środa, 21 lutego 2018

O barierze psychologicznej za 50 zł i czarownikach z samego dna piekieł

       Kiedy się prowadzi blog taki jak ten, nie jest doprawdy łatwo wynajdywać oryginalne tematy, zwłaszcza gdy to już trwa niemal dzień w dzień od dziesięciu lat. A jest tak przez to, że nawet jeśli pojawi się coś z pozoru oryginalnego, to niemal zawsze się okazuje, że i to też już było. A co zrobić w sytuacji, gdy mamy do czynienia z czymś wręcz zawstydzająco trywialnym, a mimo to potrzebujemy coś na ten temat powiedzieć? Ja zatem oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejsza sprawa jest wyjątkowo mało poważna, a przez to pasująca do tego bloga jak pięść do przysłowiowego nosa, ale nie mogę się powstrzymać. Otóż od wczoraj media podają informację, że Sąd Najwyzszy zmienił wyrok Sądu Apelacyjnego i uniewinnił któregoś z sędziów od zarzutu kradzieży, tłumacząc ów czyn w taki oto sposób, że wspomniany sędzia był zapracowany, zamyślił się, no i stąd to wszystko. Ukradł przez nieuwagę. A ja pewnie bym to wszystko z odpowiednią wzgardą zlekceważył, gdyby nie to, że obejrzałem sobie telewizyjne „Wiadomości”, gdzie złosliwie, jak to u nich, przytoczono fragment sentencji, z fragmentem ekspertyzy wynajętego psychologa, który stwierdził co następuje:
      „Przyczyną roztargnienia jest tendencja do tworzenia psychologicznej bariery chroniącej myśli obwinionego przed zakłócającym wpływem bodźców zewnętrznych”.
      Mam nadzieję, że wszyscy rozumiemy, o co poszło. Ów sędzia kupował coś w sklepie, zapłacił i już miał wychodzić, kiedy nagle zobaczył pięćdziesięciozłotowy banknot, który położyła na ladzie stojąca za nim w kolejce starsza pani, a ponieważ pojawiła się w jego głowie tendencja do tworzenia psychologicznej bariery, wziął te pięć dych, włożył je sobie do kieszeni i zniknął zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek zauważyć.
      No i znów, nawet jeśli ja dziś rzeczywiście chcę pisać o tak zwanej „nadzwyczajnej kaście”, to akurat nie o sędziach, lecz o ludziach, którzy – o czym jestem jak najgłębiej przekonany – od polityki stoją jak najdalej, tyle że zajmują się czymś, co nosi nazwę „psychologii”. Bo nie oszukujmy się. To co zacytowałem powyżej to nie jest ani fragment wystąpienia któregoś z polityków, ani opinia wypowiadającej te słowa pani sędzi Sądu Najwyższego, lecz fragment ekspertyzy psychologa właśnie, wynajętego, owszem, ale wciąż psychologa.
      Wszyscy pewnie pamiętamy określenie „pomroczność jasna”, użyte w sprawie przeciwko jednemu z dzieci Lecha Wałęsy, autorstwa również któregoś z psychologów, więc nie powinniśmy się właściwie już niczemu dziwić, jest jednak tak, że oni – psychologowie właśnie – mają w ostatnich latach aspiracje, by zyskać pozycję niemal osobnej władzy i nie widać końca tego obłędu. W pierwszej chwili, pomyślałem sobie, że przypomnę swój stary już dość tekst o psychologach zatytułowany „Puk puk, przyszlismy po twoją duszę”, ale kiedy sobie uświadomiłem, że on tu się już pojawił ponownie niemal rok temu, uznałem, że lepiej będzie wrzucić coś akurat może nie do końca w temacie, ale jak najbardziej do rzeczy. A zatem, zapraszam do czytania tekstu jeszcze z roku 2011 o czarownikach z samego dna piekieł.

      Mieliśmy tu już kiedyś okazję rozmawiać sobie na temat wszelkich specjalistów od ludzkiej duszy, których profesja zaczyna się od przedrostka ‘psy-‘ i, o ile sobie dobrze przypominam, udało mi się w owym tekście zrobić im wszystkim dokładnie tyle krzywdy, na ile oni sobie w moim odczuciu zasłużyli. Oczywiście, jak zwykle w tego typu sytuacjach, musiałem się uciec do pewnej – być może niekiedy nie do końca uczciwej – generalizacji, niemniej cel został spełniony. Bardzo zależało mi bowiem na tym, by powiedzieć, ze do psychologów, psychoanalityków, psychiatrów i wszystkich możliwych ‘psy’’ mam stosunek, w najlepszej dla nich sytuacji, nieufny, i wyjaśnić skąd ta nieufność się wzięła.
      Punktem wyjścia dla tamtej refleksji była zaobserwowana przez mnie sytuacja – moim zdaniem, wysoce patologiczna – kiedy to w ostatnich latach, człowiek, otrzymując niemal za darmo paszport do szuflady, sklep wielobranżowy, Internet i telewizor z niemal tysiącem różnych kanałów, otrzymał na to wszystko jeszcze, niemal jak extra bonus, psychologa z jego mądrościami. Kiedy pisałem tamten tekst, zastanawiałem się, jak to się stało, że System uznał, że współczesny człowiek nie jest w stanie skutecznie korzystać z wszystkich dobrodziejstw nowej cywilizacji bez świadomości, że kiedy się zrobi naprawdę ciężko, już za progiem będzie miał psychologa, który da mu tak w łeb, że ani mu w głowie będzie narzekać. Czy ten psycholog był w pakiecie w sposób naturalny i od początku, a moje niepokoje są tylko wynikiem moich fobii, czy może fobie są jak najbardziej na miejscu, a System doskonale wie, że jeśli nie będzie psychologa, w miarę jeszcze przytomny człowiek po wszelkie duchowe rady pójdzie do księdza i wówczas może przestać być konsumentem, numerem i towarem, ale człowiekiem? A więc, czy oni nam tego psychologa sprowadzili dla rozrywki, czy może jako kogoś, kto ma nas wziąć za pysk i przytrzymać przy samej ziemi?
      Nie pamiętam w tej chwili, czy doszliśmy do jakichś konkluzji, a nie bardzo też mam ochotę czytać swoje stare teksty. Mam jednak wrażenie, że jedyne co potrafiliśmy stwierdzić na pewno, to fakt, że psychologowie, psychoanalitycy i psychiatrzy, w swojej zdecydowanej większości są zwykłymi uzurpatorami, tyle że szczególnie irytującymi przez swoją, większą, niż zwykle się spotyka, bezczelność. Kiedy piszę o uzurpacji, mam na myśli to, że wystarczy rzucić okiem na pierwszego z brzegu psychologa, który, jeśli jakimś cudem dziś jeszcze nie wystąpił w telewizji w każdej dowolnej sprawie, to z pewnością do końca dnia wystąpi. I to parokrotnie. Najczęściej jest to jakaś ledwo po studiach, lub ewentualnie tuż przed doktoratem, lala, która z wielce uczoną miną plecie dyrdymały na tematy tak trywialne, że zamiast niej możnaby z podobnym skutkiem posadzić jakieś średnio sprytne dziecko, albo wręcz przeciwnie – tak tajemnicze i niezbadane, że o nich nie ma pojęcia nikt, a ona już najbardziej. A więc jest to zwykle ktoś całkowicie przypadkowy, dokładnie w takim samym stopniu, jak przypadkowi są dziennikarze Superstacji, lub panienki czytające pogodę w TVN-ie. Bezczelność natomiast sprowadza się do tego, że oni wszyscy mają ten typ charakteru, który im każe stawiać diagnozy w sytuacji, kiedy sytuację i osoby, które mają komentować znają tylko z opowiadań, lub ze zdjęcia.
      Dowiadujemy się na przykład, że gdzieś w Norwegii jakieś dziecko ukradło karabin swojemu ojcu i wymordowało pół swojej klasy. Na tę wiadomość zlatują się natychmiast jakieś cizie z tytułem magistra i opowiadają nam wszystko, co ich zdaniem powinniśmy wiedzieć na temat tego dziecka. Gdzieś spaliła się chałupa i ludzie stracili dach nad głową, a my w jednej chwili dostajemy bardzo pogłębioną opinię na temat tego, co się dzieje w duszy pięciu osób, których ta mądrala ani nie zna, ani nawet nie miała okazji z nimi zamienić jednego słowa. Natomiast ma bardzo silne przekonanie, wpojone jej przez 5 lat tych nędznych studiów, że trzeba być asertywnym, a w jej rozumieniu asertywność równa się bezczelność.
       A zatem, ostatnie lata, jakie przyszło mi przeżywać w nowoczesnej Polsce, w dużym stopniu wiążą się z zadręczaniem się wszechobecnością tej panoszącej się wokół przedziwnej grupy. I oto nagle, jak grom z jasnego nieba, spadło na nas coś, co z jednej strony bardzo mocno uzupełniło naszą dotychczasową wiedzę na temat roli, jaką wszyscy ci „psy-” pełnią w nowej Polsce, a z drugiej, jak się wydaje, wskazało na bezpośrednie przyczyny obdarowania tej grupy aż taką atencją Systemu. Otóż, jak się okazuje, część z nich oczywiście dalej będzie tkwiła w tej swojej smutnej poczekalni, zajmując się ofiarami wypadków i szkolnych nieprzyjemności, natomiast swoją twarz pokazali też ci, którzy dotychczas pozostawali w cieniu, czekając na odpowiedni moment. To oni zajmą się realizacją zamówienia Systemu na ostateczny odstrzał tych, którzy okazali się zbyt silni, by można ich było pokonać przy pomocy środków konwencjonalnych. A zatem, psychiatria w służbie totalitarnego państwa. Znamy to świetnie. I to tu prawdopodobnie leży odpowiedź.
      Wszystko, jak wiemy, zaczęło się od dnia, w którym pewien sędzia, poinformowany przez reżim o tym, że są kłopoty, uruchomił cały proces tropienia choroby psychicznej u Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście, nikt nie ma wątpliwości, że osoba Jarosława Kaczyńskiego była tu tylko pretekstem do tego, by ów nowy element, mianowicie zastosowanie psychiatrii do walki politycznej, stał się oficjalną częścią naszej współczesnej rzeczywistości. Każdy kto zachował jeszcze minimum świadomości, wie, że Jarosław Kaczyński jest tu całkowicie bezpieczny, natomiast – jeśli przyjrzymy się całej rozpętanej wokół tego zdarzenia kampanii propagandowej z chorobą psychiczną w tle – nie ulega wątpliwości, że tu leży przyszłość. Przynajmniej przyszłość poważnie przez reżim planowana.
      Ledwo wczoraj doszła do nas informacja, że kiedy okazało się, że – prawdopodobnie nieco onieśmielony atmosferą wokół rzekomego szaleństwa Jarosława Kaczyńskiego – wspomniany sędzia został czasowo odstawiony na boczny tor, Radio Zet zorganizowało sondaż pod hasłem „Kto jest za tym, by Kaczyński trafił do psychuszki” i ogłosiło, że zdecydowana większość. Zatrzymajmy się na chwilę nad samym tym dziwnym zdarzeniem. Otóż wyobraźmy sobie, że Jarosław Kaczyński faktycznie, na skutek straty, która go spotkała 10 kwietnia 2010 roku, oszalał. Wyobraźmy sobie, że istotnie, na skutek tej straty, on postradał zmysły. Czy może być coś bardziej przygnębiającego? Coś bardziej rozpaczliwego? Pewnie tak, ale dziś mi to coś akurat do głowy nie przychodzi. Kim trzeba być, jaki trzeba mieć umysł, by urządzać z tej okazji tego typu turniej? Moim zdaniem takiego rodzaju podłość w przyrodzie nie istnieje. Ona nie istnieje nawet wśród ludzi pracujących dla Systemu. Natomiast jest bardzo prawdopodobne, że właściciele i redaktorzy Radia Zet świetnie wiedzą, że ta choroba to tylko czarna propaganda, a więc – z ich punktu widzenia – moralny standard. I dlatego, robią to co robią. A więc się bawią w politykę, tak jak ją widzą.
     Prawdziwy problem zaczyna się w momencie pojawienia się psychologów, psychoanalityków i psychiatrów. I to nie jakiejś kupki ledwo wyrośniętych dzieciaków, ale tych starych psów Systemu – zepsutych i gotowych na wszystko. Otóż w jednym z programów telewizji – a jakże! – TVN24, pojawił się człowiek o nazwisku Santorski i przez bardzo długi – dużo za długi – czas, dał się prowadzić z kolei kobiecie o nazwisku Pochanke w takim oto kierunku, by analizować psychiczną kondycję Antoniego Macierewicza. Santorski jest bardzo znanym polskim psychologiem i nie ma wątpliwości, że tak jak my się znamy na nim, on zna się też na swojej robocie. Zna się na niej na tyle dobrze, by zgodzić się przyjść do telewizyjnego studia i wziąć udział w programie, którego jedynym celem jest zdiagnozowanie psychicznej choroby u człowieka, z którym on prawdopodobnie nigdy w życiu nie miał chwilowego choćby kontaktu. A więc przychodzi ów Santorski do telewizji TVN24, zapewne świetnie wiedząc, po co tam został zaproszony, i z wyżyn swojego zawodowego autorytetu ogłasza, że Antoni Macierewicz jest psychicznie niezdrowy. I to niezdrowy tak, że to może stanowić bardzo poważny problem dala Polski i Polaków. Tak było. Słyszałem tę diagnozę na własne uszy.
      A my zadajemy już tylko jedno pytanie. Czy Santorski, podobnie jak redaktorzy Radia Zet, wie że bierze udział zaledwie w politycznej wojnie? Że to, w tych smutnych, nowoczesnych czasach, stanowi tylko taki, nikomu nie szkodzący, rytuał? Czy Santorski – mówiąc kolokwialnie – wie, że kłamie? Obawiam się, że nie. On tego nie wie. A nie wie tego z tej prostej przyczyny, że jest bardzo ważnym, przedstawicielem kasty tak zwanych ‘psy-’, dla których każdy – dosłownie każdy – jest podejrzany. A to z tej prostej przyczyny, że z punktu widzenia ich interesów, każdy kolejny zdrowy, to tysiąc mniej w kieszeni, i niedługo może dojść do tego, że oni w jednej chwili tracą rację bytu. A ponieważ on z tą swoją wiedzą, nie jest w stanie zrobić nic konkretnego – by nie powiedzieć ‘pożytecznego’ – bo trudno się spodziewać, żeby jego odkrycia poważnie traktował ktokolwiek o jakiejkolwiek umysłowej sprawności – a ambicje ów człowiek ma potężne – jedyne co mu pozostaje, to zatrudnić się na służbie reżimu. Tam dopiero będzie mógł pokazać wszystkie swoje możliwości. To tam właśnie on wskaże tych wszystkich, którzy są smutni, przybici, czy wreszcie autentycznie chorzy. Ja to po prostu wiem, że Santorski, i jego koledzy po profesji, są szczerze przekonani, że tak naprawdę, to co oni robią, czemu poświęcili całe swoje życie i talenty, potrzebne może się okazać wyłącznie totalitarnej władzy. Władzy która, w sposób zupełnie dla siebie naturalny, chce zniszczyć wszystkich tych, których nie lubi, a jednocześnie wie, że najprostszą drogą do ostatecznego sukcesu, jest uznanie wszystkich myślących inaczej, za obłąkanych. A więc przychodzi ów Santorski na miejsce, na które go przygwizdano, i mówi to co wie, i to co – tak się składa – akurat świetnie pasuje Systemowi.
      Oto Jacek Santorski – człowiek symbol. Symbol czasów, które dotychczas były opisywane wyłącznie w podręcznikach do historii dwudziestowiecznych totalitaryzmów, a dziś wracają do nas – zgodnie z tym co prorokował sam Karol Marks – w formie farsy. A farsy z tej prostej przyczyny, że z tego nic nie będzie. Gdyby bowiem Jacek Santorski żył w czasach autentycznego terroru, to jego wiedza i jego charakter – czy, jak mówią niektórzy, człowieczeństwo – kazałyby mu do tej diagnozy dodać zalecenie ostatecznego rozwiązania, lub przynajmniej skutecznych tortur, w postaci przytapiania, rażenia prądem, czy co oni tam mają w tych swoich podręcznikach. To jest bowiem Jacek Santorski – człowiek, który potraktował swój życiowy wybór na tyle poważnie, że ten w sposób całkowicie naturalny, przeniósł go w miejsce zarezerwowane dotychczas przez postaci takie jak Stalin, czy Hitler. Ale jak mówię – z tego nic nie będzie. Bo Santorski jest w tym całym szaleństwie zaledwie pionkiem. On, jak już to zostało powiedziane, jest tylko symbolem. Jeszcze parę miesięcy i, jeśli tylko znajdzie się ktoś o tak dobrej i wnikliwej pamięci, jak my – to on akurat trafi na ulicę. Jak zwykły śmieć. I tak będzie dobrze. Bardzo dobrze.


Z przyjemnością informuję, ze jeszcze mamy wystarczająco dużo egzemplarzy mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, by starczyło dla wszystkich chętnych. Zachęcam serdecznie do kontaktu pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie.


1 komentarz:

  1. W ogóle nie wiedziałem, że istnieje ktoś taki jak ten cały Santorski. Wszedłem na wiki, przeczytałem tą notkę i z każdego zdania aż bije po oczach, że to jest hohsztapler, podobnie jak cała ta banda tzw. couch'ów, którzy się przyklejają do każdej, większej firmy. Mam z nimi od czasu do czasu do czynienia.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.