Wczorajsze zwycięstwo Brukseli na Węgrzech, choć w żaden sposób nie zaskakujące, stanowi oczywiście wiadomość ponurą i pewnie ja sam uległbym temu niemiłemu nastrojowi, gdyby nie parę refleksji, które stawiają moim zdaniem to co się stało w szczególnym świetle i dają nadzieję na to, że prędzej czy później, nawet jeśli premier Orban się nie ogarnie, to ogarną się Węgrzy i po raz kolejny głupców z siebie zrobić nie dadzą.
Przede wszystkim, gdy chodzi o same wybory i przegraną Orbana, chciałbym zauważyć, że to że przez te w sumie już dwadzieścia lat jak on stoi na czele Fideszu, nie potrafił, lub nie chciał znaleźć choćby jednego polityka, który poza nim mógłby reprezentować partię jako premier, świadczy o nim jak najgorzej. Dziś dużo się mówi o tym, że głosując na Magyara, Węgrzy nie odebrali nauki, jaką przez ostatnie prawie trzy lata tak dobitnie przekazywała im Polska, natomiast dla mnie ciekawsze jest co innego. Dla zdecydowanej większości osób, czy to w Polsce czy na Węgrzech, to co się dzieje w Europie, a często nawet we własnym kraju, jest kompletnie nieinteresujące, a przez to zwyczajnie obce. Trudno więc się po większości wyborców spodziewać jakichkolwiek politycznych refleksji. Natomiast kompletnie nie rozumiem, dlaczego Orbanowi nie przyszło do głowy, by wziąć przykład ze swojego jak by nie było dobrego znajomego, Jarosława Kaczyńskiego i w pewnym momencie zająć się kierowaniem partią, a do rządzenia przygotować inne, nowe twarze. Czy on naprawdę wierzył, że po tych szesnastu latach ludzie mogą nie mieć już go zwyczajnie dość? On naprawdę nie zauważył, że jeśli się chce przez dwadzieścia lat utrzymywać osobistą władzę w kraju otoczonym przez bezwzględnych wrogów i poddanym równie bezwzględnej propagandzie, to trzeba tę władzę sobie zagwarantować przy pomocy co najmniej tak samo bezwzględnych środków, czyli stworzyć autentyczną dyktaturę. A jeśli tak się nie da, to jedyne co pozostaje, to stworzyć sobie silne kadrowe zaplecze. Tak jak to zrobił Kaczyński właśnie. Aż boję się myśleć, że Orban w pewnym momencie zwariował i uznał, że będzie żył wiecznie.
No ale kto wie? Może i tak było. Może jemu się przytrafiło to samo co Donaldowi Tuskowi, który jak mu przyszło któregoś dnia wyjechać z Polski do Brukseli, jedyne kogo znalazł na swoje miejsce to tę nieszczęsną kobietę z ruskiego prosektorium? No ale stało się jak się stało i mamy co mamy, więc dobrze jest się zastanowić co dalej. Jak się wczytać w komentarze w internecie, to można odnieść wrażenie, że nastał czas wiecznej szczęśliwości i Donald Tusk z Magyarem utworzą wkrótce tandem, który zrobi nie tylko ostateczny porządek w Polsce i na Węgrzech, ale wręcz swoimi wpływami sięgnie do Waszyngtonu. I ja się nie dziwię, że owa euforia ogarnęła niedzielnych komentatorów: jak już wspomniałem wcześniej większość ludzi, na całym świecie zresztą, jest zwyczajnie głupia. Ale tego, że w reakcji na porażkę Orbana bezmyślne szaleństwo ogarnęło tzw. profesjonalistów, nie rozumiem. Co oni sobie wyobrażają? Że Magyar postawi się Putinowi i przestanie sprowadzać od niego ropę, że zgodzi się na brukselskie sankcje wobec Rosji, że podpisze z Zeleńskim traktat o wiecznej przyjaźni? Naprawdę? No ale kto wie? Może rzeczywiście ci mądrale reprezentują gmin w znacznie większym stopniu niż nam się wydaje.
Ale jest jeszcze coś, co w pewnym sensie stanowi pierwszą przyczynę, dla której ten tekst dziś powstaje. Otóż może niektórzy z nas zauważyli, że w Sieci pojawiło się całe mnóstwo komentarzy, gdzie zarzuca się Magyarowi, alkoholizm, ćpanie i zwykłe kurewstwo, a wszystko to podparte rzekomą książką jaką napisała jego była żona Judit Varga i opisała wszystkie jego bezeceństwa, włącznie z tym, jak to on podobno ugotował pieska w mikrofalówce. Wszystkie te doniesienia są systematycznie kwestionowane przy pomocy argumentu ostatecznego, że Varga nigdy nie napisała żadnej książki, a tym bardziej o relacjach ze swoim mężem, z przywołaniem oświadczenia samej kobiety, że historia z książką to fejk, który ukazał się na oficjalnej stronie jakiegoś węgierskiego portalu, a który najwyraźniej powstał tylko po to, by podać tę bzdurę. Tyle że bzdurę o książce, nie o ćpunie, pijaku i kurwiarzu. A tego akurat, z tego co nam wiadomo, ona nigdy nie zdementowała. Bo gdyby to zrobiła, to musiałaby zarzucić też kłamstwo znanemu nam skądinąd prof. Grzegorzowi Górskiemu, który w tych dniach na Facebooku dokładnie opisał swoje dwa osobiste spotkania z ową kobietą, w czasie których ona mu wszystko opowiedziała.
A ja zdążam już do końca i chcę tylko zwrócić uwagę na to, że ze swojego wystarczająco głębokiego doświadczenia mogę podejrzewać, że wspomnianej strony z fejkiem o książce nie założyła kampania Orbana, ale Magyara właśnie, żeby skierować atak w bok, i to skierować jak widzimy bardzo skutecznie. No i konsekwentnie, skoro tak, to wiele wskazuje, i tu nie tylko świadectwo Górskiego, że przynajmniej część informacji, jakie na temat Magyara funkcjonują w publicznej przestrzeni, to prawda. Może on faktycznie w stanie ciężkiego zaćpania pieska nie ugotował, ale to że jest pijakiem, ćpunem i kurwiarzem jest bardziej niż prawdopodobne. A skoro tak, to jest też bardzo duża szansa na to, że on, podobnie zresztą jak Tusk, kolejnych wyborów nie doczeka i nie znajdzie się nikt kto mógłby go zastąpić. Bo jeśli to on jest ten najlepszy, to dalej jest przepasć. Co daj nam Bóg.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.