wtorek, 1 marca 2011

O naszych i o naszych-inaczej

Minął kolejny miesiąc, jak jestem na Waszym garnku i wygląda na to, że to jest zamknięte koło. A więc nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować wszystkim przyjaciołom tego bloga i prosić o dalszą pamięć. A więc:

Pawłowi z Warszawy - podwójnie
Joli z Warszawy
Piotrowi z Warszawy
Edwardowi z Przegędzy
Radkowi ze Szczecina
Cmentarnemu Dechowi
Jakubowi z Warszawy
Grzegorzowi z Warszawy
Danucie z Warszawy - podwójnie
Oli z Opola Lubelskiego
Edycie z Krakowa
Szymonowi z Warszawy
Sławomirowi z Zaczernia
LEMMINGOWI
Przemkowi z Warszawy
Joli z Sieprawia
Naszym ludziom ze Skoczylasa
Marylce
Tomkowi z Pabianic
Michałowi ze Świecia
Andrzejowi z Wąbrzeźna
Michałowi z Warszawy
Kozikowi
Krzysztofowi ze Szczecina
Przemkowi z Ustronia Morskiego
Michałowi z Piastowa
Don Estebanowi
Irkowi i Monice z Pruszcza
Hubertowi i Barbarze z Warszawy
Sławkowi ze Święciechowa
Piotrkowi z Buczkowic
Irkowi z Warszawy
Andrzejowi – miłośnikowi kultury
Michałowi z Piastowa
Staszkowi z Warszawy
Marii z Giżycka
Annie z Olsztyna
Państwu Wieczorkom z tuż obok
Traube
Grabarzowi
Dance z Poniatowskiego
Tobie z Gdyni
Krystynie z Gdańska
Wojtkowi z Warszawy
Jackowi z Warszawy
Magdzie i Markowi z Gdańska
No i Tobie Gembo
I, jak zawsze na końcu, choć nie na ostatku, porozrzucanym Bóg wie gdzie, paypalowcom: Ewie, Piotrowi i Zosi.
A teraz, specjalnie dla Was trochę wspomnienie sprzed lat, ale jednak na nowo. Mam nadzieje, że uznacie to za coś, co warto było powiedzieć jeszcze raz, właśnie dziś.

Kiedy w kampanii prezydenckiej Jarosław Kaczyński na swój charakterystyczny sposób zadeklarował, że dla niego tak zwany problem postkomuny stracił swój urok, rwetes, jaki się podniósł, ogarnął całość polskiej przestrzeni publicznej, poczynając od telewizji TVN24, a kończąc na Gazecie Polskiej. Opinia jaka była najczęściej prezentowana, określała zachowanie Kaczyńskiego jako żałosną próbę zdobycia głosów elektoratu lewicowego. Kiedy w dodatku jeszcze Jarosław Kaczyński powiedział coś bardziej pozytywnego na temat Edwarda Gierka, jego parszywy los, wśród elit zarówno prawicowych, jak i lewicowych, został ostatecznie zdeterminowany. I to zdeterminowany tak, że jakiekolwiek próby wyjaśniania nieporozumienia trafiały już tylko w próżnię.
Sam napisałem dwa teksty, w których w sposób jak tylko umiałem przystępny, wyjaśniałem, ze nawet nie trzeba się za bardzo wgłębiać w intencje Kaczyńskiego, żeby docenić powagę tej jego deklaracji. Że wystarczy by przynajmniej ta część opinii publicznej, która deklaruje swoje przywiązanie do wartości narodowych i patriotycznych, zechciała zwrócić uwagę na fakt, że to nie Leszek Miller, Józef Oleksy, a nawet Wojciech Jaruzelski zdmuchnęli ze smoleńskiego nieba nasz samolot, lecz ktoś z całkowicie odmiennych politycznych i cywilizacyjnych rejonów. I że w tej sytuacji, trudno oczekiwać od Jarosława Kaczyńskiego – człowieka, dla którego kwestia tej zbrodni stanowi problem nieporównywalny z jakimikolwiek naszymi emocjami – by swój gniew zwracał pod adresem tak zwanej post-komuny. Wysłałem oba teksty do Gazety Polskiej, która wzięła na siebie rolę reprezentanta najbardziej urażonej części prawicowego elektoratu, z prośbą o opublikowanie choć jednego z nich, choćby na zasadzie polemiki – na nic. Jestem pewien, że owa postawa Jarosława Kaczyńskiego do dziś, w opinii wielu, stanowi co najwyżej dowód jego trudnej sytuacji psychicznej po tamtej stracie.
To, jeśli idzie o nas. O prawicę. Co sobie myślą oni, nie ma najmniejszego znaczenia. Oni zawsze będą sobie myśleli to co myśleć się im każe, lub to co sami uznają za korzystne dla wiecznego planu eliminacji Jarosława Kaczyńskiego z życia politycznego. W tym również, jak najbardziej, fizycznie. A zatem, mam dziś na oku nas. Właśnie prawicę. Tę jej część, która z jakiegoś, nigdy dla mnie do końca nie wyjaśnionego powodu, uznała, że bycie prawicą właśnie stanowi złoty kluczyk do wiecznej i świętej reputacji. Że jeśli tylko zajdzie potrzeba zdefiniowania celu i sposobów, by ten cel osiągnąć, ale również policzenia sił, wystarczy rozejrzeć się kto jest nasz, kto nie, nazwać bohaterów, opisać zdrajców i będzie git. Przy zaakceptowaniu tego schematu jednak, obawiam się, że nieuchronny jest moment, kiedy i ja na przykład zostanę do tego stopnia przyparty do muru, że nie pozostanie mi nic innego, jak ogłosić – nie po raz pierwszy zresztą – że, jak kto tylko zechce, może mnie od dziś tytułować lewicą. Choćby i tą gierkowską.
Piszę, że nie po raz pierwszy zresztą, bo istotnie, nie po raz pierwszy. A jak mówię, że po raz pierwszy, to zaręczam, że pierwszy raz nie nastąpił w związku z kampanijną deklaracją Jarosława Kaczyńskiego, ale znacznie wcześniej. Jakiś już czas temu, zainspirowany wyjątkową aktywnością tak zwanego konserwatywno-liberalnego skrzydła Salonu24, w którym kiedyś pisałem, najpierw napisałem, a następnie zamieściłem tu tekst, w którym zadeklarowałem swoją sympatię do wszystkiego co lewicowe. W swoim wpisie, przeprowadziłem – skromną, akurat w sam raz na złość, jaka mnie opanowala – analizę współczesnej polskiej myśli i idei polityczno-filozoficznej, starając się wykazać, że z czysto ludzkiego punktu widzenia, cała debata związana z tak zwaną przynależnością, jest funta kłaków warta. A zatem, jeśli ktoś życzy sobie ze mną dyskutować na tym poziomie, to ja się wypisuję, ponieważ wolę być prostym komunistą, niż wchodzić w jakiekolwiek więzy przyjaźni nawet z najbardziej światłym konserwatywnym liberałem, jeśli on przypadkiem jest zwykłym bucem. I że, jeśli ktoś życzy sobie stawiać mi za wzór prawicowości to co w powszechnym rozumieniu funkcjonuje jako prawicowe, to ja od dziś trzymam z lewicą.
Gdyby ktoś chciał ewentualnie ten mój stary wpis poczytać, bardzo proszę, niech poszuka go sobie na własną rękę, natomiast trzymając się kwestii bycia komunistą, muszę dziś przynajmniej części czytelników tego bloga wyjaśnić pewną rzecz. Otóż z tym komunistą, to nie była prawda. A przynajmniej nie do końca. Użyłem tej figury, z jednej strony dlatego, że byłem bardzo poirytowany i potrzebowałem znaleźć coś bardziej drastycznego, a z drugiej strony po to, by pokazać w miarę możliwości dobitnie, że kiedy patrzę na te wykwity w głowach niektórych z ludzi, którzy to się pojawiają to znikają, by się znów pojawić w okolicach mojego oka, nosa i ucha, to jestem gotów powiedzieć wszystko, byleby choć jeden z nich zechciał zniknąć raz i na dobre. A jednak wciąż, mimo tych wyjaśnień, sprawa nie jest do końca rozstrzygnięta, z tego choćby powodu, że – obserwując to wszystko co się dzisiaj dzieje wokół mnie w zasięgu działań tak zwanej prawicy – ja osobiście nie widzę żadnego powodu, żeby się wstydzić bycia akurat komuchem.
Kiedy po raz pierwszy zajmowałem się problemem fikcyjności dzielenia naszej sceny politycznej według linii prawica-lewica, z naciskiem na wymiar etyczny całego przedsięwzięcia, na oku miałem przede wszystkim tak zwanych liberalnych konserwatystów, w związku z wyprowadzonym przez nich atakiem na najszerzej rozumianą Solidarność. Moją wściekłość wzbudziło odmieniane na wszelkie możliwe sposoby i wyśpiewywane na wszystkich możliwych rejestrach, zawołanie: „Nie pozwolę, żeby za moje podatki utrzymywano całą bandę nierobów!” Jeśli postanowiłem, że nadszedł odpowiedni czas, by się zdeklarować jako dumny lewicowiec, to przede wszystkim dlatego, że zostałem do tego gestu zainspirowany przez tę bandę idiotów, których zarówno społeczno-polityczna wiedza, jak i czysto ludzka wrażliwość zaczynają się i natychmiast kończą na konstatacji, że jeśli się chce zarabiać, to trzeba pracować. A jeśli ktoś nie pracuje, to znaczy że jest głupi i nieudolny. A jeśli jest głupi i nieudolny, to niech nie wyciąga swoich nieobciętych paznokci do tych, którym się udało.
Jednak jak mówię, dziś i wszystko to poszło już bardzo do przodu, a i ja sam znacznie poszerzyłem swoje pole obserwacji. I w ramach tego szerokiego już bardzo obrazu zauważyłem, że mój wręcz histeryczny upór, żeby nie pisać o sprawach, lecz o ludziach ma bardzo głębokie uzasadnienie. I jeśli coś tu się kiedykolwiek ma zmienić, to tylko to, że jeszcze bardziej będę zajmował się ludźmi, a nie sprawami. A zajmując się ludźmi, sprawom będę poświęcał jak najmniej miejsca i uwagi, ponieważ – w moim najgłębszym przekonaniu – człowiek jest tylko – ale i aż – człowiekiem, i wszystko to co go otacza ma znaczenie najmniejsze. Oczywiście, nie będzie mi łatwo, choćby dlatego, że zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że tak nie można, bo każdy ma swoją godność i takie tam… ale zobaczymy. Moje intencje są bardzo jasno opisane i nie wydaje mi się, żebym był w stanie zacząć nagle pisać wbrew sobie.
O co mi konkretnie chodzi? Oczywiście – jak już wspomniałem – głównie o te napomnienia, żeby nie ruszać swoich. Co to bowiem oznacza swoich? W jakiż to sposób nie-mój jest Grzegorz Napieralski? Otóż dokładnie w taki sam sposób, jak Jarosław Gowin. A jeśli i Gowin i Napieralski nie są moi, to nie widzę najmniejszego powodu, żeby mój był Tomasz Wołek. Jeśli z kolei nie mój jest Wołek, to jakiż ja mam powód, żeby za swojego uważać byłego ministra Polaczka, czy Rafała Ziemkiewicza? Jeśli z kolei nie mój jest Polaczek, to równie dobrze nie mój jest Warzecha, czy Dorn. I, oczywiście, nie mój jest Palikot. I teraz proszę mi powiedzieć, jakież to ja mam mieć argumenty, żeby część z tych nazwisk z tej listy wykreślić? Czy może chodzi o to, że Wołek chodzi do kościoła, a Napieralski nie? Przepraszam bardzo, ale proszę nie żartować. A niby to dlaczego ja mam uważać Warzechę za swojego, a Dorna już nie? Przecież, w zeszłych wyborach to Dorn głosował, tak jak ja, na PiS, a nie Warzecha. Czemu ja mam traktować jak swojego Dorna, a już posłów Węgrzyna, Nitrasa i Niesiołowskiego jak wrogów? Przecież Niesiołowski znacznie dłużej jest człowiekiem pobożnym, niż Ludwik Dorn, a nie wykluczone, że Nitras i Węgrzyn byli jako chłopięta ministrantami. Czemu ja mam traktować jako nie-swojego Celińskiego, a Ziemkiewicza już nie? Akurat to Celiński powiedział o moich Kaczorach, że kiedy z nimi rozmawia, to ma poczucie, że rozmawia z KIMŚ, a nie kompromitował się jakąś paplaniną o „wrzeszczących staruszkach”.
Ja tu jednak ten powyższy akapit poświęciłem w pewnym sensie na żarty. Ale przecież sprawa jest jak najbardziej poważna i nie mam najmniejszych problemów, żeby zacząć rozmawiać poważnie. Tylko co ja mam rozbić, skoro to wszystko w samej swojej istocie brzmi jak żart? Dziś wielu moich przyjaciół, których miałem przyjemność poznać na tym blogu, zaraz zacznie mnie namawiać, żebym przestał się zajmować sprawami nieistotnymi, tylko zechciał z nimi współtworzyć szeroki obóz polskiej prawicy? Czy ja ten apel mam rozumieć tak, że ja mam się znaleźć dokładnie w tym samym obozie, w którym znajduje się Warzecha i Gowin? Czy może mam z tej dwójki wyrzucić Gowina, bo on jest z PO? A może też i Warzechę, bo kiedyś zrobił z siebie idiotę i publicznie się nadął, że jest pilotem Boeinga? Ale czy przy okazji mam się wycofać z mojego poparcia dla Mariusza Kamińskiego, bo on, z kolei, jest ateistą? W odróżnieniu od Julii Pitery. I zamiast tych kilku zaprzańców, dodać jednak do listy moich ulubieńców, których następnie już tylko będę chronił, Tomasza Wołka, który i chodzi do kościoła i przyjaźnił się z Kisielem, a na dodatek jeszcze pojechał do Pinocheta z ryngrafem? A może mam się zaprzyjaźnić z tymi, którzy dziś jeszcze są po mojej stronie, a idiotami się staną dopiero za parę miesięcy?
A może jest jeszcze inaczej? Może znajdzie się ktoś kto mi zaproponuje, że liczy się tylko jedno, a w ramach tego „jednego” powinienem patrzeć, kto jest po prostu porządny, a kto nie. Że powinienem jako pierwszych, wykluczyć z mojego serca herbertowskich „szpiclów, katów i tchórzy”, a więc, na przykład, przede wszystkim arcybiskupa Dziwisz? Więc jeśli jest tu ktoś taki, to bardzo proszę, niech mnie do tego nie miesza, bo ja już mimo wszystko wolę tego nieszczęsnego Dziwisza, który jest przynajmniej księdzem – księdzem za życia potępionym – ale przynajmniej księdzem, i on akurat, jak przyjdzie na mnie kres, to jakimś rzutem na taśmę, jeśli mu się tylko zechce, a Dobry Pan Bóg mu pozwoli, będzie mógł mi choćby udzielić rozgrzeszenia. Wolę go więc bez porównania bardziej od uwielbiającego kapitalizm, wolny rynek i mającego dokładnie takie samo zdanie na temat palących śmierdzące opony związkowców, jak Łukasz Warzecha, opisanego już tu przeze mnie w osobnym wpisie (chcecie to szukajcie) szefa BCC – Marka Goliszewskiego, czy choćby jego chyba wciąż jeszcze kumpla – też prawicowca pełną gębą – Donalda Tuska. Bo co ja od Tuska mogę dostać, czego nie może mi dać każdy pierwszy z brzegu szalikowiec? Legendę Solidarności? Ją akurat rozdają skutecznie Lech Wałęsa i Władek Frasyniuk. Nie mówiąc już o Marcinie Kydryńskim, któremu właśnie poświęciłem kolejny tekst dla Warszawskiej Gazety, a który podobno też jest trochę nasz. Nawet jeśli tylko przez żonę.
Proszę się nie gniewać, ale w ogóle nie ma o czym gadać. Z tej prostej przyczyny, że ludzka porządność i nie-porządność wykuwa się nie na poziomie ideologii, a więc na poziomie tego, czy ktoś jest nasz, czy nie-nasz, lecz – w najlepszym wypadku – tam gdzie się decyduje, kto jest po naszej stronie, a kto jest przeciwko nam. A tak naprawdę, kto jest człowiekiem, a kto już jest nim mniej.
W tej sytuacji, znów przepraszam wszystkich bardzo, ale nie widzę najmniejszego powodu, żeby się angażować w obronę, czy ochronę najróżniejszych durniów, zdrajców, tchórzy i kombinatorów i zwykłych onanistów, tylko dlatego, że im się strasznie spodobało mówić o sobie, że są polskimi patriotami, i którzy chętnie się ze mną w którąś z Wigilii przełamią opłatkiem. Bo, nie widzę też najmniejszego powodu, żeby ich do tego wigilijnego stołu wpuszczać przed Jerzym Wenderlichem, czy jak on się tam nazywa. A jeśli ktoś myśli, że to wszystko dlatego, że jestem komunistą, to Bóg z nim. Wolę być komunistą, niż w jakiejkolwiek dyskusji, pod jakimkolwiek pozorem, w imię jakiejkolwiek prawicowej ideologii, głosić publicznie, że związkowcy z Cegielskiego to banda chuliganów, a najnowsza książka Ziemkiewicza to prawdziwe cudo.

11 komentarzy:

  1. Przypomina mi się w tym kontekście, co mawia Macierewicz, kiedy jakiś/aś pan-pani redaktor pyta go chytrze z błyskiem swego bezlitosnego jak nóż intelektu w oczach- czy pan, panie pośle w ogóle komuś ufa? Na co Macierewicz odpowiada pogodnie - oczywiście, przede wszystkim ufam Panu Bogu i ufam mojej żonie.

    Macierewicz jest mój.

    OdpowiedzUsuń
  2. @latinitas
    Słuchałaś go z Monachium? To jest obowiązek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie kończę słuchać. To jest mąż stanu, człowiek Zachodu.

    OdpowiedzUsuń
  4. @tuyah
    każdy z nas ma w sobie coś z prawicowca i lewicowca, jednak to nie kolor poglądów jest najważniejszy.
    Dla na ważne są trzy kolumny które podtrzymują nasze sklepienia,
    jest to:
    Bóg, Honor i Ojczyzna.

    OdpowiedzUsuń
  5. oglądałem dziś prawie w całości relacji ze spotkania Posła Macierewicza z Monachium.
    O jego klasie wypowiadałem się po wielokroć.
    Jestem spokojny wygląda na to, że prawda jest mu znana, choć to zapowiada, ze wcale spokojnie nie będzie, niektórzy (przepraszam za dosłowność) mają już brązowe gacie...

    OdpowiedzUsuń
  6. @raven59
    O! To brzmi bardzo sensownie. A poza tym, wciąż jesteśmy przede wszystkim ludźmi.

    OdpowiedzUsuń
  7. @raven59
    Zdecydowanie wie. A skoro wie, to w końcu dowiemy się wszyscy.

    OdpowiedzUsuń
  8. @toyah
    co brzmi sensownie to o kolumnach czy o gaciach?

    OdpowiedzUsuń
  9. To będzie jak najbardziej w temacie. Na blogu o FYM kilka dni temu odsłonili się Ci komentatorzy co są tak patriotyczni i tak nieprzejednani w walce z Systemem, że napisali, że Macierewicz jest podejrzany i niewiarygodny... i jego śledztwo to chyba mistyfikacja dla gawiedzi. Bo jak argumentowali, cóż dokonał Pan Macierewicz w swoim życiu, jaki trwały efekt? a jeśli ktoś jest kretem to przecież najlepsi ci zadekowani. Poważnie tak było. I to bynajmniej, żaden troll tak nie napisał ale zaangażowany w śledztwo obywatelskie komentator.

    OdpowiedzUsuń
  10. @JSW
    Otóż to. Właśnie o nich mi chodzi. Ja ich znam jak własną kieszeń.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.