sobota, 1 października 2016

O tym, jak Tomek Beksiński pomylił się o rok

        Na ekrany kin wchodzi film o Tomku Beksińskim i jego ojcu – mam nadzieję, że po serii owych filmowych nieszczęść, wreszcie przynajmniej znośny. Widziałem jego fragmenty, i przez to, że w pewnym momencie swojego życia miałem okazję się z nim kolegować, mogę potwierdzić, że on jest tam zrobiony idealnie. Skoro już się jednak na jego temat zgadało, chciałbym przypomnieć kilka uwag na jego temat, które jeszcze przed kilku laty zamieściłem w swojej książce zatytułowanej „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, a dziś nieco tylko zmodyfikowałem. Zapraszam.

         Oczywiście, zdaje sobie sprawę z tego, że nazwisko Beksiński przez swoje rodzinne, a przecież i nie tylko rodzinne, konotacje nie pozwala na to by o kimś kto je zwyczajnie sobie nosił, pisać bez owego napięcia, które się pojawia, gdy mówimy o osobach jakoś tam znanych. Dziś jednak, kiedy sobie pomyślałem, że opowiem o moim koledze Tomku Beksińskim, wcale nie próbuje odwoływać się do tego, że dla wielu miłośników muzyki w Polsce był on swego czasu postacią niemal kultową, ani też nawet tego, że któregoś dnia udało mu się skutecznie popełnić samobójstwo i owa śmierć na jakiś czas wypełniła ogólnopolski przekaz medialny, ale o to, że Beksiński z mojego punktu widzenia stanowił przykład opętania w formie wręcz idealnej. A, jak wiemy, opętanie to temat nie byle jaki.

     Tomka Beksińskiego poznałem na studiach. Był on naszym kolegą. Może kolegą nie najbliższym, w tym sensie, że się odwiedzaliśmy i mieliśmy wspólne sprawy, ale owszem znaliśmy się i spędzaliśmy często wspólnie czas na uczelni. Co było takiego w Beksińskim, żeśmy go lubili, i kiedy on się pokazywał, tośmy go nie przeganiali? Przede wszystkim to, że on się znał na muzyce, więc można z nim było nawiązać porozumienie, no a poza tym był niezwykle sympatyczną i otwartą osobą. Jeśli wolno użyć tego sformułowania, on był jak dziecko.

      A zatem on w stosunku do nas pozostawał zawsze bardzo sympatyczny, a przy tym jednak jako ktoś, kogo nie sposób traktować poważnie. Tomek Beksiński wciąż gadał o śmierci. A gadał o niej nie tak jak ktoś, kto się jej boi, ale jak ktoś, kto się jej w gruncie rzeczy nie może doczekać. Ta śmierć była z nim stale do tego stopnia, że on na przykład nie był w stanie spokojnie wysłuchać jakiejkolwiek piosenki ze swoich ulubionych piosenek, żeby nie ogłosić nam wszystkim, że najlepiej by się czuł, gdyby jej mógł słuchać z wnętrza trumny. Oczywiście myśmy się z niego śmiali, mówiliśmy mu, że te obrazy jego taty pomieszały mu w głowie, na co on się tylko grzecznie uśmiechał i wciąż powtarzał swoje, czyli że on kiedyś sobie kupi trumnę, będzie w niej leżał i słuchał piosenek zespołu Camel.

      Nasze studia na filologii angielskiej polegały na tym, że się siedziało od rana do wieczora w klubie o nazwie „Tam”, a w przerwach chodziło na zajęcia lub wykłady. W „Tamie” był bufet, w bufecie sprzedawano herbatę z cytryną i bez, kawę, batoniki Prince Polo, kanapki z serem i mnóstwo innych rzeczy, w tym, o ile dobrze pamiętam, nawet i jajecznicę. Gdy idzie o Tomka Beksińskiego, on jadł wyłącznie chrupki i pił coca-colę. Od rana do wieczora. No i gadał o tej trumnie, którą sobie kupi, żeby słuchać zespołu Camel. Myśmy go słuchali i traktowaliśmy go z należytą uprzejmością.

      Tomek Beksiński, o ile dobrze pamiętam, to był mój pierwszy i drugi rok studiów. Potem on przeprowadził się do Warszawy i zniknął. Któregoś dnia otrzymałem wiadomość od mojej koleżanki Ewy Czajkowskiej z Sanoka, która przez wspólne korzenie była z Beksińskim zaprzyjaźniona, że Beksiński bardzo by chciał, żebym przyjechał do niego do Warszawy. Ponieważ był to czas kiedy lubiłem jeżdzić tam na festiwal Jazz Jamboree, pomyślałem, że nic nie zaszkodzi przy okazji wstąpić do Beksińskiego i zobaczyć te jego płyty. Zajechałem więc na ten cholerny Służew nad Dolinką, gdzie on mieszkał, wjechałem na to 10 czy 15 piętro, no i spędziłem z nim tę jedną noc. On już wtedy był znanym trójkowym prezenterem, więc głównie opowiadał mi o dwóch rzeczach – o swoich nieudanych próbach samobójczych i o dziewczynach, które mu, jako radiowej gwieździe, nie dają żyć. Ja to oczywiście traktowałem jak mało interesującą egzotykę, i niemal całą swoją uwagę skupiałem na tych płytach, których on miał tysiące. Autentycznie tysiące.

      A zatem wszędzie były te płyty i ta śmierć, na drzwiach do pokoju wisiała klepsydra z informacją, że oto zmarł Tomek Beksiński lat ileś tam, o czym zawiadamiają pogrążeni w bólu rodzina i przyjaciele, a wokół na ścianach pełno tych strasznych obrazów jego ojca. Te krzyże, te trupy, te czaszki, te pająki… ten Szatan. A ja siedziałem, miałem to wszystko w dupie i wciąż z autentyczną zazdrością oglądałem te płyty.

      Oglądałem te płyty, a on mi albo opowiadał o tym, jak to któryś z kolei raz próbował popełnić samobójstwo, ale mu nie wyszło, albo pokazywał kolejne albumy ze zdjęciami, na których był albo on, albo te dziewczyny o czarnych włosach – słuchaczki jego audycji – które on zgodził się zaprosić do swojego mieszkania. Myślę, że tej nocy nie spałem. Zanurzony w tych płytach. I tylko w nich.

      Nigdy więcej nie spotkałem Tomka Beksińskiego. Z jednym wyjątkiem. Na jakieś 10 sekund. Ożeniłem się, pojechaliśmy w podróż poślubną nad morze, wracaliśmy przez Warszawę, a ja – mając w pamięci wielokrotne listowne zaproszenie od Beksińskiego, by wpadać ile razy będę miał ochotę – wsiadłem z moja żoną w autobus i pojechaliśmy na ten Służew. Wjechaliśmy na to 10 czy 15 piętro, zadzwoniliśmy dzwonkiem, Tomek nam otworzył, ale powiedział, że akurat jest u niego ojciec i oglądają jakiś film z VCR, który on mu tłumaczy na żywo. No więc zmyliśmy się jak niepyszni. Wtedy jeszcze nie było komórek.

      Tomek Beksiński ostatecznie umarł w Wigilię roku 1999. Nie pamiętam dokładnie, jak to się stało, ale chyba zwyczajnie się powiesił. Zdaje mi się, że zostawił list, w którym napisał, że on nie chciał wchodzić w nowe tysiąclecie. A może to nie był list, tylko jego koledzy powiedzieli o tym w ramach zwyczajowych wspomnień? Kilka lat później jakiś zaprzyjaźniony z nim gówniarz zamordował Zdzisława Beksińskiego – autora tych wszystkich obrazów, które oblepiły serce i umysł jego syna i ostatecznie doprowadziły go do śmierci. A ja z tego wszystkiego zapamiętałem tylko świadectwo pewnej polskiej piosenkarki rockowej, niejakiej Anji Ortodox, która z Beksińskim się przyjaźniła i, wedle jej relacji, oni mieli taki stały rytuał, kiedy to zawsze w Wilki Piątek chodzili do najlepszej knajpy w mieście, żeby się nawpieprzać mięsa. Rytualnie. To pamiętam najbardziej.

     „How do you like your blue-eyed boy, Mister Death?” 

      Post Scriptum:
Już po latach od czasu gdy napisałem tamten tekst, nagle zdałem sobie sprawę, że Wigilia roku 1999, a więc dzień, w którym Tomek Beksiński odebrał sobie życie, nie zamykała jeszcze mijającego tysiąclecia. Rok 2000 to był zaledwie rok ostatni. Nowe tysiąclecie miało się dopiero zacząć za rok. A zatem, wygląda na to, że Tomek Beksiński popełnił fatalny błąd w rachunkach i przez niego właśnie nie miał okazji obejrzeć jednego ze swoich ulubionych zespołów The Cure, który 14 kwietnia 2000 roku wystąpił na koncercie w Łodzi.

      Jeśli ktoś tylko ma możliwość zapraszam na targi książki do Katowic. W Międzynarodowym Centrum Kultury, tuż obok Spodka, siedzę od rana do wieczora i sprzedaję swoje książki, w tym tę wspomnianą powyżej. Jeśli jednak ktoś do Katowic przyjechać nie może, zapraszam do księgarni pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph, gdzie, dokładnie tak jak na targach, można znaleźć nie tylko to.

     

     

      

2 komentarze:

  1. Nie pomylił się w rachunkach.Odwrócone dziewiątki dadzą 666...

    OdpowiedzUsuń
  2. @Unknown
    No tak. Nie pomyślałem o tym.

    OdpowiedzUsuń