niedziela, 18 marca 2018

Wesele, czyli o lepkich rękach Dobrej Zmiany

      Kilka notek temu, przy okazji związanej z zupełnie innym tematem, wspomniałem o tym, jak to jeden z moich byłych uczniów zaprosił nas na przedstawienie „Wesela” w reżyserii Jana Klaty do Teatru Starego. Otóż proszę sobie wyobrazić, że z zaproszenia skorzystaliśmy właśnie wczoraj i owa inscenizacja zrobiła na mnie takie wrażenie, że nie jestem w stanie przestać o tym „Weselu” myśleć, ale też nie umiem się powstrzymać przed tym, by o tym, co nas wczoraj spotkało, napisać osobną notkę i podzielić się bardzo szczególnymi refleksjami, dotyczącymi już może nie tyle samego przedstawienia, co polityki i to akurat tej najbardziej bieżącej.
      Proszę sobie zatem wyobrazić, że siedzieliśmy wczoraj w tym teatrze w Krakowie i przez pierwszą godzinę byliśmy tym co widzimy i słyszymy tak poruszeni, że nie dość że nie odezwaliśmy się do siebie słowem, to nawet chyba na siebie nie spojrzeliśmy, tak by choćby na chwilę nie oderwać wzroku od tego, co się działo na scenie. Kostiumy, choreografia, gra aktorów, dynamika oraz intensywność całego przedstawienia, no i wreszcie muzyka, to był poziom, jakiego osobiście, poza być może Góreckim, nie udało mi się tu u nas w Polsce doświadczyć właściwie nigdy. Przyznaję, że gdy chodzi o teatr, to, w odróżnieniu zresztą od mojej żony, mam doświadczenie niemal zerowe, natomiast, owszem, widziałem kilka rzekomo wybitnych polskich filmów, próbowałem czytać kilka podobno arcydzieł współczesnej polskiej literatury, słuchałem naprawdę bardzo dużo muzyki, reklamowanej jako ów wreszcie ostateczny sukces i za każdym razem pozostawałem w niezmiennym przekonaniu, że oto jestem świadkiem kolejnej, dramatycznej wręcz, porażki. Jest jednak jeszcze coś. Otóż wraz z wiekiem wpadłem w stan, gdzie nawet jeśli coś mi się naprawdę podoba, nie jestem w stanie się tego uczepić dłużej niż przez pół godziny. W zeszłym roku wziąłem chwilowy udział tu w Katowicach w Off Festiwalu, by zobaczyć i posłuchać jednego z moich ulubionych zespołó Swans i, mimo że wszystko było dokładnie tak jak trzeba, w pewnym momencie pomyślałem sobie, że to wystarczy i wróciłem do domu. Tak też zresztą było wczoraj, kiedy wybieraliśmy się na tego Klatę. Wiedzieliśmy, że całe przedstawienie będzie trwało ponad trzy godziny, mieliśmy w związku z tym bardzo ściśle określone plany, i w momencie gdy zorientowaliśmy się, że, mając miejsca w drugim rzędzie, będziemy dla mojego ucznia jak na widelcu i nie będziemy w stanie wyjść przed czasem, wpadliśmy w autentyczną panikę. Tymczasem, proszę sobie wyobrazić, że przez te trzy godziny pozostawaliśmy tak wbici w fotele, że gdyby nie mój PESEL, który w pewnym momencie kazał mi się udać do toalety, pewnie bym nawet nie wstał, by rozprostować kości, i pozostał z moją żoną.
     Przejdę teraz do Klaty. Otóż, poza tym jednym „Weselem”, ja z Klaty znam tylko nazwisko i reputację, jaką on się cieszy zarówno tam, jak i tu. Znam jego poglądy i wiem, że on nami zwyczajnie gardzi. Może nie tak jak niektórzy z piszących tutaj, ale, owszem, gardzi mocno. Wiem też jednak, że kiedy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory i Ministrem Kulltury został Piotr Gliński, jednym z pierwszych zadań, jakie wzięła na siebie Dobra Zmiana było wypieprzenie Klaty z dyrektorowania Teatrowi Staremu i zastąpienie go  przez któregoś z bardziej zaufanych przedstawicieli polskiej kultury, zapewne znajomego ministra Glińskiego. Wiem jednak jeszcze coś. Otóż od czasu gdy Klata stracił stanowisko, dotychczasowy zespół Teatru Starego uległ kompletnej dezintegracji, i to do tego stopnia, że na przykład aktualne przedstawienie „Wesela” to są już dziś praktycznie występy gościnne, a mimo tego, że bilety na kolejne wyprzedają się w piętnascie minut, ostatnie z nich zaplanowane jest już na czerwiec. I to będzie koniec. Co będzie dalej, nie mam pojęcia, bo, jak mówię, do teatru nie chodzę i teatr mnie nie interesuje, ale wiem, że wczoraj właśnie obejrzałem coś absolutnie najlepszego. I proszę mi uwierzyć, że tam, pomijając ten black metal, nie było absolutnie nic, co by w jakikolwiek sposób mogło przebić szyderstwo samego Wyspiańskiego. Owszem, ksiądz grał na gitarze i śpiewał te głupkowate piosenki, które znamy z telewizyjnego programu „Ziarno”, ale poza tym nie działo się nic. Polityki nie było tam więcej, niż u samego Wyspiańskiego, a obok tego, żadnej pedofilii, żadnych szyderstw z Kaczyńskiego, czy z ojca Rydzyka, żadnego wreszcie satanizmu, krótko mówiąc, nic z tego, czego tak się na początku obawialiśmy. Normalny, solidny Wyspiański z ciężką, metalową muzyką. Co ciekawe, nawet nie specjalnie głośną, do tego stopnia, że kiedy oni grali, aktorów można było słyszeć było bez problemu.
      No i teraz może przejdę do polityki, a więc do pierwszej i najważniejszej refleksji, jaka mi towarzyszy od wczoraj. Otóż ja dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego tacy ludzie, jak Klata, czy jego aktorzy, nienawidzą PiS-u i całej tej Dobrej Zmiany. To bowiem, na co my czasem, owszem, lubimy sobie od czasu do czasu ponarzekać, ale generalnie widzimy w tym wióry, które muszą na nas lecieć, oni traktują jak najbardziej poważnie i dla nich one stanowią argument absolutnie podstawowy. A kiedy jeszcze słyszą o tym, jak Maciej Pawlicki właśnie przepieprzył ponad 28 baniek przeznaczonych na swój film o Naczelniku na Koniku i teraz gwałtownie szuka kolejnych sześciu, żeby cokolwiek w ogóle powstało, osobiście nie wyobrażam sobie, by oni, stojąc w finałowej scenie „Wesela” z tymi kosami, byli w stanie się skupić na tekście. A mimo to, się skupili. To się nazywa zawodowstwo. I niech to będzie wiadomość dla ministra Glińskiego, a przy okazji może i dla samego Prezesa.

Niezmiennie zapraszam do kupowania moich książek, które są dostępne w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i ewentualnie, jeśli ktoś lubi dedykacje, tu na miejscu. Zamówienia proszę składać na toyah@toyah.pl.
     
       



      

1 komentarz:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.