sobota, 8 czerwca 2019

Gdzie się podziały tamte prywatki?


Powiem uczciwie, że nie wiem dlaczego nagle w przestrzeni publicznej odżyła kwestia relacji między płciowością, a językiem ją opisującym. I wcale nie chodzi mi o to, że nie ma w naszym języku odpowiednich słów, które by nadały znaczenie przedmiotom, czy zjawiskom, związanym z seksem, a które nie brzmiałyby ani zbyt wulgarnie, ani też zbyt nienaturalnie. Dziś mam na myśli wyłącznie coś tak prostego i codziennego jak definiowanie przy pomocy języka dziewczynki i chłopczyka takimi jacy oni są.
Oglądałem niedawno w TVPInfo rozmowę prof. Legutki z jakąś nieznaną mi panią o terrorze politycznej poprawności, który każe językowi ewoluować w taki sposób, by ostatecznie wszelka różnica między kobietą, a mężczyzną została zlikwidowana. Rozmowa była oczywiście zabawna i w swej zabawności ciekawa, to natomiast co mnie zaniepokoiło, to to, że ani wspomniana pani, ani tym bardziej Ryszard Legutko, że już nie wspomnę o prowadzącym spotkanie Bronisławie Wildsteinie, nie zechcieli wyjść poza stare do porzygania żarty na temat tego, jak to gdzieś w Wielkiej Brytanii ktoś zamiast angielskich zaimków „he” i „she” proponuje stosować wspólny dla obu zaimek „they”, a u nas w Polsce proponuje zapisanie w słownikach formy „polityczka” i przedstawić choćby ślad diagnozy. Mało tego: oni nawet nie zechcieli zwrócić uwagi na ową kompletnie niedorzeczną sprzeczność w polityce lewicowych środowisk, które z jednej strony walczą o likwidację podziału między kobietą, a mężczyzną, a z drugiej, z równą determinacją, postulują wprowadzanie do słownika coraz to nowszych form żeńskich.
Jak mówię, nie wiem, skąd się nagle pojawił ten temat, choćby z tego względu, że już ponad sześć lat temu sprawa została ostatecznie załatwiona tu na blogu. Proszę więc bardzo, rzućmy okiem na tamten tekst sprzed lat.  
 
      Jak się dowiadujemy, oto właśnie – a może wcale nie właśnie, tylko dawno temu, ale my akurat dojrzeliśmy na tyle, żeby nam o tym opowiedzieć – w Szwecji ukazała się książeczka dla dzieci, gdzie autor posługuje się wymyślonym zaimkiem osobowym stworzonym ze słów „on” i „ona”, mającym określać coś na kształt trzeciej płci. Autor owej książeczki, jakiś Jesper Lundkvist, twierdzi, że używając wymyślonego przez siebie zaimka, stara się skutecznie walczyć z przesądami, jakie niechybnie wynikają z tradycyjnego przypisywania ludziom określonej płci. Zdaniem tego Lundkvista, ale też, jak się nagle okazuje, przeróżnych intelektualistów z tamtejszych uniwersytetów, dzięki tego typu zabiegowi, dziecko może się skupić na tym, kim jest człowiek, a nie jakaś dziewczynka, czy jakiś chłopiec.
      Niejaka Karin Milles, specjalistka ds. mediów i komunikacji z Uniwersytetu Södertörn skomentowała sprawę następująco: „Obsesyjne zwracanie uwagi na płeć ma negatywne konsekwencje dla jednostki i społeczeństwa. Edukacja najmłodszych powinna zostać wyzwolona z indoktrynacji narzucającej dzieciom role płciowe”.
      Dla nas oczywiście tego typu ekscesy wciąż pozostają egzotyką, i pewnie moglibyśmy na nie machnąć ręką, gdyby nie fakt, że wielokrotnie mogliśmy już zauważyć – a dziś, jeśli tylko się odpowiednio uważnie rozejrzymy, możemy to obserwować wręcz na naszych oczach – że sprawy ostatnio dzieją się naprawdę szybko, i często zupełnie niepostrzeżenie. Kto jeszcze parę lat temu mógł przypuszczać, że jednym z naszych posłów – a przy okazji jednym z największych politycznych celebrytów – będzie jakieś monstrum udające kobietę? Kto jeszcze parę lat temu mógł przypuszczać, że już za rogiem czają się takie słowa jak „ministerka”, czy może „ministra”, czy „polityczka” – nie dla określenia jakiejś byle jakiej polityki, lecz kobiety uprawiającej zawód polityka? A więc ja osobiście byłbym za tym, by mieć oko na wszystko co się wokół nas czai, byśmy nie musieli pewnego dnia obudzić się z krzykiem.
     Tak się stało, i wspominałem tu już o tym nie raz, że przez wiele lat, właściwie tak długo jak sięgnę pamięcią, grupę zawodową, której nie ufałem wręcz obsesyjnie, stanowili przede wszystkim psycholodzy, a wraz z nimi, niejako w pakiecie, seksuolodzy. Dziś widzę, i zaczynam ten obraz coraz wyraźniej rozpoznawać, że o ile psycholodzy radzą sobie wciąż świetnie i nawet mają przed sobą świetlaną przyszłość, seksuolodzy już wkrótce mogą stanowić gatunek wymarły, grupę istniejącą już wyłącznie we wspomnieniach. A kiedy czytam informacje takie jak ta napływająca do nas ze Szwecji, jestem tego nadchodzącego do nas kataklizmu już niemal pewien.
      Wziąłem do ręki któryś z ostatnich numerów tygodnika „Uważam Rze”, znalazłem tam wywiad ze słynnym polskim seksuologiem Lwem Starowiczem – a więc człowiekiem, którego dotychczas wręcz pasjami nie znosiłem, i – przyznać muszę – poczułem najpierw szok, a potem już tylko zachwyt. Opowiem.
      Rozmowa ze Starowiczem, jak najbardziej na temat płci i seksualności, jest tak niezwykła, że właściwie powinienem ją tu w całości przekleić. Od wczoraj zastanawiam się, jak mogę w skrócie opowiedzieć to co on mówi, i wciąż czuję, że nie ma takiego sposobu, by to wszystko przekazać odpowiednio krótko i dobitnie. No ale muszę spróbować, bo dzieją się rzeczy ważne. Dla czystości narracji, będę się starał unikać zbyt wielu cytatów, jednak proszę traktować znaczną część tego co poniżej jako jak najbardziej cytat. W czym rzecz? Kobieta, która rozmawia ze Starowiczem zaczyna ostro, a mianowicie od pytania: „Kiedyś ideałem był mężczyzna, który polował, rąbał drzewo i potrafił się bić. Dziś panowie używają kosmetyków, noszą spodnie w kwiatki i różowe japonki. Co jest tego przyczyną?” I od tego momentu Starowicz zaczyna snuć swoją opowieść o nowej cywilizacji, a każdy choćby minimalnie wrażliwy czytelnik nie ma innego wyjścia, jak tę opowieść chłonąć z coraz większym przerażeniem.
      A więc tak. To prawda. Duża część mężczyzn niewieścieje. Są tacy, co łączą w sobie cechy męskie i kobiece, podczas gdy inni zupełnie upodabniają się do kobiet. W znacznym stopniu jest to wynikiem bezstresowego wychowania, bardzo często realizowanego wyłącznie przez matki. Ojciec coraz rzadziej stanowi wzór do naśladowania dla synów. Nowy mężczyzna skupia się nie na świecie zewnętrznym, który zawsze przecież stanowił jakieś wyzwanie, ale na sobie, na swoim wyglądzie, na każdej kolejnej zmarszczce na twarzy, na każdej nowej fałdce na ciele. A więc problemem jest współczesna rodzina. Ale są też inne przyczyny. Dzisiejsi chłopcy wychowują się w szkołach koedukacyjnych, co oznacza, że przez cały okres burzliwego dojrzewania przebywają z dziewczynkami. A dziewczynki, jak wiadomo, dojrzewają szybciej od chłopców. W rezultacie męskość jest temperowana, łagodzona. Nie ma wyrazistych wzorców męskich także wśród nauczycieli, który to zawód obecnie niezwykle sfeminizowany. Również harcerstwo – które pobudza rozwój klasycznych męskich cech – nie jest obecnie tak popularne jak niegdyś. Nie ma wreszcie już obowiązkowej służby wojskowej. Tradycyjny świat mężczyzn powoli zanika.
      Tak mówi Lew Starowicz. I znów wraca do rodziny. Kiedyś ojciec był niekwestionowaną głową rodziny, która oczywiście była znacznie większa niż obecnie. Miało się wielu braci, wujów i stryjów, a więc było dużo mężczyzn i męskich wzorców. Teraz bardzo często rodziny są zatomizowane. Małżeństwa mają tylko jedno dziecko, relacje z dalszą rodziną nie są utrzymywane. Kolejna rzecz – współczesne kobiety oczekują od mężczyzny partnerstwa. Mówią: „bądź także moją przyjaciółką, staraj się myśleć tak jak ja". Bardzo często wysyłają tego typu komunikaty, żeby znaleźć partnera o podobnych co one cechach. Chcą, żeby płakał, kiedy one płaczą, razem z nimi wzruszał się, oglądając romantyczne komedie.
      Dziennikarka pyta: „Zniewieścienie to także kwestia wyglądu. Tacy mężczyźni fizycznie upodabniają się do kobiet. Nie jest tajemnicą, że większość kreatorów mody to homoseksualiści. Może to oni kreują takie trendy?” A Starowicz i tu nie pozostawia złudzeń: „Tak, występuje tu pewna prawidłowość. Zarówno kolorystyka modnych obecnie strojów męskich, jak i ich krój są coraz bardziej kobiece. Klasyczny strój męski zaczyna być w zasadzie marginesem w dzisiejszej modzie. Taki strój, czyli koszula i krawat, tak jak kiedyś mundur wojskowy, narzucał mężczyźnie pewien sposób poruszania się, określony chód. Dzisiejszy męski strój – miękkie, kolorowe tkaniny, spodnie opadające do kolan – jest zaś trochę bezpłciowy”. Czy to się dziewczynom podoba? Ależ skąd! Mężczyźni się tak noszą nie po to, by się podobać dziewczynom, ale dlatego, że taka jest moda. Moda jest zaś zjawiskiem niewiarygodnie silnym. Zarówno dziewczyny, jak i chłopcy chcą wyglądać modnie, i kompletnie ich nie interesuje to, że określony strój czy styl nie pasuje ani do osobowości, ani do figury. Moda unisex właściwie została mężczyznom narzucona. Dobrze się w tym czują, bo chcą być modni. A to, jak w tym wyglądają, to już nieważne. Tyle że kobiety traktują ich w sposób pobłażliwy, choćby dlatego, że one również przecież ulegają trendom lansowanym przez środki masowego przekazu. Pewnie nawet czasami kupują swoim partnerom fioletowe spodnie czy inne fikuśne pantalony, bo chcą, żeby ich partner wyglądał trendy. To się dla nich liczy, są z tego dumne. Ale czy kobieta, patrząc na swojego mężczyznę i widząc go ubranego w kolorowe, pstre ubranie, w którym wygląda jak inna kobieta, jest w głębi duszy naprawdę zachwycona? Czy naprawdę czuje do niego pociąg seksualny? Kobiety, które przychodzą do gabinetu Starowicza, często skarżą się, że ich partnerzy przestali już być dla nich atrakcyjni. Są niemęscy, za bardzo delikatni i uczuciowi, podczas gdy one tak bardzo by chciały, by oni jednak byli mężczyznami. A więc kobiety znalazły się w pułapce. Z jednej strony chcą ciepłego i wzruszającego się na każde zawołanie mężczyzny, który będzie uczestniczył przy porodzie i przejmował dużo obowiązków domowych, a z drugiej strony instynkt podpowiada im, że potrzebują partnera z prawdziwego zdarzenia, który nie będzie stanowił emanacji ich własnych cech, ale kogoś, kto się nimi zaopiekuje i będzie wzbudzał w nich pożądanie.
      I wreszcie dochodzi do momentu, który moim zdaniem stanowi najważniejszy i najbardziej szokujący moment całej rozmowy, a może raczej wykładu, i który tworzy znakomity punkt wyjścia do refleksji bardziej ogólnych. Pyta dziennikarka: „A co by było, gdyby nagle wybuchła wojna? Czy mężczyźni, o których mówimy – dbający o paznokcie i wklepujący kremy przeciwzmarszczkowe – potrafiliby walczyć za ojczyznę?” I odpowiedź:
      Dobre pytanie. Na pewno bitni są kibice piłkarscy – ci na pewno by sobie poradzili na wojnie. Natomiast czy zniewieściali mężczyźni, o których mówimy, wytrzymaliby w okopach? Obawiam się, że byłoby z nimi krucho. Byłoby im niezwykle trudno odnaleźć się w wojennej rzeczywistości. Chyba że byłaby to wojna supernowoczesna. Wtedy można siedzieć przed komputerem z maseczką na twarzy i bawić się w wojnę, naciskając guziki. Ale, jak wiemy, wojna nadal wiąże się ze strzelaniem i walką. Wymaga olbrzymiej wytrzymałości, odwagi i twardości charakteru. W jej brutalnych realiach taki zniewieściały mężczyzna z warszawskiego Nowego Światu raczej by się nie odnalazł.
      I nie ma co liczyć na to, że im więcej łagodnych mężczyzn, tym większy na świecie pokój: „Zagrożenia mogą przecież przyjść spoza Unii Europejskiej. Z krajów, w których trendy cywilizacyjne, o jakich mowa, nie występują. Tam mężczyźni są nadal mężczyznami. Nie byłbym więc tak optymistycznie nastawiony. Zresztą przyczyną wybuchu I i II wojny światowej nie była wcale nadmiernie rozbudowana męskość, tylko szaleństwo. A szaleństwo może pojawić się w każdym mężczyźnie”. Czy też w tych zniewieściałych? Owszem. Tyle że zniewieściały szaleniec raczej nikomu nic złego nie zrobi. Tak opowiada Lew Starowicz.
      Oczywiście uwaga zrobiona przez Starowicza odnośnie potencjalnej wojny i kibiców piłkarskich jako być może ostatnich już żołnierzy nowoczesnego świata, budzi pewien dreszcz. I to dreszcz wcale nie tak dla nas obojętny. Jednak ja wpadłem w naprawdę minorowy nastrój nie przez to, że Starowicz wskazał tak bardzo wyraźnie swym palcem seksuologa na to w właśnie zagrożenie. Ja akurat pomyślałem sobie o tym, co się dzieje pod naszymi nosami, a mianowicie o Polsce – właśnie o Polsce – dzisiejszej. Otóż jest tak, że mam troje dzieci, w tym dwie córki i o ile o niego jestem dość spokojny, to jak idzie o nie, wydaje mi się, że mam powody do zmartwień. Czytam to co opowiada Starowicz, przy okazji oczywiście mam w głowie to wszystko co stanowi wynik moich już osobistych obserwacji i doświadczeń, chodzą mi po wspomnianej głowie rozmowy z ludźmi, których znam, i trochę żałuję, że dziennikarka „Uważam Rze” nie spytała Starowicza o to, jak wyglądają statystyki jak idzie o liczbę zawieranych małżeństw i liczbę małżeństw rozpadających się po roku, czy po dwóch. Ja wiem, że w takiej Anglii na przykład, tak zwane stałe małżeństwa praktycznie już przestały istnieć. Natomiast chciałbym wiedzieć, jak to wygląda w Polsce. I znów, czy młodzi ludzie się jeszcze żenią, czy zakładają rodziny, i czy jeśli już te rodziny zakładają, czy są w stanie je utrzymać dłużej niż przez chwilę? I obawiam się, że możemy tu mieć do czynienia z nie byle jakim kryzysem. Jeśli nawet nie realnym, to na poziomie tak zwanej tendencji, jak najbardziej jednoznacznym.
      Bo o co chodzi? Mianowicie o rodzinę. Jeśli jest tak jak opowiada Lew Starowicz – a nikt kto żyje na tym świecie i ma oczy otwarte, nie ma najmniejszego powodu, by jego słowa kwestionować – to znaczy, że jesteśmy na prostej drodze, by coś takiego jak rodzina przestało w końcu istnieć. A stanie się tak z tego prostego powodu, że te wszystkie ciamajdy w japonkach i „miękkich, kolorowych tkaninach i opadających do kolan spodniach” do tego stopnia będą się skupiały na sobie i na tym by spędzać miło czas w towarzystwie podobnych do siebie znajomych, że kiedy nagle pojawi się propozycja założenia rodziny i jakiejś stabilizacji, to one się zwyczajnie pobeczą ze strachu. Już tak jest. Ja co chwilę słyszę opowieści o dziewczynach, które mają tych swoich chłopaków, których udało im się jakimś cudem poderwać pięć czy więcej lat temu, i które płaczą po nocach, bo wiedzą, że z tego prawdopodobnie już nic nie będzie, a czas na szukanie kogoś innego albo już dawno minął, albo robienie jakichkolwiek ruchów jest już zwyczajnie za duże.
      Więc trochę mi brakuje w tej rozmowie tego elementu. Ale jest jeszcze coś. Starowicz praktycznie w ogóle nie porusza spraw związanych z tym co go kiedyś wydawało się interesować przede wszystkim. A więc z seksem. A ja bym był ciekawy się dowiedzieć, jaką rolę w życiu współczesnego młodego mężczyzny, kandydata na to by stworzyć rodzinę i utrzymać przy okazji gatunek, odgrywa seks jako taki? Pamiętam, czytałem kiedyś amerykański tekst o dzieciach z galerii handlowych, snujących się przez cały tydzień wśród tych świateł, by weekendy spędzać na tak zwanych „imprezach”. Bob Greene, autor tego reportażu, przeprowadził wśród amerykańskich imprezowiczów sondę na temat tego, co oni robią, kiedy balują I okazało się, że tak – owszem – jest alkohol, czasem narkotyki, wszelkie możliwe ekscesy, natomiast seksu jako takiego raczej nie ma. Wygląda na to, że współczesna młodzież seksem się nie interesuje. Czy tak jest? Nie wiem. I dlatego chętnie bym coś na ten temat usłyszał od niewątpliwego specjalisty. Bo jeśli to prawda, to trzeba się tu też zastanowić, dlaczego? Czy za tym stoją przyczyny psychologiczne, czy może już fizyczne? Czy jest może tak, że choćby przez tę powszechną dostępność pornografii, wielu z nich stało się impotentami. Bezpłciowymi, pozbawionymi rozumu i serca impotentami. Na przykład. Nie wiem. I tego mi w tej rozmowie brakowało. Ale, jak wiemy, nasze problemy zaczynają się tam, gdzie dla nich się już dawno skończyły. I może dobrze. Najgorsza byłaby panika.





Wyjątkowo długi ten tekst, no ale przed nami cały weekend, więc można go sobie nawet podzielić na kawałki. Kto tego nie zrobił, niech się cieszy, lub żałuje do wyboru. A ja tymczasem, jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek. One są tuż obok, wystarczy kliknąć.


6 komentarzy:

  1. Nigdy nie śledziłam dokonań pana profesora Starowicza, ale to, co on powiedział, nie potrzebuje żadnych tytułów naukowych. Jestem zdziwiona, że tak jednoznacznie proste sprawy trzeba omawiać aż z profesorem. I jednocześnie jestem zachwycona jego przytomnym podejściem do tego tematu. A wystarczyło o to zapytać czyjąś babcię, albo każdego innego normalnego człowieka. Ja już od 25 lat obserwuję dzieciaki z wielu domów, ja i moi znajomi. Nasze domy zawsze były otwarte dla wszystkich dzieci, tzn znajomych dzieci naszych dzieci i chyba wystarczy. Żadnych dzieci emo (takich jak na załączonym obrazku) nie było mi dane poznać. Coś tam o nich słyszałam, oczywiście od dzieci, ale żadnego na oczy nie widziałam. Myślę,że nie ma problemu. No niby jest, ale niewielki. W końcu kreatorzy mody wszelakiej kiszą się we własnym sosie, taka jest prawda. Nie widzę zagrożenia. To jest moje zdanie prowincjonalnego obserwatora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tym Starowiczem to trudna sprawa. Za komuny unikałem jego publikacji jak ognia - był dla mnie całkiem zbędny. Jednocześnie wiedziałem, że jest zapraszany na wykłady do seminarium o.o. Jezutów, by klerykom wyjaśniać kwestie seksualności. Znaczy musiał być niezłym specjalistą i głupot nie gadał bo by go Jezuici na zbity pysk wywalili.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Autor

    Sądzę, że problem jest o wiele głębszy niż samo niewieścienie mężczyzn. Ta zniewieściałość jest tylko skutkiem, jednym z wielu.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Mateusz
    Ależ to jest oczywiste. Nawet Starowicz mówi, że to jest skutek.

    OdpowiedzUsuń
  5. Sami sobie ten bigos ważymy... Bezstresowe wychowanie skupiające się na spełnianiu wszelkich roszczeń, unikaniu jakichkolwiek obowiązków, zerowej choćby symbolicznej dyscyplinie - bo przecież "klaps" za przewinienie, to przejaw niedopuszczalnej przemocy... Wszystko to prowadzi do przysłowiowego "rozmemłania" i mamy coraz więcej nie młodych mężczyzn ale mięczaków uważających z jednej strony, że wszystko im się po prostu należy za samo to, że są a z drugiej rozpaczliwie szukających akceptacji w porąbanym świecie w jakim przyszło im żyć... Przedszkole, szkoła podstawowa to środowiska skrajnie sfeminizowane a jak się trafi jakiś facet, to bywa, że i o odmiennej orientacji... Zamiast twardzieli młodzi chłopcy dorastają jako nadwrażliwi słabeusze... a często osoby bardzo niestabilne emocjonalnie. Zgadzam się z prof. Starowiczem, że eliminacja z naszego życia np. obowiązkowej służby wojskowej tylko pogłębia ten proces zniewieścienia kolejnych pokoleń młodych chłopaków. Paradoksalnie zalewające obecnie kraje Europy miliony imigrantów mogą w przyszłości ten proces nie tylko zatrzymać ale może nawet odwrócić, kto wie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Niestety tradycyjna rodzina na naszych oczach zamienia się w związki partnerskie i to tylko na dobre. Jak przychodzą jakieś problemy czy trudności czyli złe to tych związków już nie ma. Kobiety zakładając spodnie zrobiły sobie dużą krzywdę bo mężczyźni poczuli się niepotrzebni. Zdjęły z nich odpowiedzialność.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.