niedziela, 29 kwietnia 2018

Chiny, czyli kula nadal się odbija


        Dziś może bardzo krótko, celem uzupełnienia wczorajszej notki. Otóż, proszę sobie wyobrazić, mam uczennicę, dziecko 15 letnie, które wśród prawdę mówiąc niewielu naprawdę zainteresowań, ma też i tak egzotyczne, jak Korea. Jej pasja do Korei, diabli wiedzą skąd wzięta, doszła do tego punktu, że ona nie dość, że ogląda koreańskie seriale przez Internet, słucha koreańskiego popu, w październiku jedzie do Berlina na występ jakiejś koreańskiej gwiazdy, to jeszcze uczy się samodzielnie języka koreańskiego. Założyła ona sobie specjalny zeszycik, w którym ćwiczy pisanie tych dziwnych znaków, uczy się ich na pamięć, a jednocześnie próbuje tworzyć zdania i jakoś jej to nawet idzie. Próbowała nawiązać kontakt ze swoim koreańskim rówieśnikiem, ale coś tam nie wyszło, więc – i tu przechodzę do sedna mojej dzisiejszej notki – pozostał jej kolega z Chin. Ów Chińczyk, co ciekawe, pochodzący z miasta którego nazwy nie potrafię powtórzyć, jest od niej nieco starszy, bo chodzi nie do gimnazjum, lecz do drugiej klasy liceum ogólnokształcącego, jednak pisze do niej listy – co ważne, papierowe – i tu też im jakoś idzie.
       Problem polega na tym, że moja uczennica, bardzo typowe dziecko swojego pokolenia, nie bardzo potrafi układać zdania na papierze, ile razy więc ma napisać list do swojego chińskiego kolegi, prosi mnie o pomoc, w sensie „To co ja mam mu napisać?”. A trzeba powiedzieć, że możliwości jest co niemiara. Kolega z Chin jest bardzo elokwentny, interesuje się i poezją i muzyką (jego ulubionym utworem jest „Sonata Księżycowa” Beethovena), i filmem, niekoniecznie koreańskim… no, dosłownie wszystkim. Wysyła jej więc jakieś zdjęcia, obrazki, fragmenty wierszy, albo zwyczajnie jakieś teksty w języku chińskim, aby jej pokazać, jak wygląda ich pismo. Język angielski zna w stopniu, jakiego ja wśród moich uczniów nie zaobserwowałem, a najlepszym na to dowodem jest to, że on w tych listach nie robi praktycznie żadnych błędów, co trzeba wiedzieć, nawet pomijając moich uczniów, stanowi wynik niezwykły. Mamy bowiem listy na trzy, cztery strony, a mnie się dotychczas zdarzyło tam zauważyć zaledwie jeden błąd, a mianowicie „I play piano” (znajdź, Koteczku, ów błąd).
      Ponieważ ona nie wie, co ma do tego chłopca pisać i w efekcie ja jej praktycznie muszę jej te listy dyktować, któregoś dnia zaproponowałem, by go zapytała, jak on spędza swój czas, czy ma dużo nauki w szkole, czy nauczcyciele są surowi, jakich przedmiotów się uczy, jakoś ten list wspólnie ułożyliśmy, no i on odpisał i opowiedział jej wszystko w szczegółach. Przede wszystkim przysłał jej swój tygodniowy plan lekcji po chińsku, a następnie opisał go po angielsku i oto co nam opowiedział. Otóż on wstaje zawsze o 6 rano, żeby być w szkole o 7.00, natomiast lekcje kończą się o 20.00, po czym on jeszcze zostaje w szkole do 21.30, by odrabiać zadania domowe. Codziennie, bez wyjątku. A ja bym pewnie pomyślał, że ten chłopczyk próbuje nas brać pod włos, gdyby nie jedno zdanie: „Ja wiem, że Tobie jest trudno w to uwierzyć, ale my tu w Chinach przywiązujemy bardzo dużą wagę do edukacji”. Przy okazji podesłał jej kopię swojego testu z języka angielskiego, a ja bym tylko chciał, byście go mogli zobaczyć.
      A więc Chiny, moi drodzy państwo. Chiny i od tego nie ma już ucieczki. A jak będzie wyglądał świat, którzy oni nam urządzą, to możemy się już tylko modlić, żeby oni byli dla nas dobrzy.

Oczywiście, od wczoraj nic się nie zmieniło i moje książki są tam gdzie zawsze, a więc albo w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, albo tu na miejscu - k.osiejuk@gmail.com.
        

3 komentarze:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.