środa, 29 stycznia 2020

Miłość w Auschwitz tuż nad ranem, polewamy się szampanem


      Nie będę ukrywał, że z samej transmisji obchodów 75 rocznicy wyzwolenia Auschwitz obejrzałem zaledwie kilkanaście minut i to wcale nie dlatego, że interesowało mnie jedynie wystąpienie prezydenta Dudy – jego akurat do dziś nawet nie wysłuchałem – ani też dlatego, że nie interesują mnie żydowskie geszefty – szczerze powiedziawszy, one tu akurat są dla mnie najciekawsze –  ale z tego prostego powodu, że nawet dla mnie, klasycznego bon vivant, spędzenie całego dnia przed telewizorem nie wchodzi w grę. Jednak jakąś część tego eventu obejrzałem i mogę powiedzieć, że z prawdziwym przejęciem wysłuchałem zarówno wystąpienia tego staruszka, który tak poruszająco opowiadał o tym, jak przywieziono do Auschwitz kolejną partię Żydów, Niemcy zaczęli ich prowadzić w stronę komór, a oni biedni szli tacy spokojni, nawet nie przeczuwając co się z nimi za chwilę stanie, podczas gdy on, owszem, patrzył i wiedział. Ale też chwilę później, gdy słuchałem równie starego Żyda, który najpierw śpiewał jakąś modlitwę, a potem odmówił Kaddisz. Potem jeszcze wysłuchałem modlitwy naszego biskupa, by Pan im dał wieczny odpoczynek, a światłość wiekuista by im świeciła i by odpoczywali w wiecznym pokoju, i to tyle. No dobra, jeszcze obejrzałem sobie twarze tych najstarszych na świecie Żydów siedzących na publiczności, jak tak siedzieli w tych słuchawkach i kiwali głowami, a to, przyznaję, zawsze robi wrażenie. Na swoje szczęście, Turskiego już się nie doczekałem, a gdy przemawiał Cywiński, wyszedłem do toalety za sprawą.
      A więc to, co tam się tak naprawdę wydarzyło, znam wyłącznie z medialnych relacji, natomiast jestem pewien, że już w tym momencie wielu Czytelników nie interesują moje refleksje, czy to na temat roli Niemców i Polaków w Holokauście, czy tym bardziej tego, jak w tym wszystkim zaprezentowały się polskie władze, ale dlaczego ja, kiedy piszę o Auschwitz, wpadam w tak kpiący nastrój. A ja już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż ja nie jestem w stanie się ekscytować w sytuacji gdy w tym całym politycznym zamieszaniu, jakiego jesteśmy świadkami na całym niemal świecie, wszyscy ważni uczestnicy tej zabawy, zaczynając od zwykłych Żydów, przez tę całą bandę zawodowych kustoszy pamięci o tamtej masakrze, a kończąc na prezydencie Dudzie, który, nie oszukujmy się, ma dziś kupę ważniejszych spraw niż zamartwianie się dawno już na wszelkie możliwe strony rozwałkowanym niemiectwem, załatwiają zwyczajnie swoje codzienne sprawy, a jeśli robią to ze smutną miną, to wyłącznie dlatego, że inaczej akurat nie wypada. No dobrze, jestem pewien, że ci wszyscy staruszkowie, którzy tam siedzieli, słuchali tych wszystkich wystąpień i przecierali oczy ze wzruszenia, robili to szczerze... natomiast cała reszta... przepraszam bardzo, ale nie bądźmy naiwni.
        Myślę zresztą, że te moje słowa znakomicie potwierdzili choćby Marian Turski, który całe swoje wystąpienie przygotował wyłącznie po to, by wyrazić sprzeciw wobec reformy sądownictwa w Polsce, a tym sposobem zakwalifikować się do tegorocznej Akademii Sztuk Przepięknych Jerzego Owsiaka w Kostrzyniu nad Odrą, czy Piotr Cywiński, dla którego parszywego postępowania brakuje mi już słów od dawna. W tej zatem sytuacji, nie będę się już tu usprawiedliwiał ze swojej bezduszności, ale zwrócę uwagę na coś, na co wpadłem w uczęszczanym przeze mnie portalu tvn24.pl. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w obliczu zbliżających się obchodów rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz, opublikowali oni tekst niejakiego Mariusza Nowika zatytułowany „Miłość w Auschwitz. On był esesmanem, ona Żydówką”. Ów tekst zaczyna się tak:
Przed bramą kłębił się tłum. Tych, którzy mdleli z zimna i wycieńczenia, esesmani zabijali na miejscu. Ale do jednej z drżących na mrozie więźniarek podszedł młody esesman i wręczył jej ciepłe zimowe kozaki. Spojrzeli sobie w oczy. Ona nazywała się Helena, on nazywał się Franz. W tym przerażającym miejscu wykiełkowało między nimi uczucie, które nie miało prawa zaistnieć”.
      A dalej idą szczegóły, które portal tvn24 podaje z gracją pierwszej klasy wenezuelskiej mydlanej opery. Ona była dziewczyną ze Słowacji, a on, normalnie, esesmanem służącym w Asuschwitz. I oto, kiedy te Żydówki tak stały, któryś z Niemców zażyczył sobie, by ta która najładniej śpiewa mu coś zaśpiewała, no i wtedy wystąpiła Helena, zaśpiewała i w tym momencie, kiedy Franz ujrzał oczy Heleny i jednocześnie usłyszał jej głos, pierwsze co zrobił, to najpierw dał jej te buty, następnie dokończył bieżące sprawy, a potem już zaczął Helenę adorować, wciąż jej powtarzając, że ją kocha. Wedle powojennych relacji Heleny, mimo że oczywiście ten ocalił ją przed śmiercią, ona zdecydowanie odrzucała awanse Franza, do tego nawet stopnia, że on w pewnym momencie nawet z rozpaczy wyzwał ją od kurew i chciał ją zastrzelić, jednak się uspokoił, a ona po pewnym czasie również coś w nim dostrzegła i między nimi zakiełkowała wielka miłość, która przetrwała cały ten trudny czas. Oczywiście Franz dalej wykonywał swoją codzienną robotę, niemniej Helena pozostawała zawsze na tyle z boku, by doczekać końca wojny. Kiedy nastąpiło wyzwolenie, Franz wrócił do swojej rodzinnej Austrii – bo to był oczywiście Austriak, a nie Niemiec – ona wyjechała do Izraela, ale ponieważ, jak się okazało, na Franzu ciążyły bardzo ciężkie zarzuty związane z jego służbą w Auschwitz, stanął ów biedaczek przed sądem i tam znów miał okazję się spotkać ze swoją ukochaną, z którą spędził upojne lata w Auschwitz. I tam, jak czytamy w reportażu na tvn24.pl, ona Helena sądowi opowiedziała wszystko, od początku do końca, a wzruszony sąd Franza uniewinnił. I tym oto happy endem kończy się ów okolicznościowy tekst opublikowany na portalu tvn24.pl.
       A ja już mam tylko jedną uwagę. Otóż przez minione dziesięć lat wrzuciłem tu całą kupę tekstów, w których najlepiej jak umiałem pokazałem palcem ową niemiecką zbrodnię. A dziś w sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, nie widzę jakoś najmniejszego powodu, by się tu szczególnie popisywać, zwłaszcza gdy mam bardzo silne wrażenie, że jestem tu jedyny. Cała reszta to banda cynicznych oszustów, dla których ta rocznica, to zaledwie kolejna okazja, by załatwić parę bieżących spraw. Bo nie oszukujmy się i powtórzmy to raz jeszcze, kwestia Holocaustu została już dawno skutecznie załatwiona, a jeśli dziś się ją od czasu do czasu wyciąga na wierzch, to albo po to, by wskazać aktualnego wroga – którym, tak się ostatnio składa, jest Polska –  i spróbować go wymiksować z międzynarodowej rozgrywki, która akurat ma miejsce, albo stworzyć jakąś kiczowatą opowieść, dzięki której ktoś tam otrzyma więcej odsłon, czy zaledwie lajków, a ludzie, którzy ją przeczytają będą jeszcze głupsi, niż byli wcześniej.



3 komentarze:

  1. W Oświęcimiu przynajmniej tych byłych więźniów godnie podjęto. W zeszłym tygodniu w Yad Vashem zaprosili ich raptem 30 i byli kompletnie zmarginalizowani. Nawet pozorów nie ma czasu już trzymać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ich tak teraz obchodzą ci którzy przeżyli Auschwitz,jak wtedy obchodził ich los mordowanych w Auschwitz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dariusz
      Herling Grudziński, jak najbardziej Żyd, opowiadał, jak to podczas wojny do ambasady Niemiec w Szwajcarii zgłosiła się grupa ważnych nowojorskich Żydów i zwrócili się z prośbą, by Niemcy wypuścili z Auschwitz dziesięciu Żydów, na których im bardzo zależało. Mówi Grudziński, że zapłata musiała być na tyle duża, że Niemcy - to też słowa Grudzińskiego - jak dobry rzeźnik zaproponowali, że dokroją nowojorskim Żydom jeszcze dwa plasterki. I wyobraź sobie, że wtedy usłyszeli, że lista przedstawiała dziesięć nazwisk i oni zapłacili tylko za dziesięciu i tych dwóch dodatkowych nie potrzebują.
      Najzabawniejsze, że on to opowiedział w wywiadzie dla Wyborczej.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.