wtorek, 27 września 2016

O Richardzie Kuklińskim i jego wyprawie do piekła

              Ponieważ na poziomie aktualnej polityki nie dzieje się nic godnego uwagi, film o „Smoleńsku” za nami, kolejny film, tym razem o Wołyniu wciąż przed nami, a poza tym ten akurat temat znakomicie rozpracowuje na bieżąco Coryllus, pozostaje mi pisać albo o aktorach i ich adoptowanych dzieciach, albo o innych fascynujących historiach z miejsc, do których na szczęście nie mamy bezpośredniego dostępu. W tej sytuacji proponuję historię, którą dla swojego znakomitego magazynu „Tajna Historia” zamówił u mnie Piotr Bachurski, na temat pewnego Ryszarda Kuklińskiego. A jeśli ktoś myśli, że tu chodzi o TEGO Kuklińskiego, jest w bardzo ciężkim błędzie. Proszę posłuchać.


      Zdaję sobie sprawę z tego, że to co teraz powiem, może zabrzmieć zbyt prowokacyjnie, zakładam jednak, że wśród Czytelników „Tajnej Historii” znajduje się wystarczająco wielu miłośników kultowej już sagi o rodzinie Corleone, a zatem więc i osób, które doskonale wyczuwają ową cienką granicę, za którą ów niezwykły świat, gdzie wszystkie zasady tak zwanego cywilizowanego świata zostały odwrócone, staje się nie tyle przedmiotem naszego moralnego wzburzenia, co czystej fascynacji. O co chodzi? Otóż przedmiotem naszych dzisiejszych refleksji jest człowiek nazwiskiem Ryszard Kukliński, tyle że wbrew temu, co moglibyśmy sądzić, wcale nie mam na myśli „tego” Ryszarda Kuklińskiego, ale Ryszarda Kuklińskiego zupełnie innego, który z „naszym” Kuklińskim miał tyle tylko wspólnego, że obaj byli członkami w znacznym stopniu tajnej organizacji i obaj w jakiś tam sposób stali się bohaterami autentycznych, miejskich legend.
      Dziś zatem przyjdzie nam się tu zmierzyć z tym drugim, przynajmniej w Polsce mniej znanym, Kuklińskim, którego od tej chwili będziemy już nazywać tak jak on sam sobie życzył, Richardem Leonardem Kuklinskim, lub ewentualnie Icemanem. Myślę, że to jest zresztą bardzo dobry moment, żeby wyjaśnić ową niezwykłą ksywkę. Otóż środowisko, w którym obracał się Kuklinski, zaznaczmy od razu, że zawodowy zabójca, pracujący dla słynnej rodziny z New Jersey o nazwisku DeCavalcante, ale równie chętnie przyjmujący zlecenia od każdej z pięciu nowojorskich rodzin, postanowiło ochrzcić go tym imieniem w związku z niekiedy stosowanym przez niego zwyczajem zamrażania ciał swoich ofiar po to, by organom ścigania uniemożliwić określenie czasu ich śmierci. Ale zacznijmy od początku.
      Richard Kukliński urodził się 11 kwietnia 1935 roku w Jersey City. Jego ojcem był Stanley Kuklinski, polski imigrant, hamulcowy na kolei, mama natomiast to Anna McNally, córka irlandzkich katolików przybyłych do Ameryki z Dublina, zatrudniona w paczkowalni mięsa. Jak głoszą różne świadectwa, zarówno polski ojciec, jak i irlandzka matka, utrzymując się w przekonaniu, że katolickie wychowanie polega przede wszystkim na biciu, tłukli swojego syna praktycznie codziennie, co oczywiście musiało doprowadzić do tego, że i on sam w końcu uznał, że dyscyplinę można egzekwować tylko w jeden sposób.
      Richard miał troje rodzeństwa. Starszy brat, Florian zmarł w wyniku obrażeń zadanych mu przez ojca. Młodszy, Joseph, został skazany za gwałt i zabójstwo 12-letniej dziewczynki. Kiedy już po latach, w jednym z wywiadów zapytano Richarda, jak ocenia to, co zrobił jego młodszy brat, odpowiedział krótko: „Obaj mieliśmy tego samego ojca”. Była jeszcze młodsza siostra, Roberta, ale o niej akurat kroniki milczą, co może tylko świadczyć o niej jak najlepiej.
      Jeszcze zanim Richard Kuklinski postanowił wkroczyć na ścieżkę, która miała ostatecznie zdefiniować jego życie, pracując jako magazynier, poznał, a następnie poślubił, dziewczynę nazwiskiem Barbara Pedrici. Również w jednym z wywiadów udzielonych już po latach, Pedrici wspomniała jak pewnego dnia w samochodzie pokłóciła się ze swoim przyszłym mężem, a kiedy chciała się obrazić i sobie pójść, poczuła nagle ból w karku, zobaczyła krew i usłyszała słowa, które zapamiętała na całe życie: „To jest praktyczna lekcja, która ma cię nauczyć, że nigdy nie wolno ci mnie opuścić”.
      I faktycznie, była już z nim do samego końca. Tyle jej satysfakcji, że kiedy jako już bardzo stary człowiek umierał w więzieniu i prosił lekarzy, by zrobili wszystko, by go jak najdłużej utrzymać przy życiu, jako wierna i kochająca żona wyraziła zgodę na odłączenie.
      Barbara urodziła Kuklińskiemu troje dzieci, dwie córki oraz syna. Swojego męża opisywała jako kogoś, kto stale krążył między dwiema postawami, które można było określić jako „dobry i zły Richie”. „Dobry Richie”, jako ojciec i mąż, był czuły i troskliwy, lubiący spędzać czas z rodziną, „zły Richie”, natomiast, pojawiał się wprawdzie w domu zaledwie od czasu do czasu, jednak ze znaczną regularnością, i wówczas z niezwykłą starannością demonstrował w stosunku do żony i dzieci wszystko to, czego nauczył się od swojego polskiego taty.
      Ani żona, ani dzieci, ani tym bardziej sąsiedzi, nie mieli pojęcia, czym się Richard zajmuje. Wszystko co o nim wiedzieli, to to, że prowadzi jakieś niezwykle udane interesy, a im nic do tego. Wystarczy, że żyje się im wygodnie i w sumie bezpiecznie. Oczywiście, jak to kobieta, Barbara od czasu do czasu miała swoje podejrzenia, zwłaszcza gdy Richard potrafił wychodzić do pracy w samym środku nocy, czy zrywając się od obiadu, po czym wracał z potężną ilością gotówki. Jednak ponieważ wiedziała na pewno, że w odróżnieniu od typowego bandyty, on ani nie pije, ani nie zażywa narkotyków, ani nie przepuszcza pieniędzy w kasynach, ani jej nie zdradza, nie próbowała demonstrować swoich niepokojów.
       Richard Kuklinski był potężnie zbudowanym mężczyzną, mierzącym 196 cm wzrostu i ważącym ponad 120 kg. Prowadzone przez niego interesy, o których jego żona i dzieci wolały nie wiedzieć, były prowadzone na skalę międzynarodową i obejmowały handel narkotykami, pornografią, bronią, pranie brudnych pieniędzy, uprowadzenia, no i wreszcie, oraz przede wszystkim, zabójstwa na zlecenie. W jednym z owych wielu udzielonych już podczas pobytu w więzieniu wywiadów, Kukliński twierdził, że pierwszego zabójstwa dokonał jeszcze jako dziecko, kiedy to drążkiem na wieszaki zatłukł na śmierć kolegę, który mu dokuczał. A więc z nerwów. Już zresztą w połowie lat 50. Kuklinski miał reputację kogoś, kto zabije każdego, kto go zezłości i to pewnie w związku z tą legendą zwróciła na niego uwagę rodzina  DeCavalcante. Według autora głównej biografii Kuklinskiego, Philipa Carlo, debiutując wiosną 1954 roku, Kuklinski pojawił się na Manhattanie, szukając swoich ofiar, zawsze mężczyzn, nigdy kobiet, zawsze ludzi, którzy w jakikolwiek sposób potraktowali go nieuprzejmie. Zabijał strzałem z rewolweru, przy pomocy noża, ewentualnie tłukąc ofiarę na śmierć. Niektórych pozostawiał na miejscu, niektórych wrzucał to rzeki Hudson. Morderstwo, jak pisze Carlo, stało się dla Kuklinskiego sportem, a ciał w pewnym momencie było już tak dużo, że nowojorska policja, nie mogąc uwierzyć, ze ich autorem mogła być jedna osoba, uznała, że to pewnie lokalni pijaczkowie padają ofiarą jakichś osobistych porachunków. Tymczasem to faktycznie była jedna osoba, w dodatku taka, która owe morderstwa traktowała zaledwie jako ćwiczenie przed czymś znacznie poważniejszym.
      W innym miejscu, wspominając swoją młodość, mówił Kuklinski tak: „Kiedy tak sobie dziś o tym myślę, to wiecie co? To co w tym wszystkim podobało mi się najbardziej, to polowanie, to co tam stanowiło faktyczne wyzwanie. Samo zabójstwo miało znaczenie drugorzędne. Nie wydaje mi się, żebym czuł przy tym jakieś szczególne podniecenie. Natomiast planowanie, organizowanie wszystkiego tak, by wyszło jak najlepiej, to było coś. A im było więcej wyzwań, tym lepiej wszystko smakowało”.
      Mimo wielu prób postawienia jakiejś sensownej diagnozy odnośnie tego, jak świat mógł stworzyć takiego potwora, mimo że w badania zaangażowanych było wielu wybitnych psychiatrów i mimo że w pewnym momencie sam Kuklinski zgodził się z lekarzami, jak się zdaje, szczerze współpracować, wygląda na to, że nie udało się osiągnąć diagnozy, co do której większość byłaby zgodna. Oczywiście, dzieciństwo musiało odgrywać pewną rolę, jednak nie oszukujmy się, dzieci były bite przez swoich rodziców nie tylko w Nowym Jorku, nie tylko w ramach katolickiego wychowania i nie tylko w XX wieku, a nie jest tak, że większość z nich kończy jak Kuklinski. Jasne, nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że Kuklinski był osobą chorą psychicznie, no ale tu też wariatów na świecie jest co niemiara, a nie każdy z nich ma za sobą taką historię, jak choćby ta zrelacjonowana przez samego Kuklińskiego, kiedy został zapytany, jak to się stało, że tak wybitny gangster jak DeMeo zatrudnił go jako zabójcę. Mówi Kuklinski: „Pewnego dnia pojechałem z DeMeo na przejażdżkę samochodem i zaparkowaliśmy przy jednej z ulic. Wówczas DeMeo wskazał mi przypadkowego przechodnia, człowieka wyprowadzającego na spacer psa, i powiedział mi, żebym go zabił. Wyszedłem więc z samochodu, podszedłem do gościa i strzeliłem mu w głowę. Od tego czasu, DeMeo, jak tylko była potrzeba, zawsze wybierał mnie”.
      A zatem, niezależnie od tego, czy będziemy mówić o tak zwanej „osobowości dyssocjalnej”, czy „paranoicznej”, i tak już pewnie do końca świata nie dowiemy się, co takiego się działo w głowie Richarda Kuklinskiego, że zaprowadziło go aż w tak egzotyczne z naszego punktu widzenia rejony.
      Znów wedle relacji samego Kuklinskiego, przez kolejne 30 lat nie było miesiąca, by on osobiście kogoś nie zabił. Jak to się zatem stało, że przez tyle lat policji nie udało się wpaść na jego trop? Pierwszym tego powodem było to, że, zabijając, stosował Kukliński najróżniejsze metody, a więc strzałem z pistoletu, przy pomocy noża, przez podłożenie bomby, łyżką do opon, przez podpalenie, otrucie, uduszenie, czy wreszcie – pamiętamy, że był to potężnych rozmiarów człowiek – po prostu przez zwykłe pobicie, „tak dla utrzymania formy”. Nigdy nie ustalono, co miał Kuklinski na myśli, mówiąc o swoich „bardzo licznych” ofiarach. Sam twierdził, że było ich ponad 200, jednak oficjalna liczba nie jest znana. Jego ulubioną metoda zabijania było przez zatrucie cyjankiem potasu, ponieważ „zabijał szybko i podczas badań był trudny do wykrycia”. Kuklinski truciznę albo wstrzykiwał, albo dodawał do jedzenia, albo rozpylał aerozolem, albo po prostu aplikował bezpośrednio na skórę. Ciał pozbywał się najczęściej, umieszczając je w ogromnej beczce, ale również nie stronił od rozczłonkowywania, grzebania, lub wrzucania do bagażnika samochodu i porzucania go na złomowisku. Twierdził również, że niekiedy swoje ofiary wywoził do Pensylwanii, gdzie rzucał jeszcze żywe wielkim szczurom na pożarcie. Opowiadał również, że często nagrywał te sceny na taśmę filmową, po to, by mieć wyższe szanse przetargowe przy kolejnych kontraktach. Według jego słów, po obejrzeniu jednego z tych filmów, DeMeo wyraził opinię, że Kuklinski „to człowiek bez duszy”.
      Jak już wspomnieliśmy, historia Richarda Kuklinskiego została już wielokrotnie opowiedziana, czy to w tekstach autorów, którzy uznali ją za na tyle fascynującą, że wartą spisania, czy przez samego Kuklinskiego podczas wielu licznych wywiadów. W oparciu o jego biografię, powstał nawet dość popularny film zatytułowany „The Iceman”. A więc moglibyśmy tę naszą opowieść ciągnąc jeszcze bardzo długo, opisując w sposób odpowiednio barwny i poruszający najsłynniejsze z jego czarnych wyczynów. Jednak uznając, że już i to, co zostało powiedziane dotychczas daje nam odpowiednio wyraźny i mocny obraz, przejdźmy może do dnia, kiedy Richard Kuklinski został wreszcie zatrzymany.
      Jak to się zwykle w tego typu sytuacjach dzieje, na początku owego końca stał szereg popełnionych przez samego Kuklinskiego błędów. Badając serię pojedynczych zabójstw, FBI zdołało je wszystkie połączyć nazwiskiem Kuklinskiego i w roku 1985 rozpoczęła się ostateczna akcja pod kryptonimem „The Iceman”. Detektywowi o nazwisku Pat Kane oraz agentowi specjalnemu Dominikowi Polifrone, przy współpracy z bliskim przyjacielem Kuklinskiego, niejakim Philem Solimene, udało się zbliżyć do Kuklinskiego. Polifrone, przedstawiajony Kuklinskiemu jako płatny morderca nazwiskiem Dominic Michael Provenzano, poprosił Kuklinskiego o pomoc w zabójstwie i nagrał Kuklinskiego, kiedy ten opowiadał z detalami, w jaki sposób zamierza przeprowadzić akcję. 17 grudnia 1986 roku doszło do ponownego spotkania Kuklinskiego z Polifrone, podczas którego Polifrone miał mu dostarczyć odpowiednią ilość cyjanku, który miał posłużyć do zabójstwa pewnego działającego pod przykryciem agenta. Kuklinski jednak sprytnie wypróbował dostarczoną truciznę na jakimś zbłąkanym psie, a kiedy okazało się, że pies się ma świetnie i prosi o jeszcze, Kuklinski nabrał podejrzeń, że ma do czynienia z prowokacją, zrezygnował z dalszego udziału w akcji i poszedł do domu. Został aresztowany dwie godziny później. Przy okazji, w jego samochodzie znaleziono rewolwer i żonę, którą przez to, że chciała policji przeszkodzić w zatrzymaniu, również aresztowano. Kuklinski został oskarżony o pięć morderstw, sześć przestępstw związanych z nielegalnym posiadaniem broni, o jeden napad rabunkowy i jedną próbę napadu, po czym odebrano mu paszport i zwolniono z aresztu za poręczeniem w wysokości 2 mln dolarów. W marcu roku 1988 jury uznało Kuklinskiego winnym zaledwie dwóch zabójstw, ponieważ jednak nie zdołano udowodnić, że ich bezpośrednim wykonawcą był sam Kuklinski, uniknął on obowiązującej wówczas jeszcze kary śmierci i został skazany na karę dożywocia, z możliwością ubiegania się o zwolnienie w wieku 110 lat. W roku 2003, Kuklinski przyznał się do zamordowania w roku 1980 nowojorskiego policjanta Petera Calabro, za co do wyroku dołożono mu jeszcze 30 lat więzienia.
      Ktoś się pewnie zastanawia, czy kiedy Kuklinski wspominał po latach swoje zbrodnie, zdarzało mu się czegoś żałować. Otóż najczęściej nie. Nawet kiedy opowiadał, jak to pewnego dnia chciał sprawdzić skuteczność działania kuszy i strzelił w głowę przypadkowo napotkanemu mężczyźnie, jedyna refleksja ograniczała się do stwierdzenia, że strzała wbiła się tylko do połowy. Jednak jest coś co, jak się zdaje, dręczyło Kuklinskiego przez lata. Oto, jak sam wspomina ów incydent:
     „Gość błagał mnie, żebym go nie zabijał. Prosił, coś obiecywał, chyba nawet się modlił. Wciąż gadał: ‘Boże, błagam’ i takie tam. Powiedziałem mu więc, że dam mu pół godziny, żeby spróbował wyprosić łaskę u Boga. Jeśli w tym czasie Bóg zejdzie z nieba i sprawi, że sytuacja ulegnie zmianie, będzie żył. No ale Bóg się nie pojawił i sytuacja nie uległa zmianie. I tyle. No, przyznaję, że nie było to z mojej strony zbyt miłe. To jest coś, czego nie powinienem był zrobić. A przynajmniej nie w ten sposób”.
      W roku 2005, po 25 latach spędzonych w więzieniu, u Kluklinskiego zdiagnozowano rzadką i nieuleczalną chorobę krwi, w związku z czym został przeniesiony na ściśle strzeżony oddział szpitala w Trenton, w stanie New Jersey. Jak już wspomnieliśmy, mimo że osobiście prosił lekarzy, by w przypadku gdy sytuacja krytycznie się pogorszy, podjęli próbę reanimacji, jego żona zaapelowała, by tego nie robili. Tydzień przed śmiercią, szpital zwrócił się do Barbary z pytaniem, czy podtrzymuję swoją decyzję, a ona skierowała kciuk ku ziemi. 7 marca, w wieku 70 lat, Richard Leonard Kuklinski poszedł do piekła.

Właśnie otrzymałem swój egzemplarz książki o zagubionej łodzi. Jest bez zarzutu. Polecam wszystkim bardzo gorąco. Zamawiać ją można w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz