czwartek, 6 czerwca 2019

Wizyta w fabryce autorytetów


     Pamiętam jak dość już dawno temu opublikowałem tu tekst o tak zwanych autorytetach, ze szczególnym naciskiem na sposób w jakim owe autorytety są wynoszone na sztandary, a potem nagle upadają, względnie odwrotnie, po wielu latach kompletnego upadku, ni stąd ni zowąd pojawiają się na sztandarach. Mówiąc bardzo krótko, myśl moja była taka, że decyzja o tym, kto zostanie autorytetem, a kto nim być przestanie, podejmowana jest czysto arbitralnie, głównie przez rządzących popularną kulturą właścicieli mediów, a wszechwładza nad społeczeństwami jaką oni dysponują jest tak jednoznaczna, że nie ma praktycznie takiej mocy, która mogłaby owe decyzję w jakikolwiek zakwestionować, a co dopiero sabotować. Wystarczy niemal chwila, by wszystko co zostało ustalone w owych gremiach zostało bez żadnej dyskusji wprowadzone w życie i zaakceptowane przez odpowiednią część społeczeństwa – podkreślić tu należy, że społeczeństwa każdego.
     Przypomniały mi się tamte refleksje w sytuacji może nie do końca powtarzającej tamten schemat, ale, owszem, dość analogicznej. Otóż, jak może wiemy, najpierw któreś z mediów – dziś jest mi trudno ustalić, które dokładnie – podało informację, że jeden z głównych autorytetów w ogólnoświatowej kampanii w walce z pedofilią w Kościele Katolickim, prezes jednej z powołanych na tę okoliczność fundacji, pod nie byle jaką nazwą „Nie lękajcie się”, Marek Lisiński, skutecznie wyłudził od jednej z rzekomych ofiar któregoś z księży, 30 tys. zł.
     Każdy z nas w tym momencie z pewnością wiedział, że samo to, że Lisiński coś wyłudził, kogoś okłamał, czy nawet zwyczajnie wyciągnął mu z kieszeni wiszącego w przedpokoju płaszcza, nie ma żadnego znaczenia, jeśli owo medium, które tę informacje podało jest w swojej demaskacji samotne. Sprawa stanie się własnością publiczną dopiero wtedy, gdy za nią weźmie się medialny mainstream i zrobi z niej temat. A to się stanie dopiero wtedy, gdy ów temat zostanie odpowiednio autoryzowany. Ale nie wystarczy też, że to tu to tam, ktoś o sprawie wspomni, a choćby i kilkakrotnie. Dopiero decyzja podjęta na najwyższym szczeblu otworzy drogę do odpowiednich działań i wtedy już po chwili sprawą wszyscy będziemy się mogli właściwie zainteresować, a kto wie, czy też nie i przejąć.
 Tak też się stało z Lisińskim. Nie umilkły jeszcze echa oryginalnej informacji o tych 30 tysiącach, jak „Gazeta Wyborcza”, dotychczasowy promotor Lisińskiego, napisała duży tekst, w którym nie tylko potwierdziła fakt wspomnianego oszustwa, ale dołożyła kolejną sensacyjną informację, że Lisiński sobie całą historię o molestowaniu przez księdza wymyślił, ponieważ sam go najpierw okradł, a potem postanowił go publicznie zniszczyć, by mieć w przyszłości święty spokój. Dziś z Lisińskiego zostały już tylko strzępy, natomiast mnie zastanawia, co dalej. Czy na tym zezwłoku sprawa się zakończy, czy może oni pójdą za ciosem? Otóż nie. Sprawa się zakończy z tego względu, że prawdopodobnie – Diabeł jeden wie, z jakich przyczyn – Lisiński był tu jedynym celem. Na to by ktokolwiek zaczął grzebać w pozostałych przypadkach "pedofilii w Kościele", jak choćby pokazanym tu przeze mnie szaleństwie Basi z Gdańska, które doprowadziło do zdeptania pamięci księdza Henryka Jankowskiego, nie ma szans z tej prostej przyczyny, że podtrzymywanie tej histerii jest czymś, na czym obu stronom tej bijatyki bardzo zależy. „Gazeta Wyborcza”, telewizja TVN24, „Polityka”, czy „Newsweek” bardzo walczą o to, by utrzymując ten temat na wokandzie walić w pamięć po Janie Pawle II, natomiast Tomaszowi Terlikowskiemu, Grzegorzowi Górnemu, oraz w ogóle środowiskom związanym z tak zwaną „patriotyczna prawicą” chodzi wyłącznie o to, by w ten sposób zakwestionować duchowe przywództwo papieża Franciszka. A zatem mowy nie może być o tym na przykład, by któryś z nich zechciał publicznie wspomnieć naukę Jezusa o Skale, której bramy piekielne nie przemogą. Jak bowiem nie przemogą, skoro wszyscy widzimy, co się dzieje?
  I tak właśnie wygląda cały ten brudny geszeft. Powtarzam – widoczny po obu stronach sceny. Wystarczy jednak jedno hasło, czy to do ataku, czy do odwrotu, by atak lub odwrót nastąpiły. Dopóki jednak System – dziś znów po latach używam tego pojęcia, tyle że w znacznie szerszym kontekście – nie uzna, że w jego interesie jest coś na scenie poprzesuwać, nic się nie stanie. I wcale nie chodzi tylko o ten cały przekręt z kościelną pedofilią. Możemy choćby wrócić do wspomnianych na początku autorytetów. Czy ktokolwiek z nas wątpi w to, że gdyby wspomniany System znalazł w tym swój interes, kwestia pedofilii w Kościele natychmiast zostałaby zastąpiona pedofilią wśród celebrytów, polityków, lekarzy, czy nauczyciel, a taki choćby Lech Wałęsa nie znalazłby się w tym samym miejscu, w którym dziś jest prezes Lisiński? Tak naprawdę z setek innych powodów, z których akurat pedofilia byłaby nic nieznaczącym drobiazgiem. Wystarczyłaby jedna chwila, przy każdej naprawdę okazji, których każdego dnia mamy dużo za dużo, by owa chwila była jednoczesnym jego końcem.
  Widocznie jednak wszystkim im bardzo zależy, by go najwyżej od czasu do czasu prztyknąć w nos. I tyle. I tak to się właśnie kręci.  



Zachęcam do kupowania moich książek, czy to przez księgarnię pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, czy bezpośrednio tu, przez kontakt mailowy: k.osiejuk@gmail.com.
 

4 komentarze:

  1. Jestem chwilowo zajęty, więc tylko nieustające pozdrowienia dla wielbicieli przyciężkich brzmień.

    https://youtu.be/ojJZ0h8Hw1w


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, zapomniałbym o rozbitkach pancernika Szlezwik-Holsztajn:

      https://youtu.be/_FdV1dFvKA8

      Usuń
  2. @toyah

    Wygląda to dosyć smrodliwie. Gdzie jest więc teraz Sherlock Holmes, gdy go najbardziej potrzebujemy? Zachodzi bowiem potrzeba pogłębionej dedukcji.

    Słusznie zauważasz ten moment, w którym gazeta (i te inne) niejako od siebie samej poręcza: tak, to było oszustwo. Rzekoma ofiara jest oszustem i krzywoprzysiężcą.

    Ale skąd ta gazeta i ci inni mają tę pewność i od kiedy mają tę pewność?

    PEWNOŚĆ: skąd ona raptem naszła te media? Przecież nie z wyznań danego oszusta, bo skoro sam pokazałby się im jako oszust, to jak można od takiego inną pewność czerpać?

    KIEDY: czy mianowicie gazeta & cons. już wtedy mieli tę pewność, gdy biskup osądzał księdza? Czy pozyskali dopiero wtedy, gdy lansowali wiadomy film wiadomych braci? A może dopiero wtedy, gdy ten oszust wybierał się szlezwik holsztajnem swoją umytą dłoń podstawić Franciszkowi do ucałowania? Kto mu ją umył? Czyżby nie te media właśnie?

    No i wreszcie kluczowe pytanie: czy te media TERAZ mówią co wiedzą, czy wiedzą, co TERAZ trzeba mówić?

    Dopóki nie ma odpowiedzi na te pytania, z ostrożności pozostaje dedukować, że oto środowiska socjalnie bliskie zażądały od tych mediów: do diabła z pedofilią wśród księży, bo u nas robi się niebezpiecznie.

    A co z wspierającymi "naszymi" dziennikarzami? No cóż, bęben nie widzi ręki, a i tak jej odpowiada. Bo pusty.

    OdpowiedzUsuń
  3. @orjan
    I tylko o księdzu Jankowskim już nikt nie pamięta.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.