piątek, 7 stycznia 2011

Don Paddington: Jeszcze raz o mgle. Tej drugiej

Nie mam pewności, czy dobrze oceniam sytuację, czy tylko mi się tak zdaje, ale mam wrażenie, że – przynajmniej w porównaniu z zeszłym rokiem – tak zwaną Orkiestrę zaczęto nakręcać stosunkowo wcześnie. Doszło wręcz do tego, że główna gwiazda programu pojawiła się na scenie jako pierwsza. Jeszcze zanim zapalono światła, zanim rozległy się pierwsze dźwięki, nawet jeszcze przed pojawieniem się pierwszych widzów, przylazł on i rozpoczął swoją gadkę. O co poszło? Jak już napisałem w poprzedniej notce, najwyraźniej czas ucieka, a wraz z tą ucieczką, rozbrzmiał apel: wszystkie ręce na pokład. A zatem skoro tak – to na nas też już czas. Oto bardzo piękne świadectwo naszego księdza. Świadectwo, które już nam odpowiednio zajaśniało przed rokiem, ale ponieważ nigdy dość słów prawdy, przypominam je i dziś. Dziś, gdy one mówią więcej niż kiedykolwiek wcześniej. A zatem, gdy oni będą robić swój rytualny harmider, Ksiądz nam coś opowie. Posłuchajmy.


Jerzy Owsiak kojarzy mi się nieodmiennie z jednym wydarzeniem, które w sposób decydujący wpłynęło na sposób, w jaki go postrzegam. Otóż w czasie wielkiej powodzi 1997 roku, w parafii w której pracowałem, zorganizowaliśmy zbiórkę artykułów pierwszej potrzeby dla powodzian. Z Kurii otrzymaliśmy adres jednej z parafii pod Opolem i postanowiliśmy ciężarówką mojego znajomego zawieźć zebrane dary do potrzebujących. I wtedy pojawił się pewien problem. Nie mogliśmy w żaden sposób skontaktować się z tamtejszym proboszczem, a jazda w ciemno nam się nie uśmiechała. Nasi kurialiści zapewniali jednak, że nie ma się czym przejmować – adres został przesłany z Kurii opolskiej i nawet jeśli przyjedziemy niezapowiedziani, zostaniemy przywitani serdecznie. Oczywiście, to czy doznamy tam jakichś serdeczności, czy też nie, nie było moim zmartwieniem. Problemem była tylko i wyłącznie kwestia dojazdu. Chcieliśmy wiedzieć, czy przy wciąż wysokim poziomie wody w Odrze, zalanych bądź podmytych drogach i zagrożonych mostach, w ogóle jest możliwe do owych powodzian dotrzeć.
Tak czy inaczej pojechaliśmy, i po licznych przygodach i jeszcze liczniejszych objazdach, dotarliśmy na miejsce. Owa wieś wyglądała strasznie. To niesamowite, co rozszalała woda może nawyczyniać. Do dzisiaj śnią mi się niektóre widoki. Podjechaliśmy pod widoczny już z daleka kościół. Stała tam grupka ludzi, od której na nasz widok odłączył się jakiś mężczyzna, energicznie otworzył drzwi naszej ciężarówki i zaczął na nas wrzeszczeć. Prawdę powiedziawszy, rzucał najgorszym mięsem, przy czym najbardziej dobitnie brzmiało słowo „wypierdalać!”. Ponieważ nosił na sobie kapłańską koszulę, domyśliłem się, że jest to ów miejscowy proboszcz, który według poznańskich kurialistów, miał nas bardzo serdecznie przywitać. No i przywitał…
Po chwili jednak okazało się, że zaszło przykre nieporozumienie, a jego przyczyną okazał się być sam Jerzy Owsiak. Otóż owa podopolska wioska w czasie powodzi została praktycznie odcięta od świata, i bardzo szybko zaczęło ludziom brakować wody pitnej, żywności, suchych ubrań, leków itd. W ogólnym bałaganie i przy permanentnej niemożności miejscowych władz, proboszcz okazał się jedynym człowiekiem, który potrafił powodzian skrzyknąć, zorganizować ich i w ogóle zacząć działać, tak by w tej trudnej sytuacji ratować co się da i pomóc zwłaszcza tym, którzy z racji wieku, albo choroby mieli najtrudniej. To był naprawdę dzielny ksiądz, choć, jak widzimy, trochę choleryczny.
Kiedy woda trochę opadła, pojawiła się możliwość wspomożenia tej wsi transportami podobnymi do naszego. Jako jedne z pierwszych pojawiły się bodajże trzy ciężarówki od Jerzego Owsiaka. To znaczy pojawiły się kilka kilometrów od celu, jeszcze przy wjeździe na most ma Odrze… i się zatrzymały. Tymczasem, kiedy proboszcz dowiedział się, że wspomniane ciężarówki jadą właśnie do niego, zwołał ludzi do wyładunku, czeka, a tu nic – ani widu, ani słychu. Ciężarówki jak stały za Odrą, tak stoją. Zepsuły się? Nie wiadomo. Ludzie czekali najpierw całą noc, potem cały dzień. W końcu proboszcz, jako że samochody zalało i były nie do użytku, wsiadł na rower i pojechał na drugi brzeg. I tam oto grzecznie mu wyjaśniono, że ponieważ pan Owsiak życzy sobie, żeby wjazd transportu do wsi i rozdzielanie darów rejestrowała ekipa telewizyjna, musi uzbroić się w cierpliwość, bo tak się niefortunnie złożyło, że owa ekipa najwcześniej może przyjechać jutro, a kto wie, czy nie dopiero za dwa dni.
Proboszcz oczywiście zasugerował, by machnąć ręką na telewizję i jak najszybciej przyjeżdżać, bo powodzianie bardzo potrzebują pomocy. Wtedy to jeden z członków owego transportu, w obecności księdza, zadzwonił z komórki do Owsiaka, przedstawił sytuację i spytał co robić. Po chwili rozłączył się i powiedział, że szefowi bardzo jednak na telewizji zależy, a więc jednak trzeba będzie te parę dni jeszcze poczekać.
Proboszcz na takie dictum zdenerwował się okrutnie, nawkładał tym ludziom – z Jerzym Owsiakiem na czele – od bezdusznych chamów, i kazał im, jak już zostało wspomniane, „wypierdalać”. Przy okazji też zapowiedział, że jeśli którakolwiek z panaowsiakowych ciężarówek wjedzie do jego wsi, to on i jego parafianie własnoręcznie te ciężarówki, wraz z tym co się na nich znajduje, spalą. No i to właśnie następnego dnia, tak się złożyło, że do owej wioski wjechała nasza ciężarówka, a ksiądz proboszcz – biorąc nas za ludzi z ekipy Jerzego Owsiaka – zareagował jak zareagował.
Wydarzenie to przypomina mi się zawsze wtedy, gdy widzę Jerzego Owsiaka, lub gdy ktoś zastanawia się, co z nim jest nie tak, skoro właściwie wszystko wydaje się być super. I przychodzą mi wtedy na myśl słowa Chrystusa: „Kiedy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.” (Mt 6,2-4)
I na koniec zdanie prawosławnego teologa, diakona Andrieja Kurajewa*: „Zło może podejmować nawet pożyteczne działania, nie zmieniając swojej własnej natury. Na przykład czyniąc to w taki sposób, że pomagając ludziom pod jednym względem, pod innym względem będzie się umacniało ich sojusz ze złem w innych dziedzinach życia – choćby przez rozpalanie próżności ofiarodawców”.

* Cytat z „Frondy”. Diakon Kurajew pisze tam o Apokalipsie św. Jana Apostoła. Temat mnie zainteresował, ponieważ swego czasu prowadziłem rekolekcje, których zagadnieniem była właśnie Apokalipsa z jej „błyskawicami, głosami, gromami, wielkimi trzęsieniami ziemi i krwią tryskającą aż po wędzidła koni” – i było to coś (przynajmniej dla rekolekcjonisty) wspaniałego. Kurajew, choć schizmatyk, bardzo dorzecznie - a przy tym ortodoksyjnie - sprawę przedstawia, i jak sądzę, jego przemyślenia mogą być całkiem niezłym komentarzem, do niektórych z naszych notek.

22 komentarze:

  1. @Don Paddington

    Ja mam identyczną ocenę danej osoby, uprawianej zadymy i wszystkiego tego, czego ona jest.

    Taka ocena jest oczywista dla każdego, w miarę rozgarniętego człowieka rozumiejącego, że nie wszystko złoto, co się świeci. Zwłaszcza, gdy ono nie świeci się samo, lecz odbiciem jupiterów medialnych. Tak, jak w przypadku tombaku.

    O właśnie: cymbał brzmiący z tombaku!

    OdpowiedzUsuń
  2. @
    Mozna to tylko uzupełnić tak: z każdej złotówki 60 gr idzie na utrzymanie tego pajaca i ferajny, a 40gr na szczytny cel zbiórkowy.

    OdpowiedzUsuń
  3. @JJSZ

    Każda złotówka zebrana w dorocznej zbiórce jest wydana na "szczytny cel zbiórkowy". Każda. W 100%.

    Koszty administracyjne i Woodstock pokrywane są przez sponsorów pozyskanych w trakcie roku i z odsetek bankowych.

    8. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.

    OdpowiedzUsuń

  4. Każda złotówka zebrana w dorocznej zbiórce jest wydana na "szczytny cel zbiórkowy".


    Dobrze, że umieściłeś cudzysłow, bo ktoś mógłby pomyśleć, że wcale nie ironizujesz.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Gandhi

    Ja czegoś nie rozumiem:

    1. Skoro każda złotówka (w 100%) ze zbiórek jest wydana, to skąd się bierze kapitał, co daje te odsetki?

    2. Czy to, co sponsorzy w roku dają, to to już nie jest zbiórka na "szczytny cel"? Dlaczego więc dają? co ich motywuje?

    OdpowiedzUsuń
  6. @cnri: Cudzysłów użyty, bo to był cytat dosłowny z komentarza JJSZ, w którym podzielił on pieniądze na "utrzymanie pajaca" i "szczytny cel". Pragnąłem wyprowadzić go z błędu co do proporcji.

    @orjan: Złotówka każda ze zbiórki jest wydana na zadeklarowany cel, ale nie od razu przecież - stąd i odsetki. Niektóre realizowane programy są nawet kilkuletnie (np. badanie przesiewowe wzroku niemowląt).

    OdpowiedzUsuń
  7. Errata: oczywiście badanie przesiewowe słuchu, nie wzroku.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Gandhi

    Ja rozumiem, że to trochę (nawet lata) może trwać zanim doprowadzi się pieniądze do konkretnego miejsca. Jednak należy je tam doprowadzić razem z odsetkami, które po drodze narosły. Inaczej nie ma podstawy twierdzić, że każda złotówka tam dociera.

    Ofiarodawcy nie dają na pożytek zbieraczom, lecz potrzebującym. Poza tym, niby dlaczego z takiego odsetkowego pożytku ma korzystać pewien zamknięty krąg aktywistów fundacji, czy czego tam?

    Czy, jeśli ci odpłatni aktywiści modlą się, to słowami: Chleba cudzego powszedniego ...?

    Kto zna 8, powinien znać także i 7 przykazanie.

    Ja rozumiem, że utrzymanie tego aparatu rozdziału pieniędzy musi kosztować. Skoro więc nie wchodzi w rachubę uproszczenie rozdziału, ani redukcja tego aparatu, ani społeczne działanie aparatu rozdzielania, to po co opowiadać, że każda złotówka itd.

    Można przecież powiedzieć:

    My zarobkowo zajmujemy się zbieraniem waszych pieniędzy, by je po naszemu rozprowadzić nie zapominając po drodze o naszym własnym utrzymaniu się i o naszych kosztach zmiany waszego, ofiarodawcy, systemu wartości, by was doprowadzić do naszego poziomu moralnego.

    Pytanie, ile z każdej złotówki ofiarowanej dociera "do szczytnego celu" jest więc uzasadnione. Gdyby zaś badać ekonomiczną efektywność zaspokajania tych celów, to należałoby uwzględniać wszystkie dopływające przychody ofiarowane na te cele, np. czas antenowy, itd.

    A co z tymi sponsorami? Co oni sponsorują i co ich motywuje?

    OdpowiedzUsuń
  9. Napisałem - każda złotówka wydana w dorocznej zbiórce. Czyli m.in. tej dzisiejszej. Zebrane 10 milionów, wydanie 10 milionów.

    Czy odsetki powinny być także, czy nie - z tym nie dyskutuję. Niektórzy na ten przykład zbierali na stocznię, a odsetki... przegrali na giełdzie, wraz ze sporą częścią kapitału. Nie wiem, nie wchodzę w dyskusję.

    Mam dwójkę małych dzieci, każde z nich miało przesiewowe badanie sluchu. Jedno było w szpitalu, korzystało ze sprzętu z serduszkiem. Mój ciężko poparzony 2-letni siostrzeniec też sporo mu zawdzięcza. To jest DOBRO, pisane jak największymi literami, którego mi nikt nie przesłoni, choćby nie wiem, jak się gimnastykował. I to, że moje dziecko skorzystało, powoduje, że mam moralny obowiązek iść dzisiaj i do puszki włożyć.

    Chleba cudzego powszedniego ...? Mierzi mnie, gdy ktoś Słowo Boże przeinacza, używając w celu kpiny z innego człowieka. A Twój chleb, pieniądze, które zarabiasz - skąd pochodzą, zanim staną się Twoje? Nie są przypadkiem cudze, zanim je zarobisz? Czym się Twoja praca różni od pracy osób, które organizują zbiórkę i wykonują tysiąc czynności z nimi związanych?

    OdpowiedzUsuń
  10. @Gandhi

    Zmieniasz temat. Ustawiłeś się tutaj jako obrońca. W takim razie, zobowiązałeś się odpowiedzieć na pytania. Ja Ciebie nie pytałem o dane, ani o wymierne fakty dotyczące tej działalności. Pytałem tylko jak racjonalizujesz obiektywne sprzeczności: aby były te odsetki, trzeba zatrzymać rozdzielanie kapitału ze zbiórek, a w tym celu spowolnić akcję charytatywną.

    Podobnie opisał Don Paddington, jak dla „odsetek medialnych” spowolniono dostarczenie pilnej pomocy. W obu przypadkach zachodzi zawłaszczanie (przez celowe przedłużenie dyspozycji ) cudzej wartości z zawłaszczeniem dochodu od tej wartości.
    Mowa tu o „cudzym” nie w znaczeniu prawnym, lecz faktycznym, bowiem ofiarodawcy z całą pewnością nie dają na „orkiestrę” dla niej samej, lecz dla potrzebujących pomocy, z oczywistą wolą, aby „orkiestra” te datki doprowadziła potrzebującym jak najszybciej. NIE MA CHOREGO, KTÓREMU SIĘ NIE SPIESZY DO POMOCY.

    W żadnej fundacji jej cele wewnętrzne nie powinny się liczyć, ani nawet istnieć i nie mogą kierować jej działaniem (popatrz w ustawę). Fundacje mogą mieć tylko cel zewnętrzny w stosunku do nich (i do ich personelu). W tym przypadku pomoc określonym chorym, względnie tym, którzy ich leczą.

    Obawiam się, że żyjemy w odmiennych aksjologiach tego „co moje, a co cudze”. Wykładnia modlitwy Ojcze Nasz, którą przywołałem, należy do Św. Tomasza z Akwinu, więc krytykę tego skojarzenia „cudzego chleba” proszę kierować do Niego. Moim zdaniem, skojarzenie to oddaje istotę rzeczy.
    Natomiast, gdzie w tym skojarzeniu znalazłeś konkretne adresowanie osobowe? Nie wiem. Nie ośmielam się kojarzyć nożyc na stole.

    Skoro pytasz o chleb powszedni trafiający na mój własny stół, to zapewniam Cię, że od kiedy tylko stało się to możliwe, tj. od ok. 25 lat zawodowo zajmuję się zarobkową, swoją własną, działalnością doradczą. W ogóle nie przyjmuję zleceń od podmiotów, w tym fundacji, działających na pieniądzach publicznych, włączając unijne. Nie obsługuję też żadnych, szemranych interesów (w najszerszym ich pojęciu). Więc kula w płot, nie można mieć czystszego chleba, choć taka polityka zmniejsza dopływ omasty.

    Takie podmioty bywają jednak przeciwnikami moich klientów, co mnie zmusza do obserwacji tych podmiotów od strony, że tak powiem, wyrabiania przez nie parówek (tu: Bismarck) .

    Ja Ci tu odpłacam szczerością za szczerość. Jeśli uznasz moje, powyższe wyznanie za niewiarygodne, od razu przyjmij, że w takim razie, w zamian przyjąłbym za niewiarygodne Twoje wyznanie o osobistych przyczynach wdzięczności dla „orkiestry”. Póki co, nie mam powodu Ci nie wierzyć. Zauważam jednak ogólnie, że emocjonalny stosunek osobisty może przeszkadzać obiektywnemu spojrzeniu. Natomiast w ewentualnej, dalszej dyskusji nie zgadzam się używać „argumentu cierpiącego syna”. Twojego, czy czyjegokolwiek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale musimy przyznać,że jednak Owsiak pomaga

      Usuń
    2. Oczywiście,że pomaga. Sobie i całej swojej rodzinie w wyciąganiu dużej kasy z WOŚP.
      On nigdy nie stał na mrozie z puszki.

      Usuń
  11. @JJSZ
    Jak zwykle w tego typu sytuacjach.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Gandhi
    A coś może w kwestii samego wpisu? Nic? Cisza? Rozumiem.

    OdpowiedzUsuń
  13. @toyah

    W kwestii wpisu się nie wypowiadam, bo świadkiem nie byłem. Jeśli tak było, to jest to godne potępienia.

    @orjan

    Nie ustawiam się jako obrońca. Odniosłem się tylko do postu JJSZ, który uważam za bardzo niesprawiedliwy. Realizowanie kilkuletniego programu nie uważam za spowalnianie akcji - nie da się wykonać badań słuchu u niepoczętych jeszcze dzieci. Co więcej nie zgadzam się z Tobą i nie uważam, żeby organizator zbiórki miał obowiązek spieszyć się z jej zrealizowaniem. Cel zbiórki jest ustalony wcześniej - jeśli nie podoba Ci się, że to trwa - nie dawaj. Mnie to nie przeszkadza - daję.

    Św. Tomasza nie czytałem. W moim prostym rozumieniu każde zarobione przez Ciebie pieniądze kiedyś Twoimi nie były, a więc były cudze. Uznawanie pieniędzy z "czystego źródła" za mniej "cudze", niż te ze źródła ciemniejszego - ni cholery nie rozumiem tej zależności. Jestem programistą, pracuję na etacie dla prywatnej firmy - to co, żyję za swoje pieniądze, czy pieniądze tej firmy? W ogóle nie wiem, gdzie ma ten bezsensowny wątek dyskusji prowadzić.

    Co do argumentu cierpiącego syna (córki w moim wypadku) - to moje własne przeżycia, doświadczenia i one mocno ukształtowały mój pogląd w tej sprawie, w związku z tym ich używam. Lecz nie wymagam na nikim, by me argumenty przyjmował. Swoimi opiniami dzielę się z innymi na tym małym forum, nie tylko z Tobą. Nie chcesz, argumentu nie przyjmuj - nie jest moim celem przekonywanie Ciebie, a jedynie danie świadectwa WOŚP, nie jako osoba związana z nią, ale pośrednio jako ojciec dzieci, które trochę jej zawdzięczają. A ludzi takich, jak ja, jest wiele.

    OdpowiedzUsuń
  14. @Gandhi

    OK. Jak wolisz. Możemy na tym skończyć.

    Ja umyślnie wskazałem na "syna", bo absolutnie nie chciałem odnosić się do konkretnego przypadku Twoich dzieci.

    Wspomniałem wcześniej o siódmym przykazaniu i chcę Cię pocieszyć, że przykazanie to także poręcza:

    słuszne wynagrodzenie jest uzasadnionym owocem pracy

    Takie wynagrodzenie nigdy nie będzie "cudzym chlebem". Jest jednak pewne zastrzeżenie moralne co do przedmiotu i celu, określonej (każdej) pracy, bowiem:

    przez swoją pracę człowiek uczestniczy w dziele stworzenia.

    Może zatem konkretna praca dzieło stworzenia ubogacać, lecz inna praca może je zubażać. Dlatego nie wystarcza sama formalna (tj. wg. umowy) słuszność wynagrodzenia. Inaczej za moralnie słuszne uważalibyśmy także np. wynagrodzenie płatnego zabójcy.

    Ten przykład jest rozmyślnie przesadzony do miejsca, w którym można mieć już dość wysoką pewność zgodności preferencji moralnych co do obowiązku oceny materialnej strony pracy.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Gandhi
    Jestem w stu procentach pewien, że zasada, by wypowiadać się wyłącznie w sprawach, których byłeś świadkiem, nie jest dla Ciebie zasadą żelazną.
    Jestem też pewien, że gdybyś autentycznie uważał, że zachowanie Owsiaka opisane przez Księdza jest (choćby teoretycznie) zachowaniem godnym potępienia, brałbyś też pod uwagę ewentualność, że Owsiak jest zwyczajnym szalbierzem, a nie dobroczyńcą.

    OdpowiedzUsuń
  16. Oczywiście, że nie mam takiej zasady. Wypowiadać się tylko o sprawach, których się jest świadkiem - to jakaś niedorzeczność.

    Moja filozofia życiowa dopuszcza dużą wyrozumiałość dla błędów innych osób z ich przeszłości. Może też dlatego, że sam kiedyś pobłądziłem. Stąd nawet jeśli prawdą jest to, co napisane we wpisie, to ja człowieka nie skreślam, szczególnie, jeśli na jego drugiej szali znacznie więcej jest ciężaru. Choć mocno już oklepane, wciąż dla mnie ważne są słowa - "Ten z was, który jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem". Uważam je (a właściwie filozofię za nimi stojącą) za filar chrześcijaństwa.

    OdpowiedzUsuń
  17. @Gandhi

    Czyli: credo, credo, kredyt (zaufania).

    A wątpliwości wypieramy, czy jednak zostawiamy na wadze, żeby zobaczyć co dalej?

    Przy tej grzesznej Pan zawstydził i rozbroił innych grzeszników. Jednak nie zweryfikował pochodzącej od nich oceny JEJ czynów. Jej samej powiedział "nie grzesz więcej". I ona dostosowała się.

    To jest opowieść o poprawie!

    Z tego wynika, że przed "orkiestrą" też stoi droga poprawy, ale niby dlaczego miałaby nią pójść, skoro nikt nie bierze w rekę kamienia a większość chwali: "cacy, cacy".

    To chyba wszystko musi OK jest - myśli "orkiestra". Nie ma co poprawiać.

    OdpowiedzUsuń
  18. Oczywiście, że kładę tę historię na szalę. Tylko, że z odpowiednią wagą - zależną od miejsca, gdzie je znalazłem, mojej oceny jej wiarygodności (anonimowy ksiądz, anonimowa miejscowość), no i czasu przede wszystkim. Przecież to bez mała 14 lat temu się odbyło - toż chyba większość przestępstw ma krótszy okres przedawnienia! Jeśli nic nowszego się nie znalazło, to może faktycznie poprawa nastąpiła?

    OdpowiedzUsuń
  19. @Gandhi

    Może jest głębokie i szerokie.

    Miło się gadało. Zdaje się, że osiągnęliśmy ten mityczny stan "pięknego różnienia się".

    Tak już na zakończenie, informacyjnie i ciekawostkowo:

    Dziś rano, jadąc do roboty słuchałem radia wcale nie jakiegoś antyowsiakowego.
    Dłuższy czas trwały tam lamenty na temat, ileż to kasy kosztują występy tych kapel. Że lepiej byłoby te koszty zamiast wypłacać, dać "orkiestrze" do skarbony, itd.

    Padały koszty "dojazdu" rzędu 20.000zł, z retorycznym przypuszczeniem, skąd (nie kasa a dojazd)? Także przykłady fikcji fakturowania kosztów własnego sprzętu, bo gra się na wystawionych piecykach, a w życiu koszt machania własnym wiosełkiem (gitarą) tyle nie osiąga. I tak dalej.

    A w USA - mówili - jakby artycha warunkował grę charytatywną od kosztów dojazdu i noclegu, to, panie dzieju, śmierć publiczna, subito!
    Kto by pomyślał, że za Obamy aż taki upadek szans jest.

    Treść tych lamentów z grubsza pokrywa się z dość nudnym już (bo ile razy można?) zarzutem majątkowym, że gdyby ten czas TV sprzedawała w reklamach i przychód dawała z TV wprost do orkiestry, to ho, ho, znacznie więcej dzieci by skorzystało, co ponoć jest celem.

    Moje zaskoczenie rozciąga się na podnoszenie w tej audycji tego lamentu przez wypowiadających się takich wykonawców, jak np Hołdys (lamentował osobiście!), których o pisowość, czy o cuś równie paskudnego nawet niebezpiecznie podejrzewać. To ta sama półka obyczajowo socjologiczno kulturowa, co sam orkiestrmistrz Owsiak.

    I kto by pomyślał, że takimi przeciekami wiadomości będą się wylewać.
    No i co mam powiedzieć? Może dołóż do tej szali

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.