czwartek, 8 marca 2018

Dlaczego błogosławieni mogą więcej

       Proszę sobie wyobrazić, że moje najmłodsze dziecko, które swego czasu występowało tu, jako „młodsza Toyahówna” i której nadzwyczajna wręcz wyobraźnia zainspirowała tytuł mojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym lisciu i inne historie”, od pewnego czasu nie jest już małą dziewczynką. Jakby tego było mało, wkroczyła ona właśnie w swój 26 rok życia i to pewnie ten właśnie fakt sprawił, że już jakiś czas temu poinformowała nas, że będzie bardzo zadowolona, jeśli uznamy, że to będzie znakomity wręcz prezent urodzinowy, jeśli zechcemy się stąd wynieść na kilka dni. No i stan rzeczy jest taki, że dziś wyjeżdżamy na wydłużony weekend do Przemyśla.
     Czym jest dla nas Przemyśl, miałem okazję wspominać na tym blogu parokrotnie, natomiast z tym miastem jak najbardziej wiąże się pewna szczególna historia, o której, jak sądzę, tu dotychczas nie było. Otóż nie wiem, czy fakt ów jest tu znany, ale Przemyśl to miasto kilkunastu kościołów, oraz, między innymi, dwóch szczególnych duchownych, mianowicie świętego biskupa Józefa Pelczara, oraz błogosławionego księdza Jana Balickiego, których ołtarze można nawiedzać w przemyskiej katedrze. I to z jednym z nich, błogosławionym Janem Balickim, związane jest wydarzenie, o którym wspomniałem. Pamiętam był upalny niedzielny wieczór, właśnie skończyła się Msza Święta, a moja żona modliła się przed wizerunkiem księdza Balickiego o uzdrowienie dla jej wujka, który po wielu ciężkich operacjach, bez najmniejszej nadziei na ratunek, umierał właśnie na w miejscowym szpitalu. Czemu ona postanowiła ze swoją intencją uderzyć do błogosłowianego Balickiego, a nie świętego Pelczara, wyjaśniła mi sama na ten swój przekorny sposób: Pelczar już osiągnął co miał osiągnąć i nie musi się więcej starać, podczas gdy Balicki? O! Balicki ma jeszcze wiele do zrobienia. A więc z tym przedziwnym założeniem klęczała przed tym jego obrazem w przemyskiej katedrze i modliła się o zdrowie dla swojego wujka. Następnego dnia, odpowiednio przygotowany przez tych, którzy widzieli go jeszcze dzień wcześniej, pojechałem do szpitala odwiedzić Wujka z nadzieją, że jeszcze uda mi się jakimś cudem zdążyć się z nim pożegnać… i to co zobaczyłem, stoi mi przed oczami do dziś. Oto był ten upalny poniedziałek, jasny bardzo pokój, szeroko otwarte okno, a na łóżku wujek w krótkich spodenkach, całkowicie przytomny, wesoły, nadzwyczaj rozmowny, przywitał się ze mną jak gdyby nigdy nic, a ja stałem zdębiały, nie mogąc wyksztusić z siebie jednego słowa.
      Po kilku kolejnych dniach, wujek został wypisany ze szpitala, wrócił do domu i mimo że dziś od tego czasu minęło już kilka dobrych lat, mimo swojego bardzo już podeszłego wieku, cieszy się wspaniałym zdrowiem. Zarówno po nowotworze, ale też po ciężkiej cukrzycy, nie pozostało ani śladu, a ja wiem, że kiedy go jutro odwiedzimy, będzie wciąż w wybornej formie.
     A co u księdza Balickiego? Jego też odwiedzimy i zwrócimy się do niego w paru bardzo ważnych sprawach. Miejmy nadzieję, że będzie na nas czekał. Nie tylko zresztą na nas. Szczerze polecam.


Oczywiście jak zawsze zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania naszych książek. Jeśli będzie potrzeba swoje „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” będę wysyłał w poniedziałek. Z pewnością jednak zobaczymy się wcześniej.

1 komentarz:

  1. Niezmiennie piękne są te świadectwa. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.