czwartek, 3 marca 2011

Komu nie straszno jechać do Bełżca?

Władysław Bartoszewski stanowi problem dla znacznej części z nas od czasu, gdy Platforma Obywatelska – czy kto tam tym interesem kręci – postanowiła wykorzystać jego sytuację, że tak powiem, biologiczną do swoich doraźnych interesów politycznych. Na czym polega ów problem? Oczywiście, dla części z nas chodzi o tak zwany zawód, jaki Bartoszewski sprawił tym wszystkim, którzy go jakoś tam cenili i uważali za autorytet. Dla większości jednak tych, których dziś Bartoszewski wyłącznie irytuje, sprawa sprowadza się do tego, że on – podobnie, jak z jednej strony, powiedzmy, Aleksander Kwaśniewski, a z drugiej Lech Wałęsa – swoją obecnością zwyczajnie obraża urodę tego świata, a jednocześnie czerpie pełnymi garściami z tego, że wiatr wieje jak wieje.
Minione miesiące, mniej więcej od czasu jak ów staruszek wystąpił na jednym z przedwyborczych wieców Bronisława Komorowskiego pozwoliły nam o tej szczególnej postaci szczęśliwie zapomnieć. I to do tego stopnia, że ktoś bardziej złośliwy i paskudny niż ja, mógłby pomyśleć, że jemu się coś stało i to raczej w sposób ostateczny. Tymczasem najświeższe informacje wskazują, że nic podobnego. Nasz dziadziuś żyje i fika.
Wbrew temu, co większość czytelników, którzy wiedzą, czego się można po mnie spodziewać, sądzi, nie będę się tu jednak znęcał nad Bartoszewskim. Z jakiegoś powodu, najzwyczajniej nie mam sumienia. Z jakiegoś powodu, uważam, że akurat jeśli idzie o niego – ale nie tylko, o czym później – powinienem zachować umiar. I akurat nie ze względu na tzw. rangę postaci, ale ze względu na wiek. Nie da się bowiem ukryć, że on jest zwyczajnie biednym, słabo przytomnym staruszkiem, którego pech polega na tym, że dał się wykorzystać złym ludziom do złych celów.
Powiem szczerze, że nie wiem, jak to się stało, ale rządząca obecnie naszym pięknym krajem Platforma Obywatelska, na poziomie doraźnej propagandy, postanowiła postawić na ludzi stojących jedną nogą nad grobem. Pisząc te słowa, od razu musze się zastrzec, że wcale nie mam zamiaru ironizować, zwłaszcza, że nieskromnie twierdzę, że i ja w pewnym sensie do tego klubu się zaliczam. Jednak mój problem polega na tym, że ja wprawdzie jestem już starszym panem z nadmierną ilością cholesterolu, poważnym nadciśnieniem i – co może najgorsze – histeryczną wiarą w to, że wszystko, co było dobre, jest już dawno za nami, niemniej jednak, mniej więcej orientuję się, co się wokół mnie dzieje.
Tu akurat mamy sytuację nieco inną. Trzech naczelnych mądrali, których spin doktorzy Platformy Obywatelskiej wystawili na pierwszy front walki, jako tzw. autorytety, to półprzytomne dziadki, które – jak to pięknie określił Holden Caufield w ‘Buszującym w zbożu’ – nie za bardzo się już nawet orientują, gdzie mają łokieć, a gdzie dupę. O kim mówię? O Kazimierzu Kutzu, Andrzeju Wajdzie, no i, naturalnie, o Władysławie Bartoszewskim. Ciekawa sprawa polega na tym, że dzięki najnowszym osiągnięciom sztuki kosmetycznej i medialnej manipulacji, każdy z nich, kiedy występuję w telewizji, robi wrażenie kogoś, kto pozostaje w wieku nieokreślonym. To znaczy, wszyscy – jeśli nas tylko zapytać – wiemy, że oni są już bardziej tam, niż tu, a mimo to, kiedy oglądamy ich w telewizji, czy zaledwie czytamy, cóż to oni takiego ciekawego powiedzieli, traktujemy ich, jak kolejnych uczestników debaty.
To zresztą jest w ogóle bardzo ciekawe zjawisko. Idziemy ulicą i widzimy starszego człowieka. Mamy go przed sobą, i wiemy, że on ma może 80, a może i 85 lat i wiemy doskonale, że cokolwiek on zrobi, czy powie, co nas zirytuje, lub choćby zdziwi, możemy z czystym sumieniem zarzucić na karb wieku. Bo starość szanujemy i rozumiemy jej prawa. Jednak już gdyby on znalazł się w telwizji, widzielibyśmy wyłącznie kogoś kto nie jest ani młody, ani stary, nie jest gruby ani chudy, ani niski, ani też wysoki. Bo w telewizji dzieje się jakoś tak, ze ludzie stają się kompletnie nierzeczywiści. Jest tam coś takiego, strasznie tajemniczego, że niekiedy kogoś kogo znamy właśnie z ekranu telewizora, spotykamy na ulicy i nawet go nie poznajemy. Bo i ma inne włosy, i jest niższy, i grubszy, albo chudszy, no a przede wszystkim dużo straszy, lub też niekiedy znacznie młodszy. Nie znam się na tym, nie wiem, co to takiego, ale wydaje mi się, że to co my oglądamy na ekranie – to obraz nawet nie inny, zdeformowany, ale zwyczajnie sztuczny. A zatem, to co widzimy, to często fikcja. Fikcja do tego stopnia, że kiedy na przykład widzimy, jak obok siebie siedzą Daniel Olbrychski, Kazimierz Kutz i, dajmy na to, poseł Wikliński, to, gdyby nie to, że Olbrychskiemu leci z nosa, a Kutz zasypia. nawet byśmy nie wiedzieli, że Olbrychski jest od Wiklińskiego starszy, a Wikliński młodszy od Kutza.
Tymczasem fakty są nieubłagane. Oni są starymi, ledwo co rozumiejącymi dziadziusiami, którzy, gdyby znali swoje miejsce, i to miejsce było im odpowiednio wskazane, mogliby sobie jeszcze pięknie pożyć. Nawet zachowując te swoje dziwne poglądy i emocje. Tak jak to się przydarzyło naszym ojcom i dziadkom. Tymczasem, tak się to wszystko poukładało, że my na nich patrzymy, słuchamy jak bełkoczą i dostajemy na nich bardzo niedobrej i grzesznej cholery. I przez to nieporozumienie, oni zamiast cichutko bawić wnuki, będą musieli kończyć żywota we wstydzie i w niesławie. I to wyłącznie dla czyichś najbardziej parszywych interesów.
Ostatnio odezwał się Władysław Bartoszewski i oświadczył, że tak jak on pamięta wojnę, to dla niego Niemcy byli zdecydowanie bardziej ludzcy i przewidywalni, niż Polacy, i że w związku z tym, on Polaków w czasie wojny bał się znacznie bardziej, niż Niemców. Na to dziwactwo zareagowała nagle Marta Kaczyńska na swoim blogu, potraktowała Bartoszewskiego z buta… no i się zaczęło. Dziś rozglądam się po świecie, który mnie otacza i właściwie, powoli już przestaję się dziwić. Czy może ze względu na Bartoszewskiego? Owszem, o niego też mi tu jakoś chodzi, natomiast to co mnie naprawdę dręczy, to komentarze, które biegną ze wszystkich kierunków, wyłącznie po to, żeby skopać Martę Kaczyńską za to, że ona, gówniara, miała czelność dotknąć swą niegodną ręką rąbka szaty kogoś takiego jak sam Pan Profesor.
Uważam jednak, że to wydarzenie, tak naprawdę nie pokazuje nam, co się stało z Bartoszewskim, lecz z tymi, którzy dziś go bronią i uważają za stosowne dokuczać Marcie Kaczyńskiej z powodu jej jak najbardziej naturalnego odruchu protestu. Bartoszewski bowiem jest w tej grze nikim, poza tym, że gdzieś ktoś nagle uznał, że kto wie, czy on się może na tę jedną chwilę jeszcze nie przyda? Na tę jedną krótką chwilę. A takich jak on jest cała masa. Jeśli ktoś interesuje się II Wojną Światową i w ogóle lubi grzebać w tamtych czasach, być może natrafił na zamieszczane regularnie na youtubie filmiki niejakiego Alana Heatha – Anglika, który mieszka w Polsce i pasjonuje się naszą historią. Otóż w jednym z tych filmów, rozmawia on z pewną staruszką, która w czasie wojny mieszkała w Bełżcu w rodzinie miejscowego piekarza, który jak najbardziej naturalnie zaopatrywał w pieczywo miejscowy obóz zagłady. Patrzę na tę panią, słucham jej głosu i widzę kogoś, kto wprawdzie ma już swoje lata, ale mówi jasno i trzeźwo. I widzę starszą panią, którą, zamiast Bartoszewskiego, mógłby do swojego programu zaprosić Bogdan Rymanowski, żeby nam opowiedziała, co się jej wydaje. I słyszę, jak ona opowiada, jak to ci Niemcy, to byli mili i eleganccy ludzie, przystojni jak jasna cholera, i pod każdym innym względem tac jak trzeba, natomiast Żydzi… no wiadomo… o czym tu gadać? Tyle ona dziś z tego wszystkiego pamięta.
A zatem, tak wyglądają wspomnienia. Wspomnienia ludzi starych i połamanych przez życie. I czy ja się mam nimi przejmować? Czy ja się mam przejmować Władysławem Bartoszewskim, który nagle wszedł w kolejny rok swojego życia i uznał, że ci Niemcy, to jednak było coś. Zastanawiać się, dlaczego on się tak zachowuje? Mowy nie ma. Ja mam do starszych ludzi szacunek i zrozumienie. A do tej pani z Bełżca nawet większe, bo ona, w odróżnieniu od Bartoszewskiego, robi przynajmniej sympatyczne wrażenie.
Natomiast nie mam ani szacunku, ani zrozumienia dla tych, co wprawdzie też już się zbliżają do swego końca, ale wciąż jeszcze jakoś działają. Takich jak choćby ja sam. W wymiarze popularnym, mam tu na myśli tomasza nałęcza – człowieka, którego nazwisko obiecałem już jakiś czas temu pisać z małej litery, i ten nastrój mnie nie opuszcza. Otóż to on mnie dziś obchodzi. Właśnie on. Nie Bartoszewski. On. Gdy staje przede mną i ogłasza, że nie ma jak kłamstwo, i z tym hasłem na ustach informuje, że Marta Kaczyńska, podnosząc swój podły wzrok na kogoś tak świętego jak Władysław Bartoszewski, popełniła publiczne moralne i intelektualne samobójstwo. A ja, który tego kłamstwa słucham, nie zasługuję na choćby odrobinę szacunku. A więc mam na myśli nałęcza. Ja sądzę, że on ma jakieś ciemne sprawki na sumieniu. On i ten co go zatrudnia. Nie wiem, jakie to sprawki, ale im nie zazdroszczę. To musi być coś absolutnie wyjątkowego. W końcu oni są ledwo w okolicach sześćdziesiątki. Tu musi być coś innego na rzeczy. Proponuję więc, żeby dziś pomyśleć nie o Bartoszewskim, ale właśnie o tych dwóch. Właśnie o nich.

21 komentarzy:

  1. @ Toyahu

    charakterystyczne, ze oburzenie wypowiedzia Bartoszewskiego wyrazilo wielu publicystow i politykow, ale od tej gnidy oberwala tylko Marta. Wojny z Kaczynskim odslona kolejna.

    OdpowiedzUsuń
  2. @toyah

    Koniecznie popraw: "Nasz dziadziuś żyje i fika"

    Na: "Nasz dziadzia żyje i fika".

    I potem wywal ten koment.

    OdpowiedzUsuń
  3. @orjan
    Ale ja chciałem, żeby było dziadziuś. Przeceniasz moją złośliwość.

    OdpowiedzUsuń
  4. @toyah

    Eeee ... myślisz, że Dziadzia nie miał z tym nic wspólnego?

    Odważne założenie.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Toyah
    Może nałęcz ma jakieś nieznane ciemne sprawki na sumieniu (czy on ma sumienie???), ale mnie wystarczy to co wiadomo w jasnym świetle. Był to pupil dawno zapomnianego ministra oświaty w PRL-u Henryka Jabłońskiego, dzięki czemu miał monopol na historię Legionów i 20-lecia międzywojennego. Miał dostęp do wszelkich źródeł, do jakich żaden historyk nie miał szans się dostać, mógł więc manipulować historią do woli. Jego książki były ohydnym i bardzo sprytnym obrzydzaniem wszystkiego co wielkie. Były jednak czytane, bo ludzie bardzo byli głodni historii. Dla mnie nie ma paskudniejszej postaci wśród historyków.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Toyah
    Ja mam trochę inny stosunek do starych ludzi. Ponieważ szanuję starość, uważam, że tego, co mówią starzy ludzie, nie można traktować z lekceważeniem, zwalając na ich wiek. Trzeba ich uważnie słuchać, bo to właśnie na starość człowiek, zwłaszcza nie lekceważony, mówi o rzeczach, o których w aktywnym życiu z różnych względów nie mógł lub nie chciał mówić. Im więcej otrzymuje szacunku, tym bardziej się otwiera. No i Bartoszewski otworzył się całkowicie, obnażył swoją rzeczywistą naturę. On nie plecie, on nareszcie mówi, kim naprawdę jest i co warta jest jego starannie przez lata budowana historia.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Marylka
    Ja jestem za tym, by jego sława sięgała znacznie poza to środowisko.

    OdpowiedzUsuń
  8. Marylko

    Coś w tym jest, że ludzie na starość tracą wszelkie hamulce i pokazują swoją prawdziwą naturę. Nie wszystkie zachowania można przypisać starczej demencji.
    Tak jak Kutz głosił swoje obłędne tezy o prześladowaniu Ślązaków przez Polaków (a nie przez komunistów z ruskiego nadania) już wcześniej, ale raczej na spotkaniach zamkniętych, bo wiedział, że w przestrzeni publicznej nie może sobie na takie teksty pozwolić, tak samo Bartoszewski prawdopodobnie od czasu wykładów na niemieckim uniwersytecie i uhonorowaniu go tam mianem profesora poczuł ogromną sympatię do Niemców, może nawet kulturową wyższość narodu niemieckiego nad polskim, ale nie zdradzał się ze swoimi poglądami, bo wiedział, że nie byłyby dobrze przyjęte w polskim społeczeństwie. Teraz odrzucił wszelkie bariery, bo zdaje sobie sprawę, że cokolwiek powie, znajdzie się cała banda dziennikarzy i "autorytetów", która będzie go bronić do upadłego.
    Po tekstach o bydle i dyplomatołkach może sobie pozwolić na wszystko. Wdzięczność salonu III RP ma za te słowa zapewnioną aż po grób.

    OdpowiedzUsuń
  9. @toyah, @Marylka, @orjan
    wiek ma swoje prawa, a jak myślicie z jakiego powodu kardynałowie po osiągnięciu stosownego wieku przechodzą na emeryturę i nie mogą uczestniczyć w kolegium kardynalskim?

    natomiast jeżeli chodzi o nałęcza i tego co go zatrudnia - a na którego temat już wiele pisaliśmy - to oni są ulepieniu z jednej gliny tylko jeden miał za zadanie robić w PZPR'e a drugi w opozycji, takie to kumple jedna ideą (i zbrodnią) złączeni...

    OdpowiedzUsuń
  10. @Marylka
    Stosunek trochę inny od jakiego? Pytam bo czegoś chyba nie zrozumiałem.

    OdpowiedzUsuń
  11. Czytałem wywiad Bartoszewskiego oraz blog Marty Kaczyńkiej i odniosłem następne wrażenia.
    Po pierwsze przyszedłem do tego tematu po przeczytaniu artykułów w dzienniku i rzepie. Ździwiło mnie pytanie złożone Bartoszwskiemu - jakby od osobna tam wisi - "Uczestniczył pan w ruchu oporu i pomagał także Żydom. Czy miał pan wtedy sąsiadów, których musiał się obawiać?" - takie 'pointed question'.
    Wiem również, jeżeli nie z Twojego bloga, to pierwszym zerknięciem na artykuły i komentarze w onet, gw, tvn itp, jaki przekrój 'Polaka' można sobie tu napotkać bez obecności tej całej zgrozy hitlerowskiej rzeszy.

    Moje własne doświadczenia po przebywaniu w Polsce są takie, i załuje że tak czuję, ale ogólnie Polacy mnie straszą, a na czele stoją ci którzy normalnie by się uważało za bliskich. Mam depresje z tego powodu ogromną a skoro mój wybór tu żyć to za całość mogę sam siebie winić. Już nie mam wyjścia. Po prostu ich i większośći Polaków się boję. Są dla mnie nieprzewidywalni. Kompletnie pozbawieni współczucia czy empatii. Nigdy nie popełniają błędów, nie krzywdzą, a na pewno nie przepraszają. A jeżeli przepraszają to na odwal. Bez poczucia odpowiedzialności. Czy komuna i New World order znich takich ludzi zrobili? No i coś mają ze słuchem, bo to im wychodzi najtrudniej. Więc moje pierwsze wrażenie było takie, że dla W.B. Niemcy byli przewidywalni. A jednak znając pokolenie mojej Matki, Ojca, i starszej rodziny jestem bardzo zbulwersowany i obrażony stylem i brakiem opisu kontekstu w odpowiedzi pana W.B. jak również przez brak jego obrażenia sie na same pytanie. Pół informacje zawarte w jego odpowiedzi mnie po prostu szokują i wsztydze się że tak 'opowiada' przedstawiciel Polski.

    p.s. Spaliłem się tym komentarzem?

    OdpowiedzUsuń
  12. @adthelad
    Ależ gdzie tam! Wszystko jest na swoim miejscu. Twój problem jest taki, że za dużo czasu spędzasz w Warszawie. Już to kiedyś mówiłem Michałowi. Warszawa to miejsce najgorsze. Wszędzie jest lepiej. No, może poza Moskwą i Berlinem.

    OdpowiedzUsuń
  13. Faktycznie ciekawa jest ta zależność między biologicznym zaawansowaniem a operacją o kryptonimie "By żyło się lepiej wszystkim".

    Było nie było - z biologią nie wygrasz. Marylka ma rację, człowiek poczuł się na tyle pewnie, że zaczął się społeczeństwu uiszczać bez ograniczeń, no i płynie nam teraz to złoto tylko w garnki łapać dla potomności, bo za jakis czas nikt nie uwierzy, żeśmy tu mieli takie bogactwo.

    OdpowiedzUsuń
  14. @toyah

    Niemcy byli bardzo przewidywalni dla mego pradziadka. Tzn. pradziadek myślał, że są przewidywalni i – niestety – srodze się zawiódł.
    Mój pradziadek w czasie I wojny światowej był pruskim kanonierem i walczył z żabojadami „pod Werdunem”. Z opowieści mojej mamy wiem, że pradziadek w czasie tej wojny nauczył się dwóch rzeczy: palić cygara i patrzeć na Niemców nie jak na wrogów (przed wojną ponoć bardzo na Prusaków narzekał), lecz jak na towarzyszy broni. Wrócił z wojny z jakimś wysokim, niemieckim odznaczeniem i z wielkim zapałem – już w wolnej Polsce – działał w jakichś niemieckich organizacjach kombatanckich. Niemieccy koledzy często go odwiedzali, a i on też, od czasu do czasu za zachodnią granicę wyjeżdżał.
    Te kontakty trwały prawie do wybuchu II wojny światowej i pradziadek cały czas – także po objęciu władzy przez Hitlera – dobrze myślał o Niemcach i Niemczech. Jego syn, a mój dziadek, do Niemców miał wielką awersję (podobno po swej matce, mojej prababci, która sympatii męża do zachodnich sąsiadów nie podzielała i gdy pradziadek zapraszał jakiegoś niemieckiego kolegę na wojenne wspominki, uśmiechała się do Niemca i częstowała go wurstem oraz starym wielkopolskim przysłowiem: „Jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem”). Tłumaczył ojcu, że Hitler to wariat, a Niemcy popierając go, popadają w szaleństwo. Pradziadek śmiał się z tego i mówił, że nie ma na świecie rozsądniejszego od Niemców narodu. „Ja ich dobrze znam. – mawiał – Oni na pewno ‘waryjować’ nie będą. Niemcy nie robią takich rzeczy.”
    Pradziadek był z zawodu kowalem, bardzo silnym fizycznie, o wielkich, potężnych dłoniach. Podobno był bardzo spokojnym człowiekiem, ale raz jeden uniósł się gniewem i w złości wielkiej tych swoich dłoni użył. Moja mama opowiadała, że gdy 1 września 1939 roku rozpoczęła się wojna, pradziadek – który do tej pory ciągle powtarzał, że ze strony Niemiec nic Polsce nie grozi –
    długo, w milczeniu siedział w kuchni przy stole. W końcu podniósł pięść i walnął w ten stół z taką siłą, że rozwalił go w drobiazgi.
    Rozpoczęła się okupacja. W tzw. „Warthegau” polskich gospodarzy przepędzano, a w ich domach i obejściach pojawiali się niemieccy bauerowie. Na tzw. wygnanie miał iść także pradziadek z całą swoją rodziną. I właśnie wtedy pojawił się w naszym domu jeden z niemieckich kolegów pradziadka, który w Poznaniu piastował jakieś urzędnicze stanowisko. Przywiózł wiadomości o moim dziadku, który ranny w Bitwie nad Bzurą, dostał się do niemieckiej niewoli. Kamerad zaproponował pradziadkowi, że użyje swych wpływów, by syna wypuszczono z oflagu, oraz obiecał załatwić, by nasza rodzina mogła pozostać na swoim gospodarstwie. Wszystko to pod jednym – oczywiście – warunkiem: pradziadek musi podpisać volkslistę.
    W rodzinie funkcjonują różne wersje, co do reakcji pradziadka na tę propozycję. Ale w każdej wersji obecne są dwa elementy: pradziadek pluje Niemcowi pod nogi i mówi „won!”. Niemiec ponoć zbladł i wyszedł bez słowa. Nie odgrywał się na pradziadku, ale też palcem nie kiwnął, by dawnemu towarzyszowi broni pomóc. Dlatego też pradziadek za swój gest zapłacił utratą gospodarstwa i tułaczką rodziny, oraz niewolniczą pracą syna w Niemczech. Ale – jak mawiał: „wartało”.

    Byłoby pięknie dożyć takich czasów, w których rozmaite szuje – wspomniane pod koniec pańskiej notki – zaczną się przejmować tym, że pluje się im pod nogi i mówi jedno krótkie „won!” I jak dla mnie, nie muszą wcale blednąć. Ba, ja nawet gotów jestem zrezygnować z tego plucia i z tego pięknego „won!” Byleby tylko jedna szuja z drugą poszły sobie i już nigdy nie wracały. Za coś takiego nawet tułaczką warto zapłacić.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Don Paddington
    Interesuje mnie każda opcja. Jednak muszę przyznać, że to won i splunięcie jest dla mnie nie do zastąpienia. Ja bym to robił dzień w dzień, na okrągło.

    OdpowiedzUsuń
  16. @ochujuk
    Komentarz mało interesujący. Obniżasz poziom. A zatem ten wycinamy.

    OdpowiedzUsuń
  17. @toyah

    No, wreszcie jakimś sposobem udało Ci się spacyfikować przybyszów z onetu. Bardzo się cieszę. Komentarz co prawda nie na temat, ale musiałem wyrazić moją radość.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  18. @nemrod
    Przede wszystkim ja nie sądzę, żeby on akurat był z Onetu. Tam jednak mimo wszystko takich nie przyjmują.
    A czy udało się go, jak mówisz, spacyfikować? Obawiam się, że nie.

    OdpowiedzUsuń
  19. @toyah, @nemrod
    czasem tak bywa, że ktoś prosto z kibla wskoczy,
    myślą tacy, że są nie do zidentyfikowania...

    OdpowiedzUsuń
  20. Wpis Don Paddingtona niemal dokładnie pasuje do historii mojego pradziadka. Tyle, że on nie miał tyle szczęścia w nieszczęściu i został zakatowany przez gestapo.

    Od lat zastanawiam się czemu teraz takich ludzi już nie ma. Przecież im było znacznie trudniej postawić się gestapowcowi, niż jest ludziom dzisiejszym przeciwstawić się głupim antypolskim żartom kolegów z biura. To dla mnie zagadka.

    @Toyah
    Ja widzę jeszcze jeden aspekt wynurzeń WB. Zastanawiałem się nad tym, czemu on dopiero teraz to mówi. Może to starcza demencja, a może po prostu rozsądek. Gdyby takie bajki opowiadał 10 czy 20 lat temu, to ryzykowałby, że dostanie w dziób od jakiegoś byłego akowca. Teraz już ich prawie nie ma, a jeśli są to raczej nie mają wystarczająco dużo sił by go dosięgnąć. Dlatego teraz WB może być szczery. Spodziewajmy się dalszych rewelacji tego rodzaju, nie tylko od WB.

    OdpowiedzUsuń
  21. Co to jest za sekta tego toyaha?
    Chciałoby się czeski błąd zrobić.
    Tohuya znaczy. Jacyś chorzy ludzie, mściwi nieudacznicy, tchórze podnoszący wszawe łby w momentach kiedy już konformizm i kolaboracja nie istnieją powszechnie i udający moralnie czystych. Polaków katolików. Rzygać się chce ak sięt o i komentarze do tego czyta.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.