niedziela, 26 grudnia 2010

O psuciu państwa, psuciu człowieka i o biednej Białorusi

Kiedy będzie się ukazywała najbliższa Warszawska Gazeta, a z nią ta bardzo mało świąteczna refleksja, prawdopodobnie prezydenckie wybory na Białorusi utoną w historii całego tygodnia i będziemy się zajmować czymś całkowicie innym, i oczywiście równie ważnym. W kulturze post-modernistycznej bowiem, podobnie jak w post-polityce, i dokładnie tak samo, jak we wszystkim co jest post-, wszystko jest równie ważne i równie nieważne. Dajmy na to, że w telewizji wystąpi Nelly Rokita i tym swoim strasznie głupkowatym zaśpiewem, od którego wszystkich mądrych komentatorów już brzuchy ze śmiechu bolą. powie coś szczególnie nadającego się do medialnego obrobienia. A może ktoś znany umrze? A może ktoś kogoś zarąbie siekierą, lub ugotuje w kuchence elektrycznej? A może zamiast śniegu spadnie deszcz i znów kogoś, lub coś, zaleje? Dziś na przykład włączyłem telewizor jedynie na krótki moment i mogę się domyślać, że przez najbliższe parę dni informacja o tym, że Łukaszenka jednak wcale nie jest taki dobry, jak się w pewnym momencie mogło wydawać, będzie rywalizowała z tym, że Jarosław Kaczyński w trumnie, którą mu pokazali nie znalazł swojego brata. Kaczyńskim zajmą się z pewnością przedstawiciele tamtej cywilizacji, natomiast ja dziś chciałem parę słów na temat białoruskich wyborów, a raczej na temat owej powszechnej, tak dramatycznie zakłamanej histerii, jaka w związku z przebiegiem tych wyborów wokół nas wybuchła.
Co tak bardzo wzruszyło całą naszą publiczną przestrzeń? Otóż, jak się okazuje, na Białorusi nie ma demokracji, i dochodzi nawet do tego, że podobno gdzieniegdzie są fałszowane wybory. Jak wygląda to fałszerstwo? Z tego co mówi Paweł Poncyliusz, kiedy on chciał zajrzeć do tych rozłożonych na stołach kwitów, członkowie komisji wyborczej zasłaniali mu widok i on nic nie mógł zobaczyć. Coś tam ci ludzie z komisji pisali, ale on, mimo że wyciągał głowę, nic nie widział. Co jeszcze? No, oczywiście sprawa pobicia demonstrantów, w tym wszystkich kandydatów na prezydenta. Jeszcze coś? No tak. To już mówiliśmy. Na Białorusi nie ma demokracji, a niech Białorusini wiedzą, że dopóki u nich nie będzie takiej demokracji, jak na przykład u nas w Polsce, nie mogą liczyć na to, że zostaną członkiem Unii Europejskiej. A pierwszym, który im na to nie pozwoli będzie Donald Tusk – demokrata pierwszy w kosmosie.
Przepraszam najmocniej, ale to właśnie, kiedy słyszę te wrzaski, doprowadza mnie do szewskiej pasji. O co chodzi? Niedawno u nas w Polsce – nie w Białorusi, lecz u nas w kraju – odbyła się cała seria właśnie wyborów. Najpierw wybieraliśmy prezydenta Komorowskiego, a następnie drobnych, platformowatych prezydentów na szczeblach niższych. Przyznaję, nie znam przypadków, żeby ktoś komuś w trakcie kampanii, lub choćby nawet w dzień głosowania wlał, czy w ogóle zrobił jakąkolwiek krzywdę, poza zwyczajowym pluciem w twarz. Natomiast, jak idzie o całą resztę, to i z tego co sam zdążyłem zaobserwować, jak i z różnorakich doniesień, mogę się domyślać, że nie wszystko było na poziomie wyższym, czy bardziej europejskim, niż to cośmy mogli widzieć w niedzielę na Białorusi.
Mało tego. Jeszcze zanim rozpoczęła się kampania wyborcza przed wyborami prezydenckimi, doszło do zabójstwa polskiego prezydenta, i jeśli ktoś dziś jeszcze ma ochotę wybuchać oburzeniem na słowo „zabójstwo”, niech się lepiej zamknie, bo zwyczajnie nie wypada. Dziś już zwyczajnie nie wypada. Najpierw więc doszło do zabójstwa prezydenta, a w miesiącach następujących po, a w tym w trakcie już samej kampanii, doszło do wszelkich możliwych naruszeń demokracji na każdym możliwym poziomie – każdym możliwym poziomie – pomijając, jak już przyznałem, bicie po pysku. Choć przepraszam, jak słyszę, pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu do pewnych tego typu zdarzeń jednak dochodziło. Ale niech będzie, że nie. Białoruś ma tu więcej na sumieniu.
Cała przestrzeń publiczna w Polsce, media, szkoły, uniwersytety, kultura popularna, jest od wielu lat, a od śmierci Prezydenta już zwłaszcza, nastawiona na jedno – odebranie głosu pewnej bardzo wyraźnie zdefiniowanej części społeczeństwa i skuteczne jej zmarginalizowanie. Od wielu już lat, a już szczególnie przez ostatnie kilka miesięcy, człowiek znajdujący się w opozycji do obecnej władzy nie ma praktycznie szansy uczestniczenia na równych prawach w życiu publicznym, o ile nie wykaże na tyle dużo siły i charakteru, by oprzeć się najbardziej brutalnej i najbardziej podłej propagandzie. Każdy przeciętny człowiek, ani nie interesujący się za bardzo polityką, ani nie mający pretensji do uczestniczenia w życiu publicznym w stopniu większym, niż ot takim, na jakim uczestniczy się w życiu w ogóle, jest albo poddawany nieustannej manipulacji i najbardziej brutalnej presji, albo zostaje wyszydzony i moralnie podeptany.
Jak idzie o konkretne przykłady, wystarczyłoby wyłącznie mówić o Smoleńsku, ale powiedzmy, że ktoś uważa to za nadużycie. Można by przypomnieć to, co się przez całe długie tygodnie odbywało na Krakowskim Przedmieściu wobec tych biednych, modlących się ludzi, a odbywało się pod pełną kontrolą służb miejskich, policji, mediów i polityków partii rządzącej. Można by wreszcie zastanawiać się nad tymi wszystkimi przypadkami, kiedy to wobec procedury liczenia głosów zgłaszano nie byle jakie pretensje. No ale o tym też zamilczmy, żeby kardynał Nycz nie powiedział nam, że mamy nie zaciskać pięści.
Popatrzmy więc choćby na zupełnie nową kwestię rodzinnej historii Anny Komorowskiej, a więc kogoś, kogo w pewnym sensie – wedle najbardziej demokratycznych kryteriów – wybieraliśmy razem z samym prezydentem, jako tak zwaną Pierwszą Damę. Publiczny przekaz na jej temat był taki, że oto mamy zwykłą kobietę, kiedyś skromną harcerkę, która z tego by być młoda, piękna i osiągać zawodowe sukcesy, zrezygnowała na rzecz służenia rodzinie i wychowywaniu dzieci. Ile razy pojawiał się problem żony Komorowskiego i w ogóle jego życia rodzinnego, widzieliśmy zawsze tylko tę skromną udręczoną kobietę i te skromne, stojące jak najdalej od blasku fleszy dzieci. Przepraszam – ich akurat nie widzieliśmy nigdy. O nich zaledwie słyszeliśmy, że podobno gdzieś są. W tym demokratycznym kraju, który dziś ma służyć Białorusi za wzór i przykład na drodze do nowoczesnej Europy, System zrobił absolutnie wszystko, co trzeba, by prawda na temat tej kobiety i jej życia nie ujrzała światła dziennego. Żeby wyborcy na temat swojego ewentualnego prezydenta i jego żony nie wiedzieli więcej, niż im wiedzieć pozwolono.
O drugim kandydacie natomiast, powiedziano nie dość, że wszystko, to jeszcze dwadzieścia razy więcej niż wszystko. Na wszelkie wypadek, żeby broń Boże nic nie przegapić, prześwietlono go na poziomie zarówno faktów, jak i domysłów, a również na poziomie zwykłych plotek tysiąckrotnie. O Jarosławie Kaczyńskim każdy Polak wie dokładnie wszystko, co ma wiedzieć i czego wiedzieć nie ma prawa. Gdyby dziś, jakimś cudem, wyszła na temat Jarosława Kaczyńskiego, jego mamy, ojca, brata i w ogóle życia, jakakolwiek istotna informacja, wcześniej nieznana, uważam, że w świecie dziennikarskim zaczęłoby dochodzić do serii samobójstw z przepicia motywowanych tym wstydem, że gdzie oni byli, kiedy działy się tak ciekawe rzeczy. A gdyby się okazało, że to informacja to zwykła plotka, każdy z tych obrońców wolnego słowa, od razu by się uniósł oburzeniem, że co się ich ludzie czepiają., skoro oni tylko szperają dla dobra ogółu.
A co się dzieje dzisiaj. Przestrzeń publiczna, na czele z medialnym mainstreamem, wobec tej zupełnie niezwykłej informacji dotyczącej życia prezydenta i jego żony milczy. I to nie milczy tak sobie. Za tym milczeniem w sposób oczywisty stoi System i wyraźna dyrektywa: O tym ani sza! Wszyscy ci dziennikarze, którzy jako jedyne usprawiedliwienie swoich rozlicznych podłości mają ten jeden argument, że oni mają swoje naturalne obowiązki związane z szukaniem i informowaniem, tu nie wydadzą z siebie nawet pisku. Na temat tak istotny jak kwestia tego, co to jest za kobieta, ta pani, która została niedawno naszą tak zwaną Pierwszą Damą. I ci ludzie chcą uczyć Białorusinów demokracji? Jeśli ktoś chce zobaczyć polską demokrację w akcji – ma tu właśnie idealną prezentację. I dziś ci sami ludzie, którzy zgotowali polskiemu społeczeństwu ten los, mają czelność oburzać się na to, że Białorusini są źle traktowani? Co za świństwo!
Dziś czytam socjologiczna analizę Jadwigi Staniszkis na temat taki oto, że Polacy wprawdzie wiedzą, że rząd Platformy Obywatelskiej, premier tego rządu i partia, która ten rząd tworzy, to rozpaczliwe nieporozumienie, a mimo to, cały ten projekt jak najbardziej popierają. Staniszkis zastanawia się, dlaczego tak dziwnie się dzieje i wyjaśnia, że demokracja – choć oczywiście piękna i nie do zastąpienia niczym lepszym – ma w sobie coś takiego, że ludzie przy niej zwyczajnie tępieją. Że się rozleniwiają, przestają myśleć i dają sobą bardzo łatwo manipulować. Żeby uniknąć tego niebezpieczeństwa, każde normalne państwo stwarza pewne systemy zabezpieczające, które pomagają społeczeństwom się organizować, a tym samym zachować swoją podmiotowość. Pisze Staniszkis tak:

Obojętność wobec jakości państwa powoduje, że PO, mimo że źle rządzi, wciąż ma dobre notowania. Zapaść państwa jest tolerowana jak długo sami, bezpośrednio, nie czujemy się zagrożeni.
Jednym z powodów takiego stanu jest fakt, iż w Polsce brakuje mechanizmu, który - w krajach, gdzie system działa dobrze - wspomaga demokrację. W wypadku Niemiec jest to skomplikowana sieć korporacji poszczególnych profesji, grup zawodowych i pracodawców - ale także kościołów, które służą stałej samorefleksji. Czyli - redefiniowaniu własnego interesu w zmieniających się okolicznościach i w powiązaniu z interesem całości i jej przyszłym rozwojem. To fundament partii politycznych, stale korygujący działanie państwa ale też, wymuszający stały namysł o jego stanie.
Bo państwo, zgodnie z wizją Bismarcka, jest traktowane jako instytucja wyrażająca siłę gospodarczą i wolę polityczną społeczeństwa. I zadaniem państwa jest służenie rozwojowi tej siły. A nie, jak u nas, reprodukowaniu władzy określonej ekipy rządzącej w imieniu wąskiej ‘klasy politycznej’. W USA z kolei podstawą takiej ‘zasady społecznej’ wspomagającej demokrację jest kontraktualność. Nic - oprócz wolności jednostki (w granicach prawa) nie jest traktowane jako absolutne. Ale obywatel, aby uczestniczyć w tym systemie, sam musi mieć zdolność zawierania kontraktu. Chodzi o skrupulatnie monitorowaną uczciwość. Także w ramach tzw. moralności publicznej - wobec instytucji. Kiedyś mówiło się w Polsce o tzw. zdolności honorowej i związanych z nią obowiązkach w sferze publicznej. Dziś wywołałoby to tylko ironiczny uśmiech”.

Uważam, że w Polsce władza – a mówiąc „władza” mam na myśli cały System – nie dość, że nie pomaga organizować tego mechanizmu samoobrony społeczeństwa przed korupcją państwa, to wręcz odwrotnie – bardzo się stara i robi wszystko, co tylko jest w stanie, by ten mechanizm nie powstał. Od kilku już dobrych lat, polskie społeczeństwo zostało bezwzględnie wciągnięte w mechanizm psucia państwa i nie ma takiej siły, która by tę agresje powstrzymała. Każda próba pokazywania zła palcem, kończy się z jednej strony wrzaskiem, że polska demokracja ma się dobrze, jak nigdy dotąd, a z drugiej coraz większą obojętnością ogłupiałego obywatela.
A mamy jeszcze Europę. Tę Europę, która tak bardzo dba o to, żeby jej demokratyczne przesłanie doszło aż na Białoruś, a jednocześnie pozwala – wręcz deklaruje swój brak zainteresowania – by tu w Polsce Rosja przy współpracy z kolaborującą lokalną władzą panoszyła się jak na swoim. Z jednej strony mamy tę Unię, to NATO, te wszystkie trybunały, komitety i diabli wiedzą co jeszcze, a z drugiej w jednym momencie, w najbardziej niezbadanych okolicznościach, ginie prezydent jak najbardziej europejskiego kraju, cała kupa parlamentarzystów i ministrów, całe dowództwo wojskowe, a za tą śmiercią idzie już najbardziej bezczelna manipulacja i kłamstwo – i okazuje się, że jeśli ktoś ma z tym problem, niech się zwróci do… no właśnie. Wszystko jedno do kogo. Byleby przestał już zawracać głowę. Zwłaszcza ostatnio, kiedy wszyscy zajęci są walką o powstrzymanie węgierskiego terroru, skierowanego, jak najbardziej, przeciwko demokracji.
I ta właśnie Europa, też zaczęła ostatnio się popisywać, jak to ona nie pozwoli, by Białorusini byli tak źle traktowani przez niedemokratyczną władzę. Bardzo przepraszam, ale – jak to pięknie powiedział w swoim czasie mistrz Wiech – z taką bają to na Grójec. Tyle że, cholera, jakiś ten Grojec ostatnio zrobił się wielki. Dziwnie wielki.

Powyższy tekst został wcześniej opublikowany w Warszawskiej Gazecie. Tu powtarzam go dziś z drobnymi bonusami.

14 komentarzy:

  1. Łukaszenka naraził się strasznie. Zwłaszcza Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, bo jakoś nie chce rozbuchanej konsumpcji i kredytów z pieniędzy bez pokrycia. Za to buduje drogi.
    Najlepszy przykład propagandy w stosunku do Białorusi, której jesteśmy nieustannie poddawani to stereotyp tamtejszej biedy. Oto ranking Banku Światowego http://rru.worldbank.org/businessplanet z którego wynika, że na Białorusi robi się interesy lepiej niż w Polsce. Skoro WB tak twierdzi to znaczy, że albo jedna albo druga propaganda nie jest prawdziwa. :-)
    Co do Prof. Staniszkis, to wydaje mi się, że w innych krajach istnieją stabilne elity, które dbają o rację stanu. Nasze albo nie wykrystalizowały się i albo zostały wyrżnięte, albo "rozpłynęły się w smoleńskiej mgle". Co na jedno wychodzi. Zostały zastąpione motłochem z importu lub armią figurantów.
    Żałuję tylko jednego, że nie odkryłem tego bloga wcześniej. Ale myślę, że to jest do naprawienia. To odkrycie to doskonały prezent na zakończenie świąt.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. @Andrzej
    Oczywiście, że to jest do naprawienia. To akurat nie jest problem.
    Co do samej Białorusi, oczywiście trzeba być ostrożnym. Jedno jest jednak pewne - jeśli oni jakoś wywalczą tę demokrację i okaże się, że ona nie jest po myśli ekspertów, to wtedy dopiero oberwą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawet oficjalna bajka o Białorusi, nie wytrzymuje próby poddając ją logicznej analizie. W historii tej Łukaszenko, to antydemokrata, który jednocześnie jak się podkreśla, sprytnie lawiruje między Rosja, a zachodem. Z drugiej strony maniakalnie lansuję się prostą, naiwną geopolityczna ocenę – Łukaszenko to całe zło, opozycja tylko dobro, tak to idzie. Tymczasem, skoro Łukaszenko, nie taki już potulny dla Rosji (patrz np. nowe kontrakty z Wenzuela i zaraz pytanie o zaangażowanie Polski z dostępem do morza!!!), to kto wie, czy ten jednak reżimowy Łukaszenko, nie jest jedyną nadzieją dla Białorusi... Wcale bym się nie zdziwił gdyby było prawdą, ze ta cała ich opozycja, to taki odpowiednik, z jednej strony, nasza Unia Demokratyczna, a z drugiej, ruskie figuranci sterowani z Łubianki.

    OdpowiedzUsuń
  4. @JSW
    Ja uważam że to jest ruski buc i tyle. Natomiast to, że my sobie tu tak rozmawiamy, świadczy tylko o tym, że im już nigdy nie uwierzymy. Nawet jeśli nam powiedzą, że zbłądzili i chcieli przeprosić.

    OdpowiedzUsuń
  5. Z tą Białorusią to jakaś bajka dla lemingów. Znam paru Białorusinów i z ich słów wynika, że może to jest ruski, czy raczej białoruski buc, to jak na razie nic lepszego do wyboru nie mają i w porównaniu z Polską, całkiem dobrze na tym wychodzą, przynajmniej mają jeszcze swoje banki czy przemysł. Nasze poczucie wyższości jest nieuzasadnione nie tylko z uwagi na nasze braki w demokracji, a nasz dobrobyt na kredyt nie jest lepszy od białoruskiej biedy za swoje. No i ten buc białoruski drogi potrafi budować, zaś stadionów, dzięki Bogu, nie próbuje.

    Nasza polityka wobec Białorusi jest absolutnie wbrew naszym interesom i wynika moim zdaniem z tego, że wszystkie rządy ostatniego dwudziestolecia (tak, wszystkie) działały tak, jakby miały za zadanie realizację jakichś zagranicznych celów zamiast polskich, przynajmniej na odcinku polityki wschodniej, jedne pracowały dla Rosji, inne dla Niemiec/UE, a jeszcze inne dla NATO/USA, z jakichś powodów uważając, że realizując cudze interesy własnym kosztem możemy cokolwiek osiągnąć. Ile jest warta taka polityka, każdy obecnie może ocenić. O naszą demokrację jakoś nikt się nie upomina, nawet krwawe przejęcie pełni władzy na nikim nie zrobiło wrażenia.

    W tzw protesty demokratycznej opozycji zwyczajnie nie wierzę, to są tzw. robione wiadomości, nie widziałem w żadnej telewizji ani jednego ujęcia szerokiego planu, gdzie widać by było chociaż setkę demonstrantów, na ogół więcej kamer i dziennikarzy, niż opozycjonistów. Wyraźnie ktoś chce zrobić kolejną kolorową rewolucję, tylko ma za słaby budżet.

    OdpowiedzUsuń
  6. toyah,

    you are great!

    In the words of the famous british comedy institution - Carry on :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Śladem szanownych przedmówców (szczególnie redpill’a), chcę zwrócić uwagę na sfałszowanie perspektywy.

    Przy innych okazjach oczywiste jest wskazywanie na polski interes państwowy, rosyjski, amerykański, itd. Chodzi o to, że państwo jest zbiorem wielu składników ludzkich, materialnych i niematerialnych. Nie jest to taka sobie kupka, lecz składniki te są państwem dopiero wtedy, gdy są zorganizowane według jakichś wartości i celu, czyli są systemem.

    Państwo, jako system, ma zdolność do samoistnego życia i ewolucji dopóki żyje jako organizm z własnymi potrzebami i zdolnością ich określania.
    Bez tego system jest tylko mechanizmem żyjącym o tyle, o ile żyje np. zegarek, czy inny clockwork. Tzn. niby się rusza, ale jest martwy; np. kolonia, czy postkolonia.

    Te uwagi są potrzebne, aby zarzucić, że wiele mówi się o interesach społeczeństwa białoruskiego, narodu, tamtejszych mniejszości, władz, itd. Jednak nikt nie mówi o interesach państwowych Białorusi jako określonego wyżej systemu. A przecież ten wyraźnie istnieje!

    Wbrew pierwotnym przypuszczeniom, Białoruś, zwłaszcza względem Rosji, jest niepodległa faktycznie, a nie tylko fikcyjnie. Obecnie nie wydaje się, aby ten byt był bardziej fikcyjny niż w przypadku Polski.

    No więc trzeba zapytać, czy ktoś określił, jaki jest polski interes państwowy względem Białorusi jako takiej, czyli interes polskiego systemu względem systemu białoruskiego?

    Przechodząc w sferę łopatologicznych konkretów, czy to dobrze dla państwa polskiego, że istnieje państwo białoruskie i czy temu istnieniu, jako takiemu, polskie państwo powinno bezwzględnie sprzyjać?

    Wspomniane przypuszczenia wiązały się z pierwotną oceną, iż władze białoruskie, szczególnie Łukaszenka marzyły o likwidacji Białorusi przez inkorporowanie jej w Matuszce Rosiji.
    Może i dzisiaj tak marzą, ale chyba pod warunkiem, że w ramach inkorporacji, Putin abdykuje na rzecz Łukaszenki, albo coś takiego.

    Zbiorowa i osobista emancypacja władz białoruskich jest bowiem faktem z zastrzeżeniem, że nie ma tam ośrodka alternatywnego względem Łukaszenki, w podobnym stopniu wyemancypowanego w kierunku zachowania Białorusi.

    Chłodnym okiem spoglądając, można więc postawić znak równości, że na razie, względem Rosji, póty Białorusi, póki Łukaszenki. Państwa inne niż Rosja i osoby inne niż Łukaszenka i jego ekipa nie mają obecnie znaczenia dla przetrwania odrębnego systemu białoruskiego. Może to się zmieni, ale raczej nie zaraz.

    No więc, pora postawić odważne pytania:
    - czy w polskim interesie państwowym na pewno leży osłabianie Łukaszenki, czy raczej leżałoby dwustronne dogadanie się z nim (choćby i ponad Unią)?

    - czy Polska ma być ścianą, od której odbija się Łukaszenka i jak się samej tej ścianie odbija?

    PS.: Uprzedzając krytykę, ja tu wyłącznie o interesach, a nie o upodobaniach, bo państwo ma interesy, lecz samoistnych upodobań nie ma (sfera ducha jest zewnętrzna wobec organizacji).

    OdpowiedzUsuń
  8. No właśnie z tą Białorusią dziwna sprawa. Niby tak blisko mieszkamy, mamy XXI w, a jak oglądam relację z Białorusi, mam wrażenie, że to wszystko podlega blokadzie informacyjnej. A to co dociera do nas, to zaproponowana bajeczka. Gdzie Łukaszenko to czarny bohater, którego wystarczy tylko zastąpić dobrą opozycją. Tak na chłopski rozum, to cała opozycja może być fikcją, może być kreacją na potrzeby służb. Ja mam takie przeczucie.
    Jak się żyję na Białorusi? Jak się ma ich gospodarka? Jaka skala porównawcza z Polską? Tego kompletnie nie wiem, nie znam żadnego Białorusina, a z mediów dociera jedynie propaganda. Ktoś rzuci wiele mówiącym i nic nie mówiącym pkb czy przeciętnej płacy w dolarach. Ale już nie dorzuci jaki jest tam koszt utrzymania, cena prądu itp. Inni tu podają jakieś międzynarodowe wskaźniki, które też nie wiadomo jak czytać.
    Ostatnio podawano, że Łukaszenko jest najbogatszym Białorusinem, i padła taka kwota, 9 mld dol (sic!), że tej depeszy nie można, ot tak pozostawić jak „fakt prasowy”. To wychodzi, że uczynił niby z Białorusi swój prywatny folwark. Ja się pytam na jakiej podstawie te wyliczenia, gdzie ten majątek, gdzie ma udziały, ziemię itp. A tu nic, coś sobie napisali i tyle. Gdzie tu informacja gdzie dezinformacja? Takie to dziennikarzenie.

    OdpowiedzUsuń
  9. @redpill
    No to się znów zgadzamy. Jak już napisałem w mailu do atthelad, jest szansa, ze możemy mieć rację.

    OdpowiedzUsuń
  10. @atthelad
    Dziękuję. Co chciałem powiedzieć, napisałem w mailu.

    OdpowiedzUsuń
  11. @orjan
    Tak sobie fajnie gadacie, że nie mam śmiałości się wtrącać. Ale przypomnę, jak to niedawno do chóru oburzonych na to co się dzieje na Białorusi, dołączył niejaki Żyrynowski. O czym to świadczy? O czymś na pewno.

    OdpowiedzUsuń
  12. @toyah
    No tak, Żyrinowski… Jedno jest pewne, konflikty i brak współpracy pomiędzy państwami byłego bloku sowieckiego jest z całą pewnością w interesie Rosji.

    OdpowiedzUsuń
  13. Wypada spojrzeć na Białoruś nie tylko z pozycji państwa, ale także od strony międzyludzkiej, społecznej lub narodowej?
    Tutaj są zupełnie porażające zaniedbania poznawcze. Ich znaczenie i skala są kompromitujące dla polskich władz i organizacji usiłujących działać "na odcinku białoruskim". Jeśli zaś tutejsze władze, organizacje i media co trzeba wiedzą, ale nam nie mówią, to obawiam się, że nami manipulują.

    Bez pretensji o wyczerpanie tego tematu, a posługując się samym tylko instynktem, popatrzmy najbliżej, tj. „po linii polonijnej”, że krzywda dzieje się mieszkającym tam (u siebie!) Polakom. Ale czy tam nie mieszkają także liczni np. Litwini, tak przecież czuli w kwestii samowyodrębniania się? Co my zatem wiemy w zakresie, jak tam sobie radzą organizacje litewskie, równoległe prześladowanym organizacjom polonijnym? Jeśli znalazły jakiś sposób koegzystencji z władzami, to jaki? Może nadaje się do odgapienia?

    Rzecz w tym, że chyba nic szerzej, ani konkretnie nie wiemy o polityce władz białoruskich względem mniejszości narodowych jako takich. Wszelkie uogólnienia są wyprowadzane od sytuacji i pod wrażeniem losu jednej naszej organizacji polonijnej. Są zatem poznawczo niepewne a na pewno zawierają efekty starań zewnętrznych, tych stąd.

    Za ten stan publicznej niewiedzy odpowiadają polskie władze, organizacje i media. Nie zasługują więc na żadne zaufanie, gdy usiłują Polakom suflować jakieś postawy wobec losu polskiej mniejszości na Białorusi.

    Popatrzmy teraz „po linii społecznej”, że miejscowa policja bezlitośnie szykanuje opozycję i bija jej przedstawicieli. Z tego ma powstawać stan-tutaj-nie-do-zniesienia. Pojawiają się nawet wskazania na moralne zadłużenie Polski i Polaków, bo gdy u nas ZOMO bijało, to świat był solidarny; teraz mamy obowiązek to spłacić.

    To dosyć ładny argument, ale jest istotnie nieuczciwy. Jest bowiem kapitalna różnica. W Polsce ślepy spawacz ze swoją bandą napadli na społeczeństwo, które silnie i niewątpliwie wcześniej określiło się metodami wprawdzie oddolnymi, ale niewątpliwie demokratycznymi. Po 13 grudnia tzw. świat nie miał więc wątpliwości, czego chcą Polacy, a co im ów spawacz zabiera.
    Zapytajmy zatem, czy i skąd mamy porównywalną pewność co do powszechnych oczekiwań dzisiejszych Białorusinów. Chodzi o pewność sprawdzalną w kategoriach ilościowych i jakościowych? Czego Białorusini chcą?

    PS. Z szacunku dla tamtejszych (w tym Polaków) nawet nie przywołam tutejszego doświadczenia na temat kto, za co i o co (naprawdę, czy dla jaj) przeciw komunie tutaj występował, w obu znaczeniach tego słowa.
    Wyjątkiem był właśnie okres po sierpniu 1980r, gdy akcję zaczęli narzucać statyści. Trzeba było kilku lat na zgromadzenie aktorów pierwszoplanowych w okrągłym teatrze a stamtąd w okrągłym cyrku, by grać według scenariusza, aż do dzisiaj.
    A z kim mamy tam do czynienia ?

    OdpowiedzUsuń
  14. @orjan
    Tematu tak łatwo wyczerpać się nie da. Natomiast po to się nim zajmujemy, żeby rozmawiać. I oto rozmawiamy.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.