niedziela, 30 czerwca 2019

Czy nowy film Patryka Vegi będzie polskim kandydatem do Oscara?


      Wracam dziś do kwestii sztuki reżyserskiej Patryka Vegi i sposobu, w jaki ona jest odbierana przez ogół komentatorów, nadzwyczaj niechętnie, ale kierują mną aż dwa powody. Pierwszy to taki, że, nie po raz pierwszy zresztą, spotkałem się zarzutem, że nie mam prawa formułować jakichkolwiek ocen, skoro nie mam pojęcia, co tak naprawdę oceniam, drugi natomiast – wcale nie mniej istotny, bo dotyczący w gruncie rzeczy podstawowego sensu mojej refleksji sprzed paru dni – a związany z dość licznymi komentarzami dotyczącymi zapowiadanego właśnie nowego filmu Partyka Vegi, zatytułowanego „Politycy”, których to komentarzy autorzy bardzo powszechnie sugerują, że Vega jest z całą pewnością „nasz” i to co on dziś wrzuca do sieci, to tylko taka zmyłka, a prawdziwą bekę będziemy mieli dopiero przed jesiennymi wyborami, kiedy oni wszyscy pójdą do kina, by się pośmiać z PiS-u, a tu się okaże, że Vega nakręcił film wcale nie o homoseksualnych relacjach między Macierewiczem a Misiewiczem, lecz o tym idiocie Schetynie.
       To były zatem dwa powody, dla których postanowiłem powrócić do sprawy, ale dla których też – uwaga, uwaga! – obejrzałem film Patryka Vegi od początku do końca bez przerw. Zajęło mi to wprawdzie chyba z pięć bardzo burzliwych godzin, wypełnionych walką z samym sobą, ale wreszcie dotarłem do końca i czuję się jasny i gotowy. Od razu też muszę powiedzieć, że nie żałuję tego czasu i wysiłku, bo choć było nielekko, a poza tym właściwie wszystkie moje podejrzenia co do tego filmu sprawdziły się z aż nazbyt szczodrą nawiązką, to refleksje, jakich stałem się właścicielem, są nie do przecenienia.
      Oglądałem bowiem ów film i nie mogłem się opędzić od wspomnienia dawnego bardzo, bo jeszcze z 2007 roku, a mianowicie słynnego expose Donalda Tuska, gdzie ten, odmieniając na wszelkie możliwe sposoby przez 3 godziny słowo „miłość”, nie przekazał jednej konkretnej informacji, i w ten sposób zaczarował znaczną część polskiego społeczeństwa, tworząc jednocześnie nowy zupełnie rodzaj postpolityki, dla której sam Eryk Mistewicz, w autentycznym zachwycie dla tego co się stało, ułożył nawet nazwę „polityki story”. Wedle świadectwa Mistewicza, owo „story” ma to do siebie, że kiedy ludzie słuchają jak się do nich mówi, tak naprawdę nie oczekują niczego więcej, jak dużego, kolorowego, wyraźnego zdjęcia i kilku prostych słów opisu poniżej. I to jest to, co Tusk w roku 2007 ludziom dał, a oni to żarli przez długie osiem lat, a i dziś niektórzy z nich proszą o jeszcze.
        Oczywiście Vega w swoim filmie, który, przypomnijmy, przyniósł mu nagrodę „Gazety Polskiej” pod nazwą Medal św. Grzegorza I Wielkiego, nie opowiada ani o miłości, ani o ciepłej wodzie w kranie. Tak naprawdę nie wiemy, o czym on opowiada, ponieważ ów niemal dwugodzinny film składa się wyłącznie z serii krótkich epizodów, powiązanych ze sobą wyłącznie w ten sposób, że ich bohaterem jest albo zakrwawiony penis, albo odbyt, ewentualnie pochwa, do której ktoś z jakiegoś powodu coś włożył i jedynym sposobem, by to coś stamtąd wyciągnąć, to przez powtarzanie w nieskończoność słowa „kurwa”. To jest właśnie taki film i, przepraszam bardzo, ale inaczej być nie chce.
      Kiedy film „Botoks” był zapowiadany, obejrzałem sobie jego zwiastun na youtubie i w tej sprawie napisałem nawet odpowiednio złośliwy felieton. Przyznaję jednak, że i ja wówczas nie doceniłem prawdziwych możliwości Vegi. Wydawało mi się mianowicie, że te 12 czy 13 scen, jakie znalazły się w zwiastunie to też wszystko, co było w filmie. Otóż nie. Film Vegi jest zrobiony tak, że tam nie ma chwili na odpoczynek. Tam obowiązkowo co dwie minuty musi się pojawić jakaś nadzwyczajnie szokująca scena, na widok której publiczność na mur będzie ryczeć ze śmiechu, a najlepiej też rzygać. Tam nie ma nic więcej. Tam nie ma chwili na zaczerpnięcie oddechu. Film Vegi to niekończąca się seria grepsów, których jedynym walorem jest wspomniane słowo „kurwa”, no i albo pochwa, albo odbyt, albo oczywiście penis. Czy tam są jakieś akcenty związane z życiem poczętym? Jak najbardziej. Skoro jest penis i pochwa, to coś z tego być musi i to też trzeba pokazać, pod warunkiem, że uda się z tego wycisnąć coś odpowiednio poruszającego. Rodzi się dziecko,a lekarz mówi: „Zaduście je kurwa poduszką”.
        Proszę mi pozwolić wrócić do Tuska i jego pamiętnego expose o miłości i ciepłej wodzie w kranie. Co ma do tego Vega i jego filmy? Otóż, moim zdaniem, za projektem, który firmuje Vega – bo nie łudźmy się, on jest dokładnie tak samo niezależny, jak niezależni są handlarze dopalaczami, którzy nie mogą nawet pójść wieczorem spać bez zgody czy to pana policjanta, czy pana bandyty – stoi dokładnie ta sama myśl, jaka stoi za ośmioletnimi rządami Platformy Obywatelskiej. Chodzi o „story”. Spotka się dwóch znajomych i jeden pyta: „Cześć, stary. Widziałeś już ‘Botoks’?” „No masz! Jasna rzecz”. „I co? Warto?”Jasne. Musisz zobaczyć numer jak się jedna dupczy z psem. No mówię ci, bomba!
Albo:
Mówię ci. Można się posrać ze śmiechu, jak ta baba siada na umywalce, żeby się wyszczać i spada na mordę”.
Albo:
Mówię ci. Najlepsze jak ten facet przychodzi do apteki i nie umie wybrać gumy, bo tych smaków, jest kurwa za dużo. A ten go pyta: ‘Co, dżem będziesz robił?’”.
Albo:
Musisz to zobaczyć, jak on przychodzi do szpitala, żeby sprawdzić, czy jest płodny, a ona mu każe walić konia na jej oczach, w gabinecie”.
I co? On wali?”
No masz! Wszystko widać”.
Ale tam też podobno też coś jest na temat aborcji?
Spoko. Tam też są jaja jak berety. Najlepsze jak to dziecko nie chce umrzeć i oni wszyscy się wkurwiają”.
     A ja uważam, że to jest bardzo starannie zaplanowany i zrealizowany projekt. Jak już wspomniałem, Vega swoje filmy kręci na zlecenie prywatnie, bez łaski ministra Glińskiego i jego PISF-u. Jak to się zaczęło, nie wiem, natomiast dziś jest tak, że film „Botoks”, na moje oko, kosztował Vegę jakieś kilkaset tysięcy złotych, my mu za tę gratkę zapłaciliśmy kilka milionów w formie biletów do kina, no i w ten sposób on – po, naturalnie, przekazaniu odpowiedniej działki tam gdzie trzeba – dziś może sobie spokojnie pozwolić na kolejną odpowiednio tanią produkcję i przez zastosowanie wyżej pokazanego manewru zarobienie kolejnych milionów.
      Film „Botoks” jest tani. On jest tani do tego stopnia, że realizatorzy mogli nawet z zaoszczędzonych pieniędzy ufundować sobie wycieczkę do Afryki i Paryża. I to wszystko można zobaczyć na ekranie. Sposób, tak jak to sobie upatrzył Partyk Vega, by realizować swoje kolejne filmy, musi mu przynieść kolejne sukcesy, ponieważ to jest nic innego jak stary numer na „ciepłą wodę w kranie”. Zbliża się jesień, a z nią premiera nowego filmu Vegi, dokładnie o tym samym, co każdy poprzedni, tyle że te „kurwy” rzucane tu i tam, będą ilustrowane nie mandarynkami w cipie, ale Macierewiczem i Misiewiczem robiącymi sobie laskę. I znów wszystko będzie jak zawsze:
Widziałeś nowego Vegę?”
No masz! Zajebiste, kurwa! Najlepsze jak facet co gra Kaczyńskiego sra do kibla, ale nie trafia i obsrywa swojego kota”.
      I to będą te kolejne miliony, na kolejny film. Może faktycznie tym razem o Żydach w UB... nie, to byłoby za drogie, niech więc będzie o Amber Bold.
      Jak mówię, obejrzałem „Botoks” Patryka Vegi w całości i gdyby mnie ktoś poprosił o przedstawienie choćby w jednym zdaniu, jaką historię ten film opowiada, to ja nie widzę sposobu, by to zrobić. Tam nie ma żadnej historii w takim sensie, w jakim my to słowo rozumiemy. To jest wyłącznie seria tak zwanych „stories”, dokładnie taka sama jak seria dowcipów typu: Przychodzi facet na policję i mówi, że ktoś mu kurwa wydymał psa. Policjant pyta, czy on widział, kto, a ten odpowiada, że nie, bo w tym czasie akurat walił konia.
      Dotychczas było trochę byle jak, jednak tu jest czas, by  przejść do części jak najbardziej poważnej. Otóż, jak już to wspomniałem przedwczoraj, na początku tego roku Patryk Vega został laureatem przyznawanej przez środowisko „Gazety Polskiej” nagrody św. Grzegorza I Wielkiego, obok takich wybitnych Polaków jak Andrzej Gwiazda, czy ks. Stanisław Małkowski. Za rok on prawdopodobnie otrzyma „Paszport Polityki”, albo może nawet minister Gliński przedstawi jego najnowszy film jako polskiego kandydata do Oscara. Że to niemożliwe? Przepraszam, ale nie bądźmy dziećmi. Wystarczy że obejrzy czołówkę i będzie git.


      


5 komentarzy:

  1. Pamiętam film Vegi sprzed kilku lat "Służby specjalne". Taka sama nędza, jak i inne jego filmy. Jednak otoczka, jaką robił wokół tego filmu przypomina to co robi teraz. Miało być tak pięknie, że pokaże prawdę, samą prawdę i tylko prawdę o naszych służbach, że zdobył tajemne info, że dostaje pogróżki, że się boi o życie, itd. Obejrzałem ten film dopiero, gdy zaczęli dodawać do gazet i jedyne co mnie uderzyło, oprócz tych kurw rzucanych na prawo i lewo, to to że w tym całym filmie zostały zebrane wszystkie "spiskowe teorie", które krążyły w necie. Nic więcej. Tylko to co było ogólnie dostępne i sklejone w jedną całość.

    OdpowiedzUsuń
  2. @sm
    Córka twierdzi że ta scena w aptece w "Botoksie" to jest opowiadamy przez szkolną dziatwę dowcip sprzed lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A scena z psem to żart, który opowiadają sobie ratownicy medyczni. Mi go przyniósł kumpel, gdy zaczął w pogotowiu pracować kilka lat temu.

      Usuń
    2. @sm
      Bardzo cenna wiadomość. Dzięki.

      Usuń
  3. To jeszcze na zakończenie. Gdzieś słyszałem, że to było takie branżowe Urban legends. Podobno jeszcze od prlu. Starzy wkręcali młodych, opowiadając prawdziwą historię, która wydarzyła się na obrzeżach. A teraz Vega im to spalił 😀

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.