Zmarł
Krzysztof Leski, a ja nie widziałem najmniejszego powodu, by tę śmierć
komentować. Ponieważ jednak inni nie mają tu najmniejszych skrupułów, uznałem,
że co mi właściwie szkodzi.
Gdyby ktoś nie wiedział w czym rzecz,
krótko wspomnę, że Krzysztof Leski w latach 80 pisał w prasie tak zwanej
„podziemnej”, na początku lat 90 był jednym z najważniejszych dziennikarzy
„Gazety Wyborczej”, a potem, z powodów nikomu nieznanych z tego towarzystwa
wypadł i zaczął działać jako dziennikarz niezależny, czyli krótko mówiąc
bloger. Tak się złożyło, że kiedy ja zacząłem się udzielać w Internecie, a
dokładnie rzecz biorąc w Salonie24, Krzysztof Leski był tam pierwszą gwiazdą.
Ponieważ tak jakoś wyszło, że i ja tam miałem swoją pozycję, Leski natychmiast
się o mnie dowiedział i przez pewien czas wymienialiśmy się uwagami. Oczywiście, on był ode mnie wielokrotnie ważniejszy, więc nie można mówić o żadnych
bliższych relacjach, ale, owszem, tyle wszystkiego, że mieliśmy świadomość
swojego istnienia.
Nie lubiłem Leskiego i tego co on pisał –
podobnie zresztą jak on tego co pisałem ja –
z powodów, które tu nie są istotne, niemniej jednak znaliśmy się i
staraliśmy się nie wchodzić w sobie w drogę. Spotkaliśmy się dwa razy w życiu.
Raz przy okazji wydarzenia zorganizowanego przez zamordowanego w Smoleńsku
Rzecznika Praw Obywatelskich, śp. Janusza Kochanowskiego, gdzie przywitaliśmy
się i to tyle, oraz drugi raz, gdy Salon24 zorganizował uroczystość z okazji
swoich trzecich urodzin, a ja go tam spotkałem, no i znów się przywitaliśmy i
tyle. Pamiętam tamten moment szczególnie z tego względu, że tam się pojawił
również bloger Grzegorz Wszołek.
Tu muszę osobny akapit poświęcić
Wszołkowi. Otóż kiedy ja zacząłem publikować w Salonie24, w tym samym mniej
więcej momencie pojawił się tam też bloger o nicku gw1990, czyli wspomniany
Wszołek, który był wówczas uczniem klasy maturalnej w którymś z krakowskich
liceów. Ponieważ on, podobnie jak ja, wspierał Prawo i Sprawiedliwość, a ja mam
swoje klasyczne nauczycielskie kompleksy, z Grzesiem się zakolegowałem i sobie
trochę rozmawialiśmy, głównie o zbliżającej się maturze. Ponieważ on pisał
ciekawie i nie najgorzej, bardzo byłem ciekawy, co to za dziecko, i w końcu
przyszedł dzień, kiedy Igor Janke zorganizował spotkanie w Warszawie, ja tam
pojechałem i jedną z pierwszych osób na jaką trafiłem był właśnie Wszołek. To
co mnie z miejsca uderzyło, to fakt, że on był przede wszystkim dzieckiem
nadzwyczaj grzecznym, ułożonym, no i, co uważam za dość istotne, bardzo ładnym, takim, co to starsze panie lubią mówić: "Jaki to ładny chlopczyk". Pogadaliśmy chwilę,
oczywiście przy zachowaniu wszelkich zasad związanych z różnicą wieku, których,
co warto podkreślić, Wszołek bardzo pilnował, no a potem, ni stąd ni zowąd
zarówno on, jak i Leski gdzieś zniknęli i już nie wrócili. Jak o tym
poinformował parę dni po fakcie sam Wszołek na swoim blogu, on się z Leskim
zaprzyjaźnił i obaj poszli w miasto, kończąc gdzieś na wspólnej kaszance.
Wspomnę tylko, że tę kaszankę do dziś pamiętam, bo jest to od zawsze moje
ulubione jadło i powiem szczerze, że im wówczas tej kaszanki bardzo
zazdrościłem.
Dziś czytam wspomnienia przyjaciół
Leskiego, między innymi właśnie Wszołka, i z nich wynika bezpośrednio to, że Leski
to był człowiek, który, tak jak jedni lubią oglądać filmy, a inni grać w gry, a
jeszcze inni siedzieć w domu i pić, uwielbiał się zaprzyjaźniać z przypadkowymi
zupełnie ludźmi, co prowadziło do tego, że u niego w domu, w którym mieszkał z
żoną i z dziećmi, pomieszkiwały wciąż dziesiątki mniej lub bardziej mu bliskich
ludzi. Między innymi, jak on sam dziś przyznaje, Grześ Wszołek, chłopak z Krakowa.
Czemu zdecydowałem się o tym napisać?
Otóż stało się tak, że człowiek, który poderżnął gardło Leskiemu, mieszkał u
niego od kilku miesięcy. Co to był z układ, jaka była między nimi relacja,
czemu Leski – było nie było nie jakiś wesoły młodzian, który lubi się zabawić,
ale człowiek w sile wieku – go u siebie gościł, tego nie wiemy i wiedzieć
pewnie już nie będziemy. To co mnie jednak mocno zastanawia, to to, czemu ci co
go znali znacznie lepiej niż ja, dziś publikują o nim wspomnienia, pisząc, jaki
to był z niego wspaniały człowiek i ani się przy tym nie zająkną na ten oto
temat, że z nim musiało być zdecydowanie coś nie tak.
Ktoś się mnie spyta, co kogo obchodzi
jakiś Leski. Otóż ja zdaję sobie sprawę z tego, że większość czytelników tego
bloga nie ma pojęcia, o kim mi tu rozmawiamy. Rzecz jednak w tym, że był czas,
kiedy Krzysztof Leski zadawał w mediach szyku jak dziś nie przymierzając Tomasz
Lis, czy Michał Rachoń, a jeśli nagle przestał, to warto byłoby się nam naprawdę
zastanowić, dlaczego. I skoro dziś się nagle okazuje, że on przez ostatnie lata
był w stanie kompletnego upadku, który to stan podsumował jakiś dureń z nożem,
to myślę, że warto się zastanowić, o co poszło. W końcu nie mówimy o jakimś
Romku z Kalisza, ale o osobie swego czasu jak najbardziej publicznej.
Ja wiem, że filmu o Leskim, tak jak o
starym Beksińskim i jego dziecku, nie nakręcą, ale przynajmniej ja zaznaczę tu to
co się stało. W sumie, nie aż tak byle co.
Przypominam, że jeśli ktoś ma życzenie komentować na tym blogu, powinien najpierw do mnie napisać na adres k.osiejuk@gmail.com. Zapraszam.
@toyah
OdpowiedzUsuńTeż chwilę komentowałem u Leskiego na S24. Nawet mi odpowiadał i to życzliwie co odbierałem jako drugostronne zainteresowanie rozmówcą. Odnosiłem wtedy jednak takie powtarzające się wrażenie, że jego zainteresowanie, czy to bieżącym tematem, czy to bieżącym rozmówcą blogowym było tylko efemeryczne. Tak, jakby onże Leski był wewnętrznie wypalony, a może czymś skrępowany.
Nic mi wtedy, ani potem nie było do tego. Wtedy jeszcze komentowałem na licznych blogach, ale u K. Leskiego szybko przestałem, bo zniechęcił mnie obecny tam pewnego rodzaju marazm. Na moje wyczucie on swoim felietonom odmawiał emocji a zarazem odmawiał zainteresowania pogłębieniem tematu. Gdy szukam określenia co powodowało mój niedosyt, to najlepiej pasuje mi właśnie "efemeryczność pasji tworzenia" .
Możliwe, że była w tym też jakaś alienacja, czy nawet może aż mizantropia a on z uprawiał dla niej jakąś przeciwwagę tymi swoimi dziwnymi obyczajami towarzyskimi, o których dowiaduję się teraz.
Tak, czy inaczej szedł i zszedł nieszablonowo.
A szkoda, bo akurat nieuczciwości w nim nie wyczuwałem.
@orjan
UsuńMożna by o nim długo.
Mój komentarz będzie niestety dość brutalny. Napisałem go po lekturze tekstu Grzegorza Wszołka na s24. I skopiuję go z notki Coryllusa, bo jest na ten sam temat.
OdpowiedzUsuńTo jest po prostu niesamowite. Dwóch panów, których dzieliło 30 lat, ale wg wpisu p. Wszołka łączyła jakaś ogromna dawka poważnych deficytów rozwojowych, które nie pozwoliły żadnemu z nich stać się dorosłym mężczyzną. I które spowodowały, że potrafią się wyrażać tylko za pomocą powierzchownych i do tego fałszywych (choć silnych) komunikatów emocjonalnych. A siła tych emocji odpowiada skali braków.
Tak pretensjonalnego i nachalnego wpisu, jak ten p. Wszołka dawno nie widziałem (tu cytaty): od razu podał swój numer; natychmiast zaczęliśmy dyskutować; miał dość łamigłówek z własnymi dziećmi; chciał najwięcej wiedzieć i poznawać; przyjedź na weekend; ale możesz spędzić u nas nawet kilka tygodni; musiał być na bieżąco: co się dzieje z moim biletem, jak przebiega dyskusja z konduktorem i czy w przedziale spokojnie(!!). rozmawiał płynnym francuskim... itd itp.
Czysta patologia. I niestety zupełnie nieskuteczna terapia. Aż nie chce się wierzyć, że takie rzeczy ktoś naprawdę może czytać na codzień.