wtorek, 30 marca 2010

O debacie na kluczyk i sprężynkę



Nie wiem, czy to przez dokument Sekielskiego, czy przez komentarze, które wyrażały niedosyt z powodu braku czegoś równie interesującego, tyle że na temat oszustw dziennikarzy, czy z jakichś jeszcze dodatkowych powodów, ale gdzieniegdzie przebija się dyskusja na temat tego, czego świat pospólstwa i prostactwa – przez niektórych zgrabnie opisywany jako „bydło” – może wymagać właśnie od dziennikarzy. I oczywiście nawet z tych strzępów informacji, jakie do nas docierają, wynika, że nie ma takiej bezczelności, której nie wypowiedziałby dziennikarz, szczególnie ten, który najbardziej płacze nad jakością polskiej debaty.
Niedawno media – zaczynając na czymś co się nazywa Tygodnik Podhalański chyba, a kończąc na poważnych ogólnokrajowych przekaźnikach – wzięły się za któregoś z senatorów PiS-u, jakiegoś górala, który, wprawdzie wyłącznie u siebie w domu, ale zrobił z siebie idiotę, a może tylko ujawnił swój idiotyzm, w obecności ukrytego mikrofonu z kamerą. I oczywiście dziś, po całym zdarzeniu, najbardziej wesołe jest słuchanie, jak ten góralski wesołek opowiada o swoim poświęceniu dla Polski i Polaków, i jakim to dla niego zaszczytem jest służba publiczna. No ale, skoro już się wszyscy pośmialiśmy, to wypadałoby znaleźć coś nowego i może niekoniecznie w gronie polityków – którzy i tak już wiemy, jacy są skorumpowani – ale może bardziej na tej polityki obrzeżach.
Zacznijmy jednak od polityki. Ale polityki sprzed wielu, wielu lat, jeszcze z czasów tuż pokomunistycznych, kiedy to głównymi hartownikami dzisiejszej stali były obecne gwiazdy dziennikarstwa, i to on tworzyli podwaliny dzisiejszej debaty. Był otóż w telewizji program, który nie pamiętam już jak się nazywał i nie bardzo nawet pamiętam, kto go prowadził, a który polegał na tym, że się zapraszało do studia całą bandę polityków, z każdej możliwej strony sceny, i kazano się im kłócić. Siedzieli więc ci politycy na telewizyjnych krzesełkach i całkowicie niedostępni w tym zgiełku dla przeciętnego telewidza, darli mordy, robiąc przy tym mądre miny i udając, że wszystko jest na swoim miejscu. Prowadzący program nie musiał właściwie nic robić, poza tym tylko, że gdy któryś z uczestników jakimś cudem przebił się przez ten harmider, a w słuchawce pojawił się komunikat: „Zrób z nim coś, bo tego nie lubimy”, przerywał mu i kierował tę niby-dyskusję na bezpieczny tor. Pamiętam że częstym gościem w tym programie był mój partyjny i salonowy kolega Ryszard Czarnecki i że zawsze bardzo liczyłem na to, że kiedyś może uda mu się powiedzieć coś takiego, co oczywiście nie będzie miało większego znaczenia, ale za to będzie jakimś takim świadectwem. I pamiętam, że zawsze to moje czekanie kończyło się jednym marzeniem: żeby Czarnecki wstał – program leciał podobno na żywo – powiedział wszystkim, żeby się pieprzyli i wyszedł. Żeby po prostu wstał, spojrzał na to całe barachło z pogardą, i wyszedł. Może i po drodze, niedbałym gestem wywracając kamerę.
Nie zrobił tego nigdy. Cały swój wysiłek, cierpliwie od początku do końca, koncentrował na tym, żeby tam jednak wytrwać i od czasu do czasu coś powiedzieć. A ponieważ nie udawało mu się nigdy nic sensownego zakomunikować, po pewnym czasie uznałem, że on tam siedzi wyłącznie po to, żeby siedzieć. Żeby tam być i żeby nie dać nikomu okazji do przypuszczeń, że jego tak naprawdę nawet nie ma. No i więc siedział. Podobnie jak cała reszta tych biednych polityków i społecznych aktywistów, uczepionych swojej szansy bycia osobą publiczną, z jedną myślą w skołatanej głowie – że za tym studiem jest już tylko niebyt. A wokół nich kręcił się kwiat polskiego, rodzącego się, niezależnego dziennikarstwa i tworzył fundamenty nowoczesnej pluralistycznej debaty.
Od tego czasu, wydaje się że ani nic już nie jest ani takie same, ani – co grosza – nie ma nawet sposobu, by określić to co jest w jakikolwiek sensowny sposób. Debata uzyskała ten swój współczesny kształt, który oczywiście widzimy, który naturalnie możemy nawet ocenić, ale już nie potrafimy choćby nazwać. Stała się ona bytem całkowicie autonomicznym, kompletnie osobnym, w żaden sposób już nie związanym z jakąkolwiek realną postacią tego świata. Nie jest nawet już metadebatą. Gdybym chciał żartować, to mógłbym pewnie powiedzieć, że tradycyjny podział Państwo – Kościół został uzupełniony przez nowy byt, który nazywa się Debata. Tyle że żartować nie ma co.
I nie ma też co już liczyć na to, że ktoś stanie i wyjdzie. W debacie, której kształt dopiero co poznajemy, ale od którego nie potrafimy już uciec, nie ma miejsca ani na wychodzenie, ani nawet na jakikolwiek protest. Co najwyżej można przyjąć wobec niej rolę biernego obserwatora, jak to się dzieje przypadku gdy zajdziemy do zoo czy na tradycyjne teatralne przedstawienie, bez ryzyka, że ktoś nam narobi na kolano. Kiedy Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło bojkot TVN-u, bojkot ów stał się natychmiast częścią debaty, a więc przestał w jednej chwili być bojkotem. Więcej – jeszcze nawet dziś, wspomniana stacja, od czasu do czasu, z lubością puszcza stare migawki, na których widać polityków PiS-u jak to oni pięknie i interesująco, i jak niezwykle medialnie, bojkotują coś, co w ich mniemaniu było złem i na ten protest zasłużyło. Wychodzić ze studia też się raczej już nie da. Co to bowiem za demonstracja, gdy najczęściej człowiek siedzi w jakimś pomieszczeniu, przed sobą ma kamerę, w uchu jakąś słuchawkę, a do krawata przyczepiony mikrofonik? Przed kim wychodzić, dla kogo, po co? Żeby później to pokazywano na youtubie, obok zdjęć jakiejś islandzkiej czy fińskiej prezenterki, która spadła z fotela i narobiła wokół śmiechu co niemiara?
To tu zresztą otwiera się pole do prawdziwej medialnej rywalizacji. Wczoraj do TVN-u zaproszono posła Palikota, który – o dziwo – przez cały czas skupiał się na wewnętrznej polityce i jeśli kogoś obrażał to ewentualnie swojego partyjnego kolegę Schetynę. Widząc że program się kończy, a atmosfera siadła dramatycznie, prowadzący, którego nazwiska pamiętać sobie nie życzę, wręcz rzutem na taśmę, ni z gruszki ni z pietruszki, poprosił Palikota, żeby coś powiedział o Lechu Kaczyńskim. No i Palikot powiedział. Że Kaczyński jest już nawet nie trupem, że wygląda tak fatalnie, że aż niedobrze się robi kiedy się na niego patrzy, że trzeba zrobić wszystko żeby go nie zmuszać do wysiłku, jakim musi być kampania, bo nam może po prostu kartofel paść. No i wtedy dopiero ten topiarz fryty zakończył program radosnym „dziękuję”. A ja sobie myślę, że to i tak dopiero początek. To nie może być finał. Przed nami czasy kiedy nikt już nie wystąpi w telewizji, o ile nie przyjdzie do studia nago, nie wywali się na mordę, albo nie wyrzyga, albo przy wejściu nie zelży prowadzącego grubym słowem. Nie musi to być zresztą całkiem naprawdę. W końcu, co jest naprawdę? Już wielki Ridley Scott nam wbił do głowy w zakończeniu Blade Runnera ten złowieszczy okrzyk: „That’s too bad she doesn’t live! But then again, who does?”
Proces cywilizacyjnej manipulacji trwa na całego. Też wczoraj wystąpił w TVN-ie artysta muzyczny Maciej Maleńczuk. Nie mogę się tu powstrzymać przed pewną refleksją. Moim zdaniem ów Maleńczuk to – obok starego Kazika – absolutnie najwybitniejszy polski muzyk. To jak on śpiewa, jak gra na gitarze, jak komponuje i jakie teksty tworzy, jest moim zdaniem absolutnie unikalne. Z drugiej strony, on ma wszystko, co tworzy standard przeciętnego artysty – czy to aktora, czy muzyka, czy piosenkarza – a więc jest tak głupi jak tylko jest to w biologii możliwe. A zatem, mimo wszystko, tworzy w swoim geniuszu całą artystyczną przeciętność. Oglądałem ten występ z jednego powodu, i akurat nie chodzi tu o to, że chciałem sobie posłuchać głosu Maleńczuka. To akurat, że tam nie będzie już żadnej muzyki, wiadomo było z góry. Przyczyna była mianowicie taka, że, jak już od kilku dni anonsowała telewizja TVN, podczas nagrywania programu doszło do skandalu, artysta Maleńczuk demonstracyjnie opuścił studio i że całość będzie można sobie obejrzeć właśnie w poniedziałek.. Niezastąpiony Onet przybliżył nam nawet kulisy całego wydarzenia i pomógł stworzyć atmosferę nerwowego oczekiwania. Dzieci mi powiedziały o tym co się kroi, przełączyły kanał na zwykły TVN, i się zaczęło.
Najpierw przez kilka minut leciał normalny kisiel, w pewnym momencie prowadzący program coś tam powiedział na temat tego, że artystom wcale nie wolno więcej niż innym, i takie tam, i w tym momencie Maleńczuk mówi, że owszem – wolno. Wstaje i wychodzi ze studia. Konsternacja. Nikt nie wie, co się stało, czy on wyszedł naprawdę, czy to możliwe, że tak po prostu wstał i wyszedł, czy wróci, no ale trudno, hmmm… musimy sobie jakoś radzić… I nagle – proszę. Wraca Maciej Maleńczuk, przebrany w jakąś ślubną suknię i śpiewa nam piosenkę. A więc tak to wygląda po latach. Ponieważ właściciele mediów jakoś nie doczekali się zwykłych, ludzkich odruchów ze strony ogólnie biorąc bydła, przejęli również i tamte obowiązki, i sami się wzięli za tworzenie debaty, już od początku do końca. A więc wczoraj właśnie okazało się, że zwykły człowiek stracił ostatnią już szansę na zademonstrowanie swojej autonomii wobec Systemu. Teraz już nie zostało nic. Od dziś debata zaczęła się tworzyć sama, ze wszystkimi swoimi ekscesami, wszystkimi możliwymi – i niewyobrażalnymi dotychczas – dziwactwami i szaleństwami. Od dziś już wszystko będzie robione w ramach tej debaty – a więc politycy będą spadali z krzeseł, będą się tłukli po pyskach, będą obrażali siebie nawzajem i prowadzących, a jeśli któryś z nich nie przyniesie świńskiego łba, albo wibratora, to mu się wszystko dostarczy na miejscu. Od czasu do czasu, któryś z nich wstanie i krzyknie: „J...ć ch….ów!” i wyjdzie ze studia. A jak nie będzie chciał, to mu się zagrozi, że jeśli się będzie zapierał, to zniknie z publicznego obiegu, jak wielu przed nim. I będzie już chodził jak w zegareczku.
A jeśli ktoś zechce sam z siebie wyjść ze studia, albo powiedzieć coś szokującego, to nawet nikt tego nie zauważy, bo i tak studyjna kamera już w tym czasie będzie nurkowała pod stolik, żeby zrobić zbliżenie na kupę. Albo coś innego.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.