piątek, 23 lutego 2018

Władysław, czy Włodzimierz, czyli zmiana najlepsza

Sprawa jest już trochę zelżała, ale pomyślałem sobie, że należy nam się chwila wytchnienia od spraw poważnych i dziś zachęcam do kupowania „Warszawskiej Gazety” między innymi z moim felietonem w środku. O zakutym Władku.     


      Zdarzenia mijają nas w takim tempie i obfitości, że nie dość, że nie jestemy w stanie ich odpowiednio rozpoznać, to nawet jeśli jakimś cudem, na któreś z nich zwrócimy uwagę, to wystarczy kilka chwil, byśmy o nim skutecznie zapomnieli i przez kolejną chwilę zajeli się czymś nowym. Zdarzyło się ostatnio jednak coś, co dla mnie osobiście, mimo, że, jak większość z nas, staram się śledzić to co się wokół dzieje, wciąż pozostaje bardzo aktualne i nie jestem w stanie wyrzucić tego z pamięci. A mam tu na myśli obraz Władysława Frasyniuka, któremu policjanci zakładają kajdanki, a zwłaszcza moment, kiedy obsługujący go policjant informuje go, że ręce mają być z tyłu.
      Mam oczywiście świadomość, że, jak mówią starzy Polacy, jedna jaskółka wiosny nie czyni, biorąc wszak pod uwagę fakt, że wielu z nas na tego typu obrazek czekało dziś już niemal 30 lat, nie powinniśmy narzekać. Przy tej jednak szczególnej okazji chciałbym zwrócić uwagę na coś, co być może w całym tym zamieszaniu części z nas umknęło. Otóż ja doskonale pamiętam scenę, która ostatecznie doprowadziła Frasunieka do tego szczególnego momentu w jego życiu. Otóż było tak, że podczas próby wylegitymowania go przez dwóch młodych policjantów, Frasyniuk nie dość że odmówił wylegitymowania się, nie dość że z policjantów ewidentnie szydził, to jeszcze zrobił coś, za co w takim Teksasie zostałby w najlepszym dla siebie wypadku powalony na ziemię i skuty, a kto wie, czy nie zastrzelony, a mianowicie zaczął jednego z policjantów poklepywać po plecach.
     Jak wiemy, on tę przygodę przeżył. Ci młodzi chłopcy ostatecznie sobie z Frasuniukiem poradzili, a polskie prawo wszczęło wobec niego odpowiednie procedury i dziś, jak słyszę, Frasyniuk oraz jego znajomi są na Polskę bardzo obrażeni. Powszechna opinia jest taka, że chodzi o te kajdanki, ja jednak sądzę, że tam jest coś znacznie poważniejszego, co doprowadziło ich wszystkich do aż takiego gniewu. To mianowicie, że podczas wspomnianej konfrontacji owi policjanci nie mieli pojęcia, z kim mają do czynienia. Oni ani nie wiedzieli, że to jest jakiś Frasyniuk, ani tym bardziej, kim ów Frasyniuk jest, a o tym najlepiej świadczy fakt, że kiedy on im się przedstawił fałszywym imieniem i nazwiskiem, to oni mu nie uwierzyli, twierdząc, że on musi mieć na imię Włodzimierz, albo Władysław, bo słyszeli, że koledzy wołają na niego „Władek”.
     I to jest coś co musiało tego komedianta doprowadzić do szału. Że ktoś nie dość, że go nie rozpoznaje, to nawet nie wie, jak ma na imię wybitny działacz Solidarności, Frasyniuk. Włodzimierz, Władysław, czy może jeszcze jakoś inaczej? Diabli wiedzą. I to jest autentyczna zgroza.
     My tu na szczęście przebywamy w świecie realnym, gdzie tego typu zachowania mogą nam wyłącznie gwarantować kolejny wesoły weekend. Czego sobie i wszystkim życzę.


Zachęcam wszystkich do kupowania mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, która w tych dniach jest również do kupienia bezpośrednio u mnie. Z dedykacją w cenie. Kontakt niezmiennie pod adresem toyah@toyah.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.