piątek, 6 kwietnia 2018

Wojciech Cejrowski, Michał Rachoń i CSKA Moskwa, czyli muzyczny tryptyk


Zanim przejdę do rzeczy, ważny komunikat. Od jutra mój adres mailowy toyah@toyah.pl zostaje wygaszony. Bardzo więc proszę wszystkich przyjaciół i hejterów, by swoje uwagi wysyłali pod adresem k.osiejuk@gmail.com. A teraz, do dzieła!             


      Mógłbym oczywiście powiedzieć, że sam osobiście do tego ręki nie przyłożyłem, tylko ktoś mi sprawę zrelacjonował, ale co mi tam? Niech będzie, że jest to i moja kompromitacja. A stało się tak, że w dniu wczorajszym między godziną 20, a 21, czekając na mecz Arsenalu z CSKA Moskwa, obejrzałem program w TVP Info pod tytułem „Minęła 20”, a w nim rozmowę, jaką regularnie co tydzień w każdy czwartek przeprowadza z Wojciechem Cejrowskim Michał Rachoń. Rozmowa dotyczyła wszelkich możliwych tematów, którymi prawicowe media ostatnio żyją, no a w tym oczywiście kwestii najważniejszej, czyli zawetowania przez Prezydenta ustawy degradacyjnej. I oto, po wstępnym zwróceniu uwagi Prezydentowi na to, że jego podstawowym obowiązkiem jest bezwzględne wypełnianie oczekiwań tych, którzy na niego głosowali, wyraził Wojciech Cejrowski opinię, że, niezależnie od tego co powinniśmy sądzić o postępowaniu Prezydenta, sama ustawa jest bezużyteczna, bo decyduje się karać tylko wybranych oficerów Ludowego Wojska Polskiego, podczas gdy ukarani powinni być absolutnie wszyscy ci żołnierze, którzy zdecydowali się na służbę wojskową w czasach PRL-u. A zatem, jako że Wojsko Polskie w tamtych latach nie było wojskiem polskim, lecz wojskiem okupacyjnym, wszyscy ci, którzy związali z nim swoją karierę zawodową, nie tylko powinni zostać zdegradowani, to jeszcze powinni zostać pozbawieni wojskowych emerytur i zamiast tego objęci opieką społeczną, która pozwoli im na przeżycie. Wygłosił Cejrowski swój patriotyczny manifest i w tym momencie reprezentujący jak by nie było państwową telewizję redaktor przybrał błogi wyraz twarzy i powiedział: „Przepraszam, rozmarzyłem się”.
      Dziś jeszcze nie będę się znęcał nad Rachoniem, z tego choćby względu, że, pomijając stryja, byłego rektora Politechniki Gadańskiej, oraz senatora Platformy Obywatelskiej, on bardzo starannie ukrywa bliższe związki rodzinne, no a poza tym sam jest zbyt młody by mieć za sobą wiele okazji do bardziej poważnej kompromitacji. Z inną jednak sytuacją mamy do czynienia w przypadku Wojciecha Cejrowskiego – przypominam, mówimy o człowieku, który postuluje pozbawienie podstawowych praw obywatelskich wszystkich żołnierzy służących w LWP przed rokiem 1990 – a więc z prawdziwą przyjemnością przypomnę może, kim był jego ojciec, od którego PRL-owskiej kariery on nie tylko się nie zdystansował, to w dodatku korzystał z jego wsparcia przy budowaniu swojej własnej. Otóż proszę sobie wyobrazić, że Stanisław Cejrowski już w latach 50, kiedy odbywał studia na Uniwersytecie im. Mikolaja Kopernika w Toruniu, został wyznaczony do kierowania tak zwanym Studenckim Studiem Radiowym. Na początku lat 60 w Elblągu stworzył studencki klub jazzowy, po czym zorganizował tam imprezę pod nazwą Międzynarodowy Konkurs Kopert Płyt Jazzowych. Gdy w roku 1965 Partia postanowiła autoryzować powstanie Polskiej Federacji Jazzowej, Stanisław Cejrowski objął stanowisko szefa jej Biura Koncertowego i jednocześnie zaczął współorganizować w Sali Kongresowej kolejne festiwale Jazz Jamboree. Przez całe lata 70 ojciec Wojciecha Cejrowskiego był jedną z najważniejszych osób w świecie PRL-owskiego jazzu, piastując funkcję Sekretarza Generalnego Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, ogólnopolskiej organizacji z oddziałami w różnych miastach, wydając płyty jazzowe, oraz organizując najważniejsze festiwale. Jednocześnie był Stanisław Cejrowski animatorem polskiej kultury. Jak wspomina muzyczny fotograf Marek Karewicz, a jednoczesnie kumpel Cejrowskiego, „Zespół No To Co był dzieckiem Staszka Cejrowskiego, który od początku do końca wymyślił tę maszynkę do zarabiania pieniędzy. Wyszukał młodych i zdolnych big-beatowców, przebrał ich w stylizowane kostiumy i kazał grać lekkostrawne melodie nawiązujące do naszej sztuki ludowej. Wiedział, że taka uniwersalna hybryda spodoba się władzy, która kokietując Polonię i zachodnią opinię publiczną, chętnie pochwali się takimi artystami w świecie. Dzięki temu zespołowi Staszek mógł swobodnie grasować po Związku Radzieckim i to właśnie wydawało się dla niego najważniejsze”. A mnie to akurat nie dziwi, bo mam znajomych z branży, którzy mówią mi, że to były czasy, kiedy nikt nie płacił tak dobrze jak Moskwa. Nic więc dziwnego, że w roku 1979, z okazji zbliżających się w Moskwie Igrzysk Olimpijskich, wystąpił z pomysłem tak zwanego „muzycznego tryptyku” w ramach którego okolicznościowe płyty nagrały zespoły Skaldowie, Breakout i Budka Suflera. Swoją karierę zakończył prowadząc interesy swojego syna, który dziś apeluje o pozbawienie emerytur wysługujących się sowieckiemu okupantowi żołnierzy LWP.
      Przepraszam bardzo, ale bezczelność, którą ta cała historia śmierdzi, jest zbyt duża, by ją trzeba było, a być może nawet dało się, odpowiednio skomentować. Jednak w pewien dość przewrotny sposób spróbuję to zrobić. Otóż my, jako  ludzie spędzający znaczną część swego czasu na blogach, kojarzymy pewnie pewien dość dobrze znany rysunek z New Yorkera, na którym przedstawione są dwa siedzące przed komputerem  pieski, z których jeden mówi: „To co mi się najbardziej podoba w Internecie, to to, że nikt nie wie, że jesteś psem”. Otóż kiedy przyglądam się karierze Wojciecha Cejrowskiego, myślę sobie, że nie trzeba siedzieć  w Internecie, by poczuć ten dreszcz emocji. Oto, jak on sam przyznaje, jego życiorys to „siedem dat urodzenia i cztery miejsca urodzenia – wszystkie nieprawdziwe”. Głupio to mówić, ale podejrzewam, że takiego wyniku nie osiągnął nawet słynny agent Turowski.
       A zatem im wszystkim, na sam koniec tej krótkiej refleksji, dedykuję ową piękną piosenkę, która nigdy by nie powstała, gdyby nie Stanisław Cejrowski i jego walka o przywrócenie Polski cywilizowanemu światu.



Przypominam, że 11 kwietnia, czyli już za tydzień będę w Kielcach opowiadał o nauce języka angielskigo, i nie tylko. Zapraszam każdego, kto ma te Kielce bardziej pod ręką. Będę ja, będą książki, a jeśli ktoś nie da rady, to może już 14 i 15 uda nam się spotkać w Warszawie na Targach Wydacow Katolickich.

2 komentarze:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.