środa, 28 kwietnia 2021

O ludziach, którzy postanowili nauczyć Jarosława Kaczyńskiego grać na gitarze

 

        Wczoraj na Twitterze przy jakiejś drobnej i nic nie znaczącej dyskusji na temat miejsca w jakim dziś znalazł się Paweł Poncyliusz, były polityk Prawa i Sprawiedliwości oraz jeden z głównych animatorów kampanii Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich roku 2010. Siłą rzeczy więc rozmowa z bieżących tematów przesunęła się na ów pamiętny czas, no i nieuchronnie też wróciły takie nazwiska jak, oprócz Poncyliusza, Joanna Kluzik-Rostkowska, czy Elżbieta Jakubiak, a ja, gdyby mi się chciało brać udział we wspominaniu tamtej żenady, mógłbym wymienić jeszcze wiele innych, nie mniej intersujących, nazwisk. To natomiast, co mnie zdecydowanie tam zainteresowało i w rezultacie sprowokowało do napisania dzisiejszej notki, to dylemat jaki się pojawił, czy Poncyliuszowi i reszcie owej załogi zależało na tym, by Jarosław Kaczyński został prezydentem, a oni przejęli władzę w Prawie i Sprawiedliwości, czy odwrotnie, by Jarosław Kaczyński przegrał, żeby prezydentem został Bronisław Komorowski, Kaczyński wraz z PiS-em zostali wysłani na emeryturę, oni natomiast na dopiero co powstałych gruzach zbudowali nową, bardziej nowoczesną i odpowiadającą na nowe wyzwania.

        Otóż ja, gdy zaczynamy rozmawiać o intencjach ludzi, którzy stali za porażką Jarosława Kaczyńskiego – a ja od zawsze do tej paczki zaliczałem również, a kto wie, czy nie przede wszystkim, Tomasza Sakiewicza wraz z jego polityczno-medialnym projektem – przypominam sobie  maj owego 2010 roku, kiedy to Jan Pospieszalski zaprosił mnie do swojego programu „Warto rozmawiać”, a zwłaszcza tę godzinę, czy pół, kiedy to na koszt TVP siedziałem przy kawie i ciastku w tamtejszej kawiarni, przy stoliku obok przyjaźnie gawędzili sobie, również zaproszeni do studia, Jan Hartman oraz Ludwik Dorn i w pewnym Dorn powiedział – a ja to słyszałem bardzo wyraźnie – że najlepszym rozwiązaniem byłoby to gdyby Kaczyński przegrał, jednak w sposób nie na tyle wyraźny, by doszło do upadku partii, czyli gdzieś na poziomie 30 procent. Właśnie tak Dorn powiedział: celem jest owe 30 procent, bo wszystko co wyżej będzie źle.

        Jak mówię, pamiętam tamtą rozmowę do dziś, wciąż jestem pod jej wrażeniem i jestem przekonany, że cała ówczesna kampania była zaprojektowana w taki sposób, by pozbawić Jarosława Kaczyńskiego przywództwa i jednocześnie przejąć władzę w Prawie i Sprawiedliwości. Jak dziś już wszyscy wiemy, mimo owej tak destrukcyjnej kampanii, Jarosław Kaczyński, dzięki nieprawdopodobnej więc społecznej mobilizacji i naturalnemu poparciu, osiągnął znakomity wynik – moim zdaniem faktycznie pokonując Komorowskiego – a to doprowadziło do umocnienia jego przywództwa i  ostatecznego zrzucenia na zbity pysk ze sceny tej bandy prowokatorów.

         Ktoś się zapyta, jaki jest sens wracać dziś do tamtych zdarzeń, kiedy ich głównie bohaterowie albo zniknęli kompletnie ze sceny, albo zostali do tego stopnia zmarginalizowani, że gdyby nie telewizja TVN24, pies z kulawą nogą by o nich nie pamiętał. Otóż, pomijając powód o którym wspomniałem na początku, a więc potrzebę przypomnienia jak to było z tamtymi wyborami, bardzo chciałbym – po raz nie wiadomo już który – zachęcić wszystkich do tego, by mieli oko na wszystkich, którzy próbują nas uwieść w mniej czy bardziej cwany sposób, a zwłaszcza na tak zwanych „naszych”, bo wystarczy odrobina pamięci, by sobie nagle odtworzyć te wszystkie twarze, które w swoim czasie rozbiły wrażenie tak bardzo nam bliskich, a ostatecznie potrzebowały zaledwie jednego fatalnego dnia, by sobie w głowach i sercach wszystko przestawić do góry nogami.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.