poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Christopher Carver, czyli młot sprawiedliwości

O wyborach we Francji pisać nie mam najmniejszej ochoty, w Polsce w ostatnim czasie sytuacja stała się zarówno intelektualnie jak i emocjonalnie nieciekawa do tego stopnia, że wyszukiwanie na siłę kolejnych tematów stało się wręcz krępujące, a do tego ostatnio trochę choruję i w ogóle ciężko mi znaleźć w sobie siłę do interesowania się czymkolwiek, pomyślałem więc sobie, że opowiem znów o zbrodni i karze. Poniższy tekst napisałem dla wydawanego przez Piotra Bachurskiego miesięcznika „Polska bez Cenzury” jeszcze jesienią zeszłego roku, jednak przez to, że kwestia prawa, sprawiedliwości, oraz często tak fatalnie nieskutecznego egzekwowania jednego i drugiego chodzi mi wciąż po głowie, pomyślałem, że może przypomnę tu ową historię w nadziei, że ci, którzy szukają na tym blogu jakiejś inspiracji, znajdą ją choćby w czymś tak pozornie niskim, jak prosta kryminalna historia. Zapraszam więc.


      Opowiadaliśmy tu sobie już jakiś czas temu o niesławnym masowym mordercy Richardzie Specku i o tym, jak mimo potworności swojej zbrodni, dokończył on swego żywota w więzieniu, oglądając telewizję, czytając pornograficzne magazyny, chlając i zapruwając się na śmierć amfetaminą, kokainą, psychotropami, czy cokolwiek udało się jemu i jego kumplom przemycić do celi. Napisałem ów tekst i właściwie od samego początku miałem przekonanie, że brakuje w nim czegoś, bez czego on pozostaje faktycznie niedokończony, a mianowicie bliższego spojrzenia na życie Specka w więzieniu, wyjaśnienia, w jaki sposób było go stać i na alkohol i na narkotyki, no i wreszcie, czy rozwiązanie tej zagadki nie zmusi nas do zweryfikowania naszej opinii, jakoby życie Specka w więzieniu było aż tak bardzo słodkie.
      No ale wróćmy do dnia, kiedy amerykański sąd skazał Specka za jego zbrodnie na karę śmierci i umieścił go jednym z najcięższych więzień w kraju, czyli w Stateville w stanie Illinois, gdzie ten miał już sobie spokojnie czekać na dzień, w którym ostatecznie spłonie na krześle elektrycznym. Od początku też jednak troską władz więzienia było to, by inni więźniowie –wśród których, o czym należy pamiętać, były osoby zaledwie nieco mniej zasłużone dla świata zbrodni –sami nie postanowili Specka wysłać do piekła. Dlaczego tak? Otóż powinniśmy wiedzieć, że, cokolwiek byśmy sobie myśleli na temat osób spędzających życie w murach więzień, oni mają swój wewnętrzny kodeks, którego jedna z zasad jest taka, że kobiet – zwłaszcza kobiet Bogu ducha winnych – się ani nie zabija, ani nie gwałci, a Speck był winien obu tych występków. Siedział więc Speck w więzieniu Stateville, mając świadomość, że każdy dzień może być jego dniem ostatnim, kiedy nagle, skutkiem apelacji obrony, Sąd Najwyższy zwrócił uwagę, że ława przysięgłych, która ostatecznie uznała Specka winnym zarzucanej mu zbrodni, została wyznaczona niezgodnie z Konstytucją i zamienił karę śmierci na 1200 lat więzienia. Od tego też momentu rozpoczął Speck w Stateville Penitentiary swoją walkę o przeżycie.
      Trudno powiedzieć, czy dziennikarz Bob Greene, który jako pierwszy zwrócił uwagę na fakt, że Speck w więzieniu praktycznie nie wychodzi ze stanu alkoholowego i narkotycznego upojenia, zadawał sobie pytania odnośnie tego, jak owa kontrabanda jest organizowana i za jakie zasługi Speck może sobie pozwolić na owe przyjemności. Faktem jest, że we wspomnianym wywiadzie jednego słowa na temat owej zagadki nie znajdziemy. Wprawdzie w pewnym momencie sam Speck przyznaje, że jego jedynymi kumplami w celi są członkowie czarnych gangów, co, biorąc pod uwagę fakt, że sam Speck był biały, powinno u każdego spowodować włączenie się ostrzegawczej lampki, jednak dziennikarz pyta Specka tylko, czy nie boi się, że przez ujawnienie kontrabandy, będzie miał kłopoty, na co ten ze śmiechem odpowiada: „Kłopoty? Jakie kłopoty można mieć przez 1200 lat?”
      W maju 1996 roku jedna z chicagowskich stacji telewizyjnych ujawniła zapis video jeszcze z roku 1988, otrzymany od anonimowego adwokata, na którym widzimy przede wszystkim, jak więźniowie Stateville, najwyraźniej nie mając nic przeciwko temu, że są filmowani, oddają się najróżniejszym seksualnym uciechom, swobodnie handlują narkotykami, bez zachowywania jakichkolwiek pozorów przekazując sobie pieniądze. W pewnym momencie na filmie widzimy również Specka, z powiększonymi hormonalnie piersiami i ubranego w jedwabne, damskie majtki, jak uprawia oralny sex z czarnym współwięźniem, wciąga porcję kokainy i oświadcza do kamery: „Gdyby wiedzieli, jak mi tu dobrze, to by mnie wypuścili”.
      Nie wiemy, czy po tym, jak owe taśmy ujrzały światło dzienne, władze Illinois podjęły jakieś kroki na rzecz oczyszczenia sytuacji w Stateville, wydaje się jednak, że wszystko zostało skutecznie zamiecione pod dywan, a powód tego był taki jak zawsze – podobnie jak nie ma sensu kopać się z koniem, nie ma też sensu wszczynać walki z więzienną subkulturą, gdzie wszystkie reguły są odwrócone, a i tak najważniejsze jest to, by nikomu nie stała się krzywda na zewnątrz.
      To co jest istotne dla nas, to fakt, że, jak zgodnie potwierdzają wszyscy komentatorzy, aby przeżyć, Speck przyjął jedyne sensowne rozwiązanie, a więc zgodził się świadczyć seksualne usługi czarnej społeczności Stateville. To dla nich powiększył sobie piersi, to dla nich zaczął nosić damską bieliznę, to im wreszcie postanowił służyć, jako owa szczególna „gumowa lala”. Dodatkową nagrodą oprócz życia był jeszcze darmowy alkohol i narkotyki. Czy zatem możemy faktycznie uznać, że Speck w istocie rzeczy nie poniósł kary, że jego życie za murami Stateville było lekkie jak piórko? Oczywiście nam tu, gdy siedzimy w naszych ciepłych i wygodnych fotelach, trudno jest to oceniać, i choć z naszego punktu widzenia, nie jest to los, który by nam jakoś szczególnie odpowiadał, to z jednej strony, wciąż pozostaje obraz owych biednych ośmiu dziewcząt tak okrutnie zamordowanych, a z drugiej, słowa wypowiedziane przez Specka na wspomnianych taśmach: „Gdyby wiedzieli, jak mi tu dobrze, to by mnie wypuścili”.
      A z drugiej strony, nie każdemu z nich się aż tak poszczęściło. Niektórzy z nas zapewne słyszeli o kimś, kto, niewykluczone, że gdy chodzi o potworność swojej zbrodni, Specka znacząco przewyższył, a mianowicie człowieka nazwiskiem Jeffrey Dahmer. Czym się ów Dahmer zasłużył dla tej bardziej mrocznej części świata? Otóż, mówiąc bardzo krótko, bo tak naprawdę nie o nim przede wszystkim, traktuje dzisiejszy artykuł, był on nekrofilem i kanibalem, który w latach 1978–1991 zabił, następnie zgwałcił co najmniej 17 chłopców. Urodził się w Milwaukee w stanie Wisconsin. Niedługo potem jego rodzina przeniosła się do Bath w Ohio. Jak ujawniło późniejsze śledztwo, od dzieciństwa fascynowały Dahmera martwe zwierzęta. W sobie tylko znanej kryjówce trzymał ukrytą czaszkę psa. Potrafił spędzać całe dnie obserwując rozkładające się szczątki zwierząt. Mimo oczywistego opętania, przez pewien czas bez sukcesu próbował studiować na uniwersytecie stanu Ohio, przez kolejne dwa lata służył w wojsku, jednak z powodu ciężkiego alkoholizmu został z wojska wyrzucony, wreszcie w roku 1982 przeniósł się do swojej babci do West Allis w stanie Wisconsin, gdzie mieszkał przez sześć lat. W sierpniu 1982 został aresztowany za obnażanie się w miejscu publicznym. Cztery lata później aresztowano go ponownie za masturbowanie się w miejscu publicznym przed dwoma chłopcami. Tym razem został skazany na rok więzienia, z czego odsiedział 10 miesięcy. W 1988 został aresztowany za molestowanie seksualne 13-letniego chłopca, skazany na rok prac społecznych i zarejestrowany jako przestępca seksualny. Obronie udało się jednak przekonać sąd, że Dahmer jest psychicznie chory i wymaga leczenia, więc na pięć lat został skierowany do otwartego ośrodka psychiatrycznego. Jak znów wykazało późniejsze śledztwo, mniej więcej w tym samym czasie mordował już średnio raz na tydzień.
      Wreszcie, 22 lipca 1991 roku, 31-letni wówczas Dahmer został ujęty przez policję, postawiony przed sądem i za 15 udowodnionych zabójstw otrzymał 15 wyroków dożywotniego więzienia, co w sumie dało mu 937 lat więzienia. Nie zmienia to jednak faktu, że, jak już wspomnieliśmy, istnieje bardzo duże podejrzenie, że przez wszystkie te lata Dahmer mordował niemal bez przerwy.
      I tu się pojawia główny bohater dzisiejszej opowieści, człowiek nazwiskiem Christopher Scarver. Urodzony jako drugie z pięciorga dzieci w pierwszej z brzegu czarnej rodzinie w Milwaukee w stanie Wisconsin, kiedy dorósł, przez pewien czas próbował żyć, jak większość jego kolegów, jednak – również jak część z nich – popadł w alkoholizm, a jego bezkompromisowa mama wyrzuciła go z domu. W wieku 21 lat zdobył pracę w Cywilnym Korpusie Ochrony Przyrody i obietnicę zatrudnienia na pełen etat. Tak się jednak niefortunnie zdarzyło, że chwilę później dotychczasowy szef został zastąpiony przez niejakiego Steve’a Lohmana, który najpierw odmówił Scarverowi etatu, a następnie przy najbliższej okazji kazał mu wypłacić zaledwie 15 dolarów, w związku z czym oburzony Scarver, z rewolweru, który miał ze sobą, palnął Lohmanowi w łeb. Następnie zwrócił się do obecnego na miejscu kierownika odcinka, Johna Feyena, i zwracając się do niego „panie Hitler” zażądał od niego pieniędzy. Przerażony Feyen najpierw wypisał Scarverowi czek na 3000 dolarów, po czym uciekł, sam Scarver natomiast został skazany na dożywocie i skierowany do Columbia Correctional Institution w miejscowości Portage w stanie Wisconsin. Jak się wkrótce miało okazać, to tam też właśnie od paru lat spędzał swój czas Jeffrey Dahmer.
      Podobnie jak to było w przypadku Richarda Specka, służby więzienne bardzo troszczyły się o bezpieczeństwo Dahmera i przez równy rok kazały mu żyć w odosobnieniu, jednak po tym czasie, kiedy uznały, że już nic mu nie grozi, a sam Dahmer bardzo prosił, by mu pozwolić żyć wśród ludzi, przyznały mu łagodniejszy reżim, a nawet pozwoliły mu dbać o czystość toalet. Nie wiadomo, czy to kontakt z ludźmi, czy praca przy czyszczeniu kibli, coś jednak sprawiło, że któregoś dnia Jeffrey Dahmer poprosił o to, by mu dostarczyć do celi egzemplarz Biblii i już po krótkim czasie nie dość że ujrzał Boga, nie dość, że jako członek jednej z tysięcy działających w Stanach protestanckich dominacji przyjął Chrzest, to jeszcze zawarł bliską przyjaźń z pastorem, który udzielał mu Chrztu i od tego czasu systematycznie odwiedzał Dahmera w więzieniu.
      I oto rankiem 28 listopada 1994 opuścił Dahmer swoją celę, by jak co dzień zabrać się za sprzątanie toalet. Towarzyszyło mu dwóch innych więźniów, niejaki Jesse Anderson odbywający karę dożywocia za zabójstwo żony, oraz… tak, tak – Christopher Scarver. W pewnym momencie – trudno powiedzieć, czy intencjonalnie, czy przez przeoczenie, choć są źródła, które twierdzą, że cała akcja była starannie zaplanowana – cała trójka została na chwilę pozostawiona bez opieki i wówczas przy pomocy stalowego pręta Scarver zatłukł na śmierć najpierw Dahmera, a potem, na dokładkę jeszcze, Andersona.
      W wyniku swojego czynu, Scarver otrzymał dodatkowy wyrok dwóch kar dożywocia, co, jak pewnie wszyscy rozumiemy, nie zrobiło na nim jakiegokolwiek wrażenia, natomiast nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wdzięczność rodzin osób, które zostały zamordowane przez Dahmera, owe dożywocia mu w pełni rekompensuje. A co wcale nie jest tu najmniej istotne, nie ulega najmniejszej wątpliwości, Christopher Scarver, który, w odróżnieniu od swoich ofiar, wciąż żyje w Columbia Correctional Institution, jest z całą pewnością szanowany przez swoich zarówno czarnych jak i białych kumpli i z całą pewnością ani nie musi powiększać sobie hormonalnie piersi, ani tym bardziej udzielać się towarzysko lepszym od siebie. Bo są sytuacje, kiedy prawa i sprawiedliwości nie jest w stanie pokonać nic. No może z wyjątkiem systemu pod nazwą ADX Florence. Ale o tym już było.


Może przyjdzie taki czas – a liczę na to mocno – że uda mi się te wszystkie historie wydać w jednej książce, tymczasem jednak zostało jeszcze w naszej księgarni wystarczająco dużo egzemplarzy książek wcześniejszych, by starczyło dla każdego. Zachęcam więc do odwiedzania strony pod adresem www.coryllus.pl i przemyślanych jak zawsze zakupów.

10 komentarzy:

  1. Te notki z pewnym suspensem podobaja mi sie najbardziej. Moim zdaniem w nich sie Pan najlepiej realizuje. Jak w calym 39 kregu - ma analogiczny charakter, choc oczywiscie nie tak mroczny.

    Ps. I sa nieprzesadnie bogate w zaimki, na co dosc czesto cierpia notki o innych tematach ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. @Krzysztof
    Są tacy co te zaimki sobie bardzo chwalą. To z myślą o nich ja je tak często używam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdania są podzielone. Myślę, że druga połowa z nich woli, jak z myślą o nich Pan ich tak często używa :)

      Usuń
  3. Jak zwykle świetnie. Żeby chociaż z 10% polskich "pisarzy" potrafiło tak jak Ty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Andres Krzysztowski
      Bardzo mi Twoje słowa pochlebiają. Dziękuję.

      Usuń
  4. Całkiem poza tematem. Ale nie mogłam się powstrzymać :-)
    Dziś po południu słyszałam w TVP Info J. Kaczyńskiego mówiącego o Z. Gilowskiej. Był to prawie pean, pełen uznania dla Niej, a jednocześnie pełen ciepła.
    To bardzo porządny człowiek - J. Kaczyński - pomyślałam...

    OdpowiedzUsuń
  5. @Ogrodniczka
    Wydaje się, że on ją lubił i szanował zupełnie wyjątkowo. Tym bardziej jest przykro, że on jest tak odcięty od świata zewnętrznego, że nawet nie wie o tych jej listach do mnie. Przecież to by dla niego była lektura zupełnie fascynująca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @toyah
      Przy okazji pogadam z jednym takim z naszej okolicy - a może będzie spotkanie opłatkowe/inne z M. Błaszczakiem - wtedy mogę spróbować przemycić tę książkę. A może ją ma?

      Usuń
  6. @Ogrodniczka
    Gdyby ja miał, to byśmy o tym wiedzieli. Moim zdaniem akcja przemilczania książek wydawanych przez Klinikę Języka jest powszechna i kontrolowana.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja także jestem fanem tych notek z rozbudowaną fabułą, jakkolwiek nie towarzyszy im aż tak głęboka refleksja, objawiają one Twój talent do snucia ciekawej opowieści. Dodatkowo część z nich zawiera pewien morał, z tą różnicą, że niewypowiedziany wprost.

    OdpowiedzUsuń