wtorek, 25 czerwca 2019

Jeżeli, czyli koleś ma dobrą fazę


Tak trochę między kolejnymi wystąpieniami Rzecznika Praw Obywatelskich, oraz zawsze gotowych do czynu rzeczników Rzecznika, a ledwo co zainicjowaną przez onet.pl debatą na temat pewnego Roberta rzekomo zamordowanego w Krakowie przez trzech księży przed grubo ponad 20 laty, pojawiła się kolejna już informacja o tym, że gdzieś w Polsce zostało zatłuczone na śmierć kolejne niemowlę. Wstyd mi jak jasna cholera, ale muszę przyznać, że tych informacji jest ostatnio tak dużo, że już sam zaczynam tracić i rachubę, ale też i, co gorsza, poczucie realności owych nieszczęść. Jak mówię, jest mi okropnie z tego powodu wstyd, ale kiedy słyszę o tym, że gdzieś w Polsce czy to ojciec, czy matka, czy oboje pobili na śmierć swoje ledwo co narodzone dziecko, to już nie bardzo wiem, czy to jest dziecko, o którym już słyszałem, czy może to jest przypadek nowy, czy to dziecko żyje, czy umarło na miejscu, czy może właśnie nie udało się go uratować. No a skoro tak, to – powtarzam, czuję się z tym okropnie – ale ja zaczynam tego typu informacje lekceważyć. O wiele bowiem łatwiej jest mi skupić uwagę – no a przede wszystkim swoje współczucie – na tej dziewczynce spod Świdnicy, no i naturalnie walce rzecznika Bodnara, by jej zabójca nie został jakoś szczególnie zhejtowany przez polskie bydło.
       No ale tak się stało, że zupełnym przypadkiem, przeglądając Internet, wpadłem na informację, że bezpośrednią przyczyną śmierci dopiero co zamordowanej przez swoich rodziców 9-miesięcznej dziewczynki z Olecka było to, że złamane żebro przebiło jej serce. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że niezależnie od tego, czy tak malutkie, czy nieco starsze dziecko ginie od noża, wbitego w serce żebra, czy zostaje ugotowane w piekarniku, nie ma większego znaczenia, no ale tu znów przyznaję się do swojej słabości, to serce przebite złamanym żebrem zrobiło na mnie wrażenie szczególne. Chodzi mi o to, że gdyby omawiany tu trochę ostatnio Kubuś z Wrocławia nie poderżnął temu dziecku gardła i nie zadał jej dziesiątków ciosów nożem, ale jakimś szatańskim sprytem tak ją uderzył, że złamał jej żebro, a to żebro przebiło jej serce, to ja bym się zwyczajnie pobeczał. Przepraszam bardzo, ale gdy chodzi o wymiar symboliczny, to chyba nawet śmierć Jezusa na krzyżu schodzi na plan dalszy.
       Nie o tym jednak chciałem pisać w pierwszej kolejności, ale o tym, czemu w ostatnich latach tak często rodzice mordują swoje malutkie dzieci. Ponieważ zrobiło się własnie aż zbyt poważnie, to nie będę przeciągał i popisywał się kolejnymi wstępami, ale przejdę od razu do rzeczy i powiem, że moim zdaniem za tym stoją dopalacze. To nie jest ani wóda, ani zwykłe zidiocenie, ani mecz w telewizji, ale to coś, co w człowieka wstępuje, gdy się tego czegoś nażre. Ja miałem w ostatnich latach kilka okazji oglądać na ulicy ludzi, którzy ani nie są pijani, ani obłąkani, ani zwyczajnie wściekli na świat, ale są w takim stanie opętania, że osobiście nie widzę powodu, by każdy z nich, gdyby mu tylko to dziecko w tym momencie podsunąć pod ryj, by to dziecko zatłukł jak... no właśnie – demona.
       Już niemal 10 lat temu problem dopalaczy się pojawił w mediach, no i oczywiście w wystąpieniach polityków, jednak albo z jednej strony traktowaliśmy to jako problem ówczesnej władzy, albo raczej dziatwy szkolnej. Czasy jednak, jak wiemy się zmieniają, i wygląda na to, że tamta dziatwa już dawno wkroczyła w wiek dorosły, próba zamykania handlujących owymi dopalaczami sklepów skończyła się tym, że powstały coraz to nowsze produkty, a handel ze sklepów przeniósł się do okien na parterach kamienic i dzieją się rzeczy straszne.
      Myślę cały czas o tym serduszku przebitym żebrem i dochodzę do przekonania, że gdybym to ja miał decydować, co jest dziś najważniejsze dla naszego państwa, to bym machnął ręką nawet na to 500+ i się skupił na czymś znacznie, znacznie poważniejszym, bo za jakiś czas może się okazać, że zabraknie chętnych do owych wypłat.
      Żeby może pokazać, jak bardzo jest dziś poważniej, proponuję by zajrzeć może do mojego starego tekstu, jeszcze właśnie z roku 2010, gdzie to wszystko naprawdę stanowiło dziecięcą zabawę.

      Nie wiedzieć czemu, w tym informacyjnym bagnie, jakie nas zalewa – od niedźwiedzi panda, przez pijanych nauczycieli, po nową fryzurę Joanny Muchy – pojawił się nagle temat tzw. dopalaczy, a więc chemicznych środków powszechnie i jak najbardziej legalnie sprzedawanych dzieciom w dużych polskich miastach, dla zarobku i ze zwykłego, pierwotnego pragnienia śmierci. Piszę „nie wiedzieć czemu”, bo w rzeczy samej ten typ informacji, w świecie niemal już nierzeczywistej zabawy i zidiocenia, nie wiadomo ani czemu ma służyć, ani też do kogo ma być faktycznie adresowany. Ktoś niezorientowany mógłby przypuszczać, że oto problem, który każdy normalnie myślący i w miarę uważny obserwator życia zna od lat doczekał się wreszcie odpowiedniego potraktowania ze strony polskiego państwa i że właśnie cały ten czarny biznes zostaje zlikwidowany, a jego właściciele postawieni wobec bankructwa. Na ten jednak temat nic nie wiadomo. Jeśli już, to jest wręcz odwrotnie. Informacja jest bowiem taka, że sprawa jest trudna, a – jak sami zainteresowani, czyli ci mordercy z rozbawieniem zaświadczają – perspektywa pozostaje też raczej bez zmian. Może więc chodzi o to, by o tym niezwykle interesującym zjawisku poinformować społeczeństwo i zachęcić kogo trzeba do obywatelskiej aktywności? Nie sądzę, choć na ten temat jeszcze będzie. Nie sądzę, bo jak wszystko na to wskazuje, coś takiego jak obywatelska inicjatywa już dawno w Polsce zostało wytępione, i to też wcale nie przypadkiem. Jeśli więc jakiś mądrala w telewizji informuje, że dobrym pomysłem byłoby zorganizowanie społecznego sprzeciwu wobec tych sklepów, on sam musi wiedzieć, że zwyczajnie pieprzy trzy po trzy, a poza tym, nie ma pojęcia o czym mówi. I o tym też będzie później. A zatem i adres też jest nie bardzo znany.
      Coś jednak na rzeczy być musi. Bo temat jest zbyt poważny i zbyt przy tym ponury, żeby sobie tak media miały teraz przez parę dni poużywać. Czy rzeczywiście? Otóż zaryzykuję tezę, że niekoniecznie. Może być po prostu tak, że temat dopalaczy pojawił się wyłącznie dlatego, że na niego przyszła kolej. Dokładnie tak samo jak w pewnym momencie uwaga opinii publicznej została zaabsorbowana stadionem w Bydgoszczy, czy tym chłopcem spod Przemyśla, którego rodzice nakarmili muchomorem, przyszła pora na dopalacze. Ktoś powie, że to nie są żarty, że to nawet nie jest kwestia jakieś pojedynczej tragedii, która zawsze może liczyć na odpowiednią publiczność, lecz tu mamy do czynienia z problemem systemowym. Że tu chodzi o życie narodu. Że tu w grę wchodzi coś co mamy za oknem. Niewykluczone że niedługo wszyscy. Że pewien typ wrażliwości wymaga, żeby tego akurat problemu nie wykorzystywać dla tak nędznych celów jak władza.
      I znów. Może i tak jest. Nie mam tu żadnej pewności, ale zupełnie bym się nie zdziwił, gdyby się miało okazać, że rozmowy o wrażliwości i odpowiedzialności stanowią już tylko pieśń przeszłości na każdym możliwym poziomie. Od czasu jak się okazuje, że nawet smoleńska katastrofa i tak straszna śmierć tylu ludzi potrzebowały zaledwie paru dni, by całe zło tego świata stanęło pewnie na obie nogi, a dziś widok tego porzuconego samolotu nie budzi w znacznej części społeczeństwa emocji większych, niż wiadomość o tym, że jutro prawdopodobnie też będzie padać, powinniśmy zapomnieć o tym co jeszcze wypada, a co już nie. A zatem, mam podejrzenie, że te dopalacze to temat na dwa, trzy dni i tyle wszystkiego. Że za te dwa czy trzy dni będzie dokładnie tak jak było dotychczas – kolejne sklepy będą powstawać, kolejne odmiany tej trucizny znajdą swoich nabywców, a kolejni biznesmeni zarobią kolejne pieniądze. Psy pozostaną psami, sądy pozostaną niezależne i niezawisłe, prezydent będzie pełnił swoją służbę, no i może też już z pielgrzymki do Smoleńska wrócą pani Komorowska z panią Komorowską, a Donald Tusk z panią Małgosią udadzą się na kolejny wypoczynek.
      A ja cały czas myślę o tych dopalaczach. Dzień w dzień jadę do pracy i z okien tramwaju widzę ten sklep, na którym stoi jak byk niezwykle dobitny napis, że przede mną rozrywka na wyciągnięcie reki, a nawet jest podany – wielki niemal tak jak to słowo ‘dopalacze’ – numer telefonu, na który mogę zadzwonić, jeśli albo mi się nie chce, lub nie jestem w stanie się ruszyć z domu. Mijam ten sklep, nie widzę co jest w środku, poza jakimiś przebijającymi się przez zaciemnione szyby iskierkami świateł, i tylko ten napis ‘dopalacze’ mówi mi, że to nie jest kolejny sex shop, lub salon gier, ale narkotykowy salon dla starszej i młodszej młodzieży szkolnej.
      Mogę się oczywiście mylić i niedługo okaże się, że nasze państwo właśnie teraz, kiedy piszę te słowa, podejmuje szereg bardzo zdecydowanych i przemyślanych czynności mających na celu likwidację tego nieszczęścia. Że tak, jak przy naszej kompletnej nieświadomości, urzędnicy prezydenta rozpisywali bardzo precyzyjny plan usunięcia krzyża sprzed Pałacu na Krakowskim Przedmieściu, dziś też ktoś w jakimś gabinecie zbiera się, żeby już niedługo cały ten podły biznes rozgonić na cztery wiatry. Ja tu jednak nie jestem po to by się karmić złudzeniami, ale by drżeć ze strachu. Szczególnie gdy tak wiele wskazuje na to, że w momencie gdy przestanę się bać – nastąpi ostateczny koniec i tego państwa i tego narodu. Siedzę więc tu dziś i myślę sobie, że najprawdopodobniej moje niedawno tu formułowane obawy, że wobec oczywistej secesji państwa polskiego, jesteśmy na prostej drodze do tego, żeby brać sprawy w swoje ręce, mają jak najgłębsze podstawy. Bo jeśli tak ma wyglądać Polska, a więc ma być państwem chaosu, bezprawia, powszechnej nędzy i zwycięstwem tych, którzy potrafią sobie poradzić, to ja bym nie chciał być w skórze ani tych którzy dziś rządzą, ani tych co im tę władzę gwarantują. Bo natura chaosu nie wytrzymuje. Po prostu.
      O co mi chodzi? O nic konkretnego. Jeszcze nie. Ale pofantazjować można, prawda? Otóż ja mam troje dzieci. Załóżmy, że moja najmłodsza córka – która jest osobą, jak już kiedyś wspominałem, wyjątkowo niezależną i czasem beztroską – zacznie korzystać z oferty firmy dopalacze.com i od tego umrze. Ponieważ jest tak, że ja widziałem jak ona się rodzi, i może też trochę z tego powodu ją bardzo kocham i nie wyobrażam sobie, jak mógłbym bez niej żyć, jeśli zdarzy się, że ona od tego świństwa umrze, to ja jestem sobie akurat w stanie wyobrazić, że ja zorganizuję się tak, że pójdę do tego sklepu, o którym wspomniałem i ich wszystkich powystrzelam. A ponieważ już wtedy prawdopodobnie będzie mi wszystko jedno, pojadę do Warszawy, zaczaję się na jakiegoś ministra i go też rozwalę, Tak jak robią ludzie na tych amerykańskich filmach o ludziach, którzy zostali doprowadzeni do tego stanu, że po prostu niszczą ten świat, bo im przestało zależeć. Mogę też zrobić tak, że zadzwonię na ten numer, który widnieje na szybie sklepu, zamówię by mi ktoś przywiózł do domu coś mocnego, a jak ten ktoś się u mnie w domu pojawi, to mu poderżnę gardło i zrzucę go na pysk z balkonu.
      Przepraszam, czy ktoś może ma pretensje, że zaczynam przesadzać? Że mnie ponosi? A niby czemu? Przecież od samego początku mówimy o niczym innym jak śmierci. I to nie byle jakiej, ale usankcjonowanej przez państwo, które zobojętniało.
      A więc ja bym bardzo chciał wiedzieć, dlaczego ci wszyscy, którzy albo dziś w Polsce rządzą, albo ci, którzy im w tym rządzeniu pomagają, albo ci, którzy uciekają się do najbardziej bezwzględnych zabiegów, żeby zachować status quo, mają tak strasznie mało wyobraźni. Przecież to naprawdę nie jest takie trudne. Zwłaszcza że to tak naprawdę nie chodzi o mnie. Ja sobie tylko lubię pofantazjować. Mi wystarczy fantazjowanie. Ale nie można zapominać, że to państwo – państwo w obecnej sytuacji tak strasznie egoistyczne i bezmyślne – doprowadziło wielu ludzi do stanu, który naprawdę niczego już nie może gwarantować.
      Oglądamy ostatnio angielski serial o Tudorach. Głupio patrzeć, jak Anglia – ta piękna, niezwykła, dumna Anglia, którą tak podziwiamy – wyrosła na tak strasznej zbrodni i takim kłamstwie. Toyahowa patrzy jak Henryk VIII pewnego dnia postanowił ściąć ileś tam zupełnie niewinnych osób, bo mu tak wyszło z obliczeń, że w ten sposób będzie mu się lepiej królowało, i mówi, że z tego punktu widzenia, to co oni dziś zrobili w Smoleńsku jest jak najbardziej zrozumiałe. Dla takiego Henryka, cóż miałby znaczyć jeden samolot, choćby aż tak ważny? Patrzymy na tę Anglię sprzed stuleci i myślimy sobie, że myśmy tacy okrutni nigdy nie byli. Te tłumy oblizujące się na widok egzekucji – to takie niepolskie. Takie nie nasze. Ciekawe. Też tak mi się wydaje, że my to jednak co innego. My nie. Ale kto wie?
      Jednego jednak możemy być pewni. Nasza dzisiejsza władza, to nie władza królewska. Co by o nich nie mówiły te panie, które patrzą rozanielonym wzrokiem na Donalda Tuska i jego przybocznego Grasia, ani jeden ani drugi to jednak ani Henryk ani Cromwell, i choćby dlatego powinni zdecydowanie znać swoje ograniczenia. A jeśli ich nie znają, to będą się mogli któregoś dnia bardzo nieprzyjemnie zdziwić. Ten rodzaj nonszalancji nie może im do końca uchodzić na sucho. Nawet jeśli Polacy to nie Anglicy, tylko taki sobie skromny i łagodny lud, który bardziej żyje marzeniami niż twardymi faktami. Bo nie tylko ja mam dzieci. I nie tylko ja je tak bardzo kocham. I jeszcze raz. Czemu to jest tak trudno pojąć?




1 komentarz:

  1. I zapewne masz rację. Dopalacze to straszne g. Metamfetaminę (czyli ich Pervitin) dobrze przetestowali Niemcy w czasie wojny. Już nie pamiętam, który z generałów otwartym tekstem przyznał, że on żołnierzy z niektórych szczególnie dotkniętych oddziałów umyślnie wysyła na pewną śmierć, ponieważ nie wie, co ma z nimi zrobić - wypuszczenie ich między ludzi nie wchodziło w grę.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.