadnego sposobu, by autorytatywnie powiedzieć, że ta jest gorsza, a tamta lepsza. Oczywiście, każdy ma coś, co lubi najbardziej. Ja też. Natomiast nie widzę możliwości, żebym ja tu chciał wchodzić w polemikę z kimś, kto uważa inaczej.
      Portishead nie nagrywają wciąż to nowych albumów, jak sądzę, z prostej przyczyny: prawdopodobnie nie mają wystarczająco dużo pewności, że to co wydadzą, będzie wystarczająco dobre. Zapewne bardzo się boją sytuacji, kiedy to oni wydają kolejną płytę, a część tych, którzy ich traktują, jak coś najważniejszego w życiu – a zaręczam, że co najmniej kilku takich jest – odwracają się zawiedzeni. I nie widzę możliwości, by było inaczej. Portishead to jest już wystarczająco uznana marka, by mieć pewność, że każda kolejna płyta się sprzeda. Im ani nie grozi to, że gdy oddadzą materiał do produkcji, ktoś im powie, żeby się nie wygłupiali, bo to jest zwyczajnie za słabe, ani tym bardziej to, że ten album trafi do sklepów i się nie sprzeda. To jest rynek, a rynek wchłonie wszystko. Beth Gibbons, Geoff Barrow, Adrian UtleyClive Deamer i Dave MacDonald to jest taka marka, że oni już do końca życia mogą jechać na samej nazwie. Jak, nie przymierzając, jakieś U-2, czy Metallica. A mimo to, tego nie robią.
      A nie jest też tak, że oni się pokłócili, albo prowadzą rozległe, osobne biznesy i nie mają czasu na sztukę. Zespół Portishead istnieje jak najbardziej i jest w ciągłym ruchu. W tym roku wystąpił i w Glastonbury i w Krakowie i w dziesiątkach innych miejsc na świecie, i – kilka z tych koncertów miałem okazją oglądać – ani na moment nie pokazał, że im nie zależy. Dwa lata temu oni przyjechali do Poznania i proszę sobie wyobrazić, że i ja tam byłem. Ten koncert się zaczął, minął, skończył się i tam też ani przez chwile nie było widać, że jest inaczej, niż było 20 lat temu.
     Portishead swoją trzecią i ostatnią jak dotąd płytę wydali w 2008. Mało kto lepiej wie ode mnie, jak wielu na nią czekało. I się doczekało. Od tego czasu minęło już 5 lat… i cisza. Oni jeżdżą od miasta do miasta, i grają te swoje 33 piosenki przed wiecznie rozentuzjazmowanym tłumem fanów, a my czekamy na płytę czwartą, i nie jesteśmy nawet sobie w stanie wyobrazić, co to będzie takiego. Ale wiemy, że ona się pojawi, i znów albo się okaże czymś absolutnie niezwykłym, albo jej zwyczajnie nie będzie.
     Na trzecim albumie Portishead znajduje się piosenka zatytułowana „Machine Gun”. Każdy w miarę zorientowany słuchać bez najmniejszego ryzyka popełnienia błędu, już od pierwszych jej dźwięków, że to nie jest ani cover hendrixowskiego „Machine Gun”, ani dowód na to, że oni są jednak mało samodzielni. „Machine Gun” Portishead to hołd dla Hendrixa. A ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że Jimi Hendrix gdzieś tam to wszystko widzi, i słyszy każdy z tych, tak nowych z jego punktu widzenia, dźwięków, i jest bardzo, ale to bardzo usatysfakcjonowany.

      A zatem, zróbmy teraz to, czego książka nam dać nie mogła, czyli posłuchajmy i popatrzmy. „Machine Gun”.


     


6 komentarzy:

  1. "...ale też nigdy wcześniej nie słyszałem czegoś podobnego." Słyszał Pan panie Krzysztofie, słyszał Pan. Portishead i „Sour Times” , to kontynuacja klimatu soundtrack-u Twin Peaks. Tam się rozpoczęła ta przygoda ...a skad się wzięła w Twin Peaks? Trzeba by powęszyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @sovereign2000 Tetragrammaton
      Twin Peaks to Badalamenti. Bardzo dobry, ale to jest moim zdaniem inny wymiar.

      Usuń
    2. To Badalamenti, który aranżował większe formy dla Pet Shop Boys, ale mnie chodziło o klimat knajpy w Twin Peaks, który zajmuje połowę soudtrack-u. Nowa seria Twin Peaks tylko to potwierdza - jeszcze więcej kapel na koniec każdego odcinka ...same tuzy i znów ten klimat którego szukamy razem z Portishead. Badalamenti oczywiście słuchał w 1984 r. Cocteau Twins, np.Lorelei, czy Beatrix z albumu "Treasure" (i znów ten klimat ...już w 1984).

      Usuń
    3. @sovereign2000 Tetragrammaton
      Trudno mi na ten temat rozmawiać. Znam muzykę, natomiast z samego filmu nie widziałem ani minutki.

      Usuń
  2. Pamiętam album Third Soft Machine. Ciężka rzecz do przebrnięcia, ale się udało. Mimo, że część tzw Canterbury Scene lubię, to akurat oni mnie nie porwali. Ale Przez Third Portishead nie wiem czy bym przebrnął. Jeśli wszystko jest takie, jak ten numer powyżej, marne szanse.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Lucas Beer
      Fantastyczna płyta. Mnie do dziś zachwyca Moon in June.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.