czwartek, 18 października 2018

Za co Diabeł lubi ludzi bezgrzesznych?


       Na fali iście kosmicznego ataku, jaki został skierowany przeciwko Kościołowi z tytułu plagi sodomii, jaka rzekomo ogarnęła poszczególne Jego struktury, głos w sprawie zabrali już chyba wszyscy, zaczynając od artysty estradowego Nergala, a kończąc oczywiście na mnie. Wśród całego tego zgiełku największe chyba wrażenie zrobiła jednak wypowiedź Stanisława Michalkiewicza w sprawie miliona złotych, jakie Kościół został zmuszony zapłacić pewnej kobiecie z tego powodu, że w dzieciństwie została ona – jak to się ostatnio przyjęło mówić – wykorzystana seksualnie przez któregoś z księży. Michalkiewicz, na dokładnie takim poziomie, z jakiego go znamy i do którego zdołał nas przyzwyczaić, komentując ów wyrok  wyraził opinię, że biorąc pod uwagę wysokość owego odszkodowania, owo wówczas 13-letnie dziecko, a dziś już młoda kobieta, może powiedzieć, że tamten czy to gwałt, czy zaledwie niefortunny zbieg okoliczności, wcale nie był aż taki niefortunny, jak by się mogło w pierwszej chwili wydawać. Nie wspominając już o całym szeregu zawodowych prostytutek, które przez całe swoje życie zawodowe nie zarobiły nawet drobnej części tego miliona.
     Zapytał mnie mój syn, co sądze o Michalkiewiczu i jego mądrościach, a ja mu odpowiedziałem, że moje zdanie na temat tego dziwnego człowieka nie zmienia się od kilkunastu dobrych lat, a moim zdaniem jego główny grzech polega nie na tym, że on nie ma racji w tym co głosi, ale na tym, że nawet jeśli jakimś cudem wyczuwa prawdę, to jest tak zapatrzony w siebie, że zanim zdoła ją opisać, to z owej prawdy zostają wyłącznie funta kłaków warte idiotyzmy. I tak też było w przypadku historii tego nieszczęsnego dziecka, oraz owego niegodziwego księdza, który to dziecko postanowił pewnego dnia na swoją zgubę przygarnąć. Michalkiewicz oczywiście, jako człowiek było nie było inteligentny, wiedział że sprawa nie jest tak prosta jakby się mogło wydawać, ale, jak mówię, zbrakło mu odrobiny skromności, by się zreflektować zanim palnął to głupstwo.
      A zatem mamy tę tragedię, związaną z jednej strony z losem jaki połączył tego księdza i tamtą dziewczynkę, a z drugiej ten kompletnie idiotyczny wyrok sądu, którego zapewne jedyną intencją było dokuczyć Kościołowi, ale przy tym też ów wciąż nie opisany do końca problem związany z tym, co seks potrafi robić z ludźmi i roli, jaką w tej zarazie odgrywają tak zwani „inni szatani”. A przecież wydawałoby się, że nie ma nic prostszego jak wskazać palcem na tak oczywistego winowajcę tego stanu rzeczy, jakim jest współczesna kultura, moda, rozrywka, czy wreszcie media, które, gdyby tylko mogły, karmiłyby społeczeństwa wyłącznie wspomnianym seksem, no ale też – paradoksalnie, dzięki stałemu sprzeciwowi chrześcijańskiej cywilizacji – nie mogą.
      Piszę ten tekst i – nie po raz pierwszy zresztą – ogarnia mnie owa niedparta świadomość, że to o czym chciałbym napisać jest tak oczywiste, że aż wstyd jest wychodzić z argumentami tak dziecinnie trywialnymi, a jednocześnie zwyczajnie zawstydzającymi. Czy naprawdę mamy skończyć na tym, że będziemy rozmawiać o owej modzie, która każe kobietom paradować w poszarpanej i potarganej odzieży, a może o tych hostessach w telewizyjnym programie Kuby Wojewódzkiego, które regularnie podsuwają mu pod nos swoje gołe pupy, a on udaje, że dostał kolejnego wzwodu? Przecież nie.
       No ale trzeba coś powiedzieć. Otóż pozwolę sobie może w tej sytuacji nieco przesunąć poziom argumentacji na coś, o czym tu chyba dotychczas nie rozmawialiśmy, a mam na myśli przestrzeń, gdzie jakimś cudem kampania #MeToo i nie dociera i już nie dotrze. Oto znany nam tu trochę amerykański felietonista Bob Greene swego czasu opisał przygody, jakich zaznał będąc jeszcze młodym dziennkarzem, zajmującym się relacjonowaniem wielkich wydarzeń rockowych tu i tam. Proszę posłuchać:
     Stosunek zespołów do kobiet był taki, jakby stanowiły one jedno z zamawianych do pokoju dań. Było ich zawsze mnóstwo, o każdej porze, a więc, o czym tu myśleć? Pewnego wiosennego wieczoru znalazłem się w hotelowym pokoju z Faces, ówczesnym zespołem Roda Stewarta. Pewna dziewczyna, kręcąca się przy zespole od dłuższego już czasu, pokazywała jasno, że jest chętna pójść do łóżka z każdym, kto tylko ją zechce. Dla chłopaków w zespole to było jednak rozwiązanie zbyt konwencjonalne. Zamiast się z nią kochać, rozebrali ją, położyli na podłodze, a następnie, metodycznie, zaczęli wkładać w nią różne przedmioty. Kostki mydła z łazienki, klucze do pokoju, banana, skórkę od banana – pokładali się przy tym ze śmiechu. A dziewczyna śmiała się również. Leżała z szeroko rozłożonymi nogami i wesoło rozmawiała z muzykami. Faces byli wówczas jedną z największych muzycznych atrakcji na świecie, a więc dziewczyna czuła się jednoznacznie zaszczycona.
[…]
      Pewnego wieczoru, po koncercie  zespołu Alice Coopera, wrócilismy do hotelu, gdzie czekały już na nas dziesiątki miejscowych nastolatek. Pięknie wyszykowane, wymalowane, stały cierpliwie przed hotelem i posłusznie szły do pokoju każdego kto kiwnął na nie palcem. Nigdy nie udało mi się odkryć, w jaki sposób tyle tak młodych dziewcząt potrafiło tak często spędzać noce poza domem, ale one rzeczywiście tam przychodziły i zostawały. Nad ranem członkowie zespołu schodzili na parking do podstawionych samochodów, by udać się na lotnisko, a te dziewczyny czekały już na nich na parkingu. W świetle poranka, wyglądały o wiele mniej egzotycznie niż poprzedniego wieczoru, blade, z rozmazanym makijażem, w wymiętych sukienkach, czekając tylko na jedno słowo pożegnania”.
      Ktoś mnie spyta, po co ja przytaczam te historie? Czy może chcę w ten sposób zasugerować, że te wszystkie kobiety dostały to czego chciały, a więc na swój los zasłużyły? Oczywiście że nie. Owszem, były wśród nich zapewne i takie, ale przecież nie tylko. Chodzi mi o coś innego. Otóż wielu z bohaterów lat czasów opisywanych przez Greene’a wciąż żyje i to żyje ciesząc się powszechnym podziwem i szacunkiem. I to nie tylko Rod Stewart, czy Alice Cooper, ale i Paul McCartney, Mick Jagger, Eric Clapton, Robert Plant… można wymieniać. Wielu z nich to pierwszej klasy gwałciciele i pedofile, wcale nie mniej doświadczeni niż, nie przymierzając Roman Polański, i żeby to wiedzieć nie trzeba nawet świadectwa Boba Greene’a. Przecież o tym, co się tam działo można przeczytać w oficjalnych biografiach muzyków, ale nawet w ich autobiografiach, gdzie oni o tym mówią bez cienia wstydu, a niektórzy z nich otrzymują jeszcze za to od Królowej tytuły szlacheckie.
       A więc jeszcze raz. Ja nikogo nie usprawiedliwiam. Ani aktorów, ani poetów, ani sportowców, ani telewizyjnych gwiazd, ani też oczywiście księży. Ja chcę zaledwie zwrócić uwagę na fakt, że są sytuacje, kiedy to co nas rzekomo tak bardzo oburza, nagle staje się czymś kompletnie nieznaczącym, a czasem wręcz naturalnym. I chciałbym wiedzieć, czemu tak jest? Czy to możliwe, że tak naprawdę powód jest zawsze ten sam? Czy to możliwe, że skoro już postanowilismy czynić zło, ono absolutnie nie może być wynikiem grzechu, czy naszych słabości, lecz wyłącznie sposobem na życie i sukces? Skoro już zdecydowalismy się czynić zło, powinniśmy przede wszystkim zadeklarować, że robimy to z czystym sumieniem i prawdziwą radością, bez głupich wyrzutów sumienia. Wtedy dopiero doznamy usprawiedliwienia.

Gdyby ktoś był w jakikolwiek sposób zainteresowany, zapraszam do korzystania z mojego adresu mailowego k.osiejuk@gmail.com.

10 komentarzy:

  1. I jeszcze ta wstrząsająca scena z Ojca Chrzestnego, gdy matka przyprowadza do domu producenta filmowego Woltza swoją nastoletnią córeczkę...

    To tak często jest, że ludzie chcący żyć w niezgodzie z prawami boskimi, po prostu deklarują się, jako ateiści i już. Nie jestem jednak pewien, czy sumienie wyłącza się automatycznie po takiej deklaracji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Kozik
      Automatycznie może i nie, ale w końcu się wyłączy.

      Usuń
  2. Im nie chodzi o usprawiedliwienie. Nie przyznają się do tego, ale mają wyrzuty sumienia. Chcą to wszystko robić, więcej i więcej, zabić te cholerne wyrzuty sumienia. Zawodowi burzyciele chrześcijańskiej cywilizacji ułatwiają im to jak mogą, już dawno nazwali to zjawisko "wolnością" i podłożyli im pod nos. To co nazywają "wolnością" oznacza prawo/możliwość robienia wszystkiego i korzystania z wszystkiego, co tylko dla kogoś przyjemne. Bez żadnych reguł, zasad, praw czy dekalogów. Ktoś kto wyznaje i głosi jakiekolwiek wartości i zasady to dla nich wróg, oszołom, ekstremista, faszysta itd. Bo chce ograniczyć ich "wolność", bo stawia jakieś etyczne uwarunkowania, piękno, dobro, prawdę... Dla nich jest to nie do wytrzymania.
    Pozdrawiam
    kazef

    OdpowiedzUsuń
  3. @Kazef
    I tych Diabeł nie lubi. On szanuje tylko tych, co wyzutów sumienia nie mają.

    OdpowiedzUsuń
  4. >>> Czy to możliwe, że skoro już postanowiliśmy czynić zło, ono absolutnie nie może być wynikiem grzechu, czy naszych słabości, lecz wyłącznie sposobem na życie i sukces? <<<

    Nie wiem, czy dobrze ciebie Toyahu zrozumiałem. Twierdzisz,że różnica między tymi, którzy padli ofiarą nagonki a tymi którzy dalej cieszą się bezkarnością polega na tym, że ci drudzy robią to bez wyrzutów sumienia jako ich nieodwołalny wybór. Potem jeśli dobrze rozumiem, piszesz, że to jeszcze nie wystarcza trzeba to publicznie zadeklarować tzn. opowiedzieć się po stronie "tego, który nie przepuszcza żadnej okazji".

    >>> Skoro już zdecydowaliśmy się czynić zło, powinniśmy przede wszystkim zadeklarować, że robimy to z czystym sumieniem i prawdziwą radością, bez głupich wyrzutów sumienia. <<<

    Wtedy dopiero będziemy się cieszyć publiczną nietykalnością. Jeśli ciebie dobrze zrozumiałem a twoja diagnoza Toyahu jest słuszna, to jest to porażające. Człowiek w stupor wpada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Mniszysko
      Dokładnie tak. To jest to co chciałem powiedzieć.

      Usuń
    2. Witam. To oznacza że diabeł jest rzeczywistym władcą świata. K.Bedryczko

      Usuń
  5. To samo jest dzisiaj z muzykami "nowoczesnymi" typu raperzy. A nawet jeszcze gorzej, bo z czasem każdy chce przebić poprzedników, więc robią bardziej i więcej. Także imprezy w wielkich domach LA 5x w tygodniu i panienek cały basen na starcie, od razu w bikini, żeby nie było za dużo zachodu. Te obrazki to coś strasznego, jak traktowana jest tam kobieta oraz istota ludzka.

    Wszystko jest kwestią oceny, a ona w masowej skali głównie funkcją propagandy. Także jak widać dzisiaj to czy dane zachowanie jest złe i karalne czy stanowi "część zawodu" zależy od tego, kto to robi, a jeszcze bardziej w czyim biznesie robi i czy ma na to certyfikat czy nie. Dla księży natomiast jest celibat. Skoro sami się przy tym upierają, to mają. Z jednej strony się mówi, ze przecież księża to też ludzie, bo robią mnóstwo nieładnych rzeczy, a z drugich wymaga się od nich, żeby byli "nadludźmi" kiedy jest to wygodne.

    Niestety to faktycznie wskazuje na to, że pewne sfery życia zostały zdominowane przez Złego, przynajmniej w masowej-przemysłowej skali.

    A problem z p. Michalkiewiczem w moim odbiorze jest taki, że wszystko ma swoją granicę, poza którą staje się tylko karykaturą samego siebie, w dodatku niezbyt śmieszną. Ironia i tzw. dystans do rzeczywistości też.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nareszcie spojrzałeś się w lustro... :)
    "moim zdaniem jego główny grzech polega nie na tym, że on nie ma racji w tym co głosi, ale na tym, że nawet jeśli jakimś cudem wyczuwa prawdę, to jest tak zapatrzony w siebie, że zanim zdoła ją opisać, to z owej prawdy zostają wyłącznie funta kłaków warte idiotyzmy."
    ps
    Tekst dno... może jednak przestać pisać!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Anonimowy
      Ty nawet nie wiesz co mi proponujesz. Przecież w chwili gdy ja przestanę pisać, poczucie pustki Cię zabije.

      Usuń