niedziela, 9 czerwca 2019

Cuda, cuda ogłaszają


      24 lutego 2015 roku opublikowałem tu na blogu tekst zatytułowany „O kościele bez  Pana Jezusa, czyli sztuka życia”. Oto on:
      Każdy z nas, kto ma dzieci, czy to swoje własne, czy w rodzinie, zna ten problem doskonale. Myślę zresztą, że tu nawet i to nie jest potrzebne. Wystarczy minimalny zmysł obserwacji, by zauważyć, że od czasu gdy wszyscyśmy śpiewali „Już za kilka dni, za dni parę, wezmę plecak swój i gitarę” świat się zmienił wręcz nie do poznania, a z nim nasze dzieci, a z nimi często i my sami. I daję słowo, że wcale niekoniecznie chodzi mi o to, że nawet my tutaj dziś znaczną część wolnego czasu spędzamy przed komputerem, czy to nawet, że mój syn swojego najbliższego kolegi, który mieszka parę ulic dalej, nie widział od paru lat, z tego prostego powodu, że im wystarczy Facebook. To oczywiście też, ale przede wszystkim mam na myśli to wszystko, co tak pięknie zostało usymbolizowane owym „plecakiem i gitarą”. A więc, mówiąc ogólnie, tak zwaną sztukę życia.
Jak wiemy, końcówkę zeszłego tygodnia spędziłem w Poznaniu, a dokładniej rzecz biorąc w Kiekrzu u księdza Paddingtona. Nie będę opisywał tego pobytu bardziej dokładnie, bo raz że nie sądzę, by to wielu z nas interesowało, a dwa, że tego słowa, nawet i tak giętkie, jak moje, oddać nie zdołają, jednak chciałem opowiedzieć króciutko pewną przygodę, która zrobiła na mnie takie wrażenie, że zaniemówiłem i trochę mnie to trzyma do dziś.
Otóż pojechaliśmy w sobotę do pewnej wioski pod Poznaniem, gdzie ksiądz chciał mi pokazać były kościół. Pisząc „były kościół”, nie mam oczywiście na myśli tego, z czym możemy się spotkać choćby w Pradze, ale pozornie normalny, stary kościół z czerwonej cegły, taki jakich tam jest cała masa, a więc kościół z witrażami, ołtarzem, krzyżem, ławkami, chórem, a nawet konfesjonałem zsuniętym gdzieś pod ścianę, tyle że bez Pana Jezusa. A skoro bez Pana Jezusa, to kościół, do którego na przykład można wejść, nie zdejmując czapki.
Ja akurat czapkę zdjąłem, bo mam taki odruch, natomiast ludzie, których spotkaliśmy w środku, owszem, nie zawracali tu sobie niepotrzebnie głowy. Co to byli za ludzie? Otóż pewien znajomy księdza plus czterech chłopaków, takich najbardziej klasycznych wiejskich chłopaków w wieku określanym pogardliwie, jak „gimbaza”, w wełnianych czapkach na głowach i tanich kurtkach na grzbietach. To była sobota rano, piękny, ni to zimowy, ni to wiosenny dzień, pierwszy dzień poznańskich ferii, no a ów znajomy księdzu pan i tych czterech miejscowych chłopaków spędzali czas w opuszczonym przez Pana Jezusa kościele i go myli. Właśnie tak – oni tam przyszli, by myć ten dziwny kościół; nawet nie sprzątać go, bo tam nie było co sprzątać, ale go myć z wieloletniej skorupy brudu.
Wyjaśnił mi ksiądz Paddington, że od czasu, jak wiele już lat temu w wiosce pobudowano nowy kościół, stary stał się niepotrzebny i po pewnym czasie, siłami natury, zaczął przypominać owe opuszczone, poniemieckie kościoły ewangelickie, których tam, na zachodnich ziemiach, jest naprawdę niemało. Rzecz jednak w tym, że ten tu akurat, z tego co wiadomo księdzu, jest jedynym takim kościołem katolickim. Jedynym katolickim kościołem, w którym nie ma Pana Jezusa. A widok ów jest tak bolesny, że nie uszedł on uwadze pewnego lokalnego mieszkańca, który jakiś czas temu nie wytrzymał, zwrócił się do proboszcza, by mu pozwolił ten kościół doprowadzić do porządku, pozwolenie otrzymał, ściągnął tych czterech chłopaków, no i oni w piątkę klęczą tam z tym szmatami, szczotkami, wiadrami i pucują tę podłogę. Na razie podłogę.
Ja wiem, że aby pojąć wielkość tego obrazu, trzeba by go mieć przed oczyma, ale postaram się to, co widziałem, opisać. Przypomnę więc: mamy piękny, ciepły, bezchmurny, sobotni poranek, pierwszy dzień ferii szkolnych, ten brudny jak jasna cholera kościół i tych czterech wiejskich gimnazjalistów skrobiących na kolana tę podłogę. Oni nie uczcili tego poranka, zasiadając do swoich komputerów, by zobaczyć, co słychać na fejsie, ani nie jadąc do miasta, by się posnuć po jednej z poznańskich galerii, oni nawet nie uznali za stosowne wyspać się do południa, bo to przecież wreszcie dzień, w którym nie trzeba iść do szkoły. Oni wstali z samego rana, założyli te stare kurtki, jakieś dziurawe dżinsy, czapki z pomponem i poszli myć podłogę w kościele, z którego zabrano Pana Jezusa, a skoro Pana Jezusa, to i każdego z nas. Bardzo mocny ten widok. Daję słowo, że bardzo mocny.
Pan który nam opowiadał, jak tam przed nimi jest jeszcze dużo pracy, pokazał na malutki kwadrat podłogi, częściowo już umyty. Mały fragment, wciąż cały oblepiony brudem tych lat, ale już trochę jaśniejszy od reszty. A ja sobie myślę, że te ferie się skończą, trzeba będzie wracać do szkoły, zostaną za to soboty i coraz dłuższe dni. Mam naprawdę wielką nadzieję, że kiedy przyjdzie lato, ci chłopcy dadzą radę wyjechać choćby na parę dni normalnych wakacji. Życzę im tego z całego serca.
      I oto, proszę sobie wyobrazić otrzymałem niedawno zaproszenie następującej treści:
     Duszpasterstwo Pomocników Matki Kościoła archidiecezji poznańskiej oraz Soli Deo – Fundacja na rzecz pomocy rodzicom i dzieciom mają zaszczyt zaprosić do udziału w uroczystej Mszy Świętej, podczas której nastąpi poświęcenie kościoła Pomocników Matki Kościoła”.
     Dalej jest wskazane miejsce, czas, oraz parę technicznych uwag, ale ja już wiem, że kościół w Ludomach po tych zaledwie 4 latach, wysiłkiem ludzi dobrych i pobożnych, został znów postawiony na Skale i już za chwilę jadę tam, by się wspólnie z nimi radować i dziękować Panu Bogu za ten dar.
     W związku z tym nie będzie mnie przez najbliższe trzy dni, proszę więc sobie jakoś radzić beze mnie, a na ten czas zostawiam Państwu ładną piosenkę. Mogą Państwo sobie jej słuchać do wtorku włącznie, z tą refleksją, że skoro Anglicy musieli się nagle nauczyć języka polskiego, to wszystko jest możliwe.






5 komentarzy:

  1. Akurat teraz drugim okiem obejrzałem na TVPInfo news z ćwiczeń natowskich w Świętoszowie. Pokazywano w działaniu pododdziały medyczne. W tym opancerzone wozy sanitarne. Każdy z nich porządnie oznaczony dużym czerwonym krzyżem (także ten wóz z taktycznymi oznaczeniami Bundeswehry).

    Gdy zestawi się to z dzisiejszymi oznaczeniami cywilnych karetek, to nachodzi tylko jedna refleksja: widocznie wojna, to nie jest miejsce dla żartów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W okopach nie ma ateistów.

      Usuń
    2. @Dariusz

      No właśnie!

      Zdaje się, że w tym dyskretnie tkwi sobie niezły temat i to całkiem teraz na czasie względem szerzącego się wydziczania. Są bowiem takie obszary ludzkiej aktywności, w których właśnie żartów nie ma, żadne tam "piotruś-pany", ale musi rządzić twarda rzeczywistość.

      Mam takiego kumpla, który za młodu ostro trenował judo, a potem poszedł z poboru do wojska. Tam, skoro tylko ustalili, że ma "te talenta bitewne", wzięli go do jakiegoś pododdziału, w którym, w każdym razie, istotną rolę odgrywały treningi walki wręcz.
      O nich właśnie mi opowiedział. Streszczając: "Słuchaj, tam nie ma żadnego ducha sportowego. Każda akcja kończy się buciorem w nabiał. No chyba, że masz saperkę".

      Twarda rzeczywistość! Czy nadciąga tam z tyłu za tolerastami?



      Usuń
  2. A kiedy czerwcowe spotkanie z czytelnikami organizowane przez ks. Krakowiaka?

    OdpowiedzUsuń
  3. @Arkadiusz Sikorski
    Sam chciałbym wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.