wtorek, 16 lipca 2019

Obrazek z doliny nicości


       Jak niektórzy z nas już wiedzą, popularny dziennikarz Robert Mazurek na łamach „Rzeczpospolitej” opublikował list otwarty do szefowej „Wiadomości TVP” Danuty Holeckiej, w którym zasugerował, że propagandowa bezczelność kierowanej przez nią audycji wymaga już tylko tego, by zatrudnieni tam dziennikarze zostali przebrani w mundury Ludowego Wojska Polskiego. Przeczytałem ten list i przyznaję, że w pierwszej chwili dostałem takiej cholery, że chciałem Mazurka wdeptać jak najbardziej merytorycznie w ziemię, jednak po pewnym zastanowieniu uznałem, że dam sobie spokój. Człowiek bowiem, który od lat stanowi wręcz jądro tego nieszczęścia jakie są polskie media i nagle, ni stąd ni zowąd, zaczyna się ustawiać w pozycji jedynego sprawiedliwego, nie zasługuje na nic więcej, jak, wspominany tu już parokrotnie szlag w łeb zdechłym kurczakiem. A ja ten własnie gest zamierzam w stosunku do niego dziś wyegzekwować.
      Zanim jednak przejdę do rzeczy muszę wrócić do czasów, kiedy to powstawała moja książka, w której zamieściłem swoją korespondencję ze śp. Zytą Gilowską. Otóż, jak chyba wszyscy rozumiemy, zanim zdecydowaliśmy się ją ostatecznie wydać, musiałem zwrócić się z prośbą o zgodę do męża pani premier, Andrzeja Gilowskiego. Ten początkowo prosił, by tych listów nie publikować, a wśród wymienionych przez niego powodów szczególne wrażenie zrobił list, w którym pani premier odniosła się do sytuacji, jaka miała miejsce w TVP, kiedy to jej szefem był Bronisław Wildstein, a owej sytuacji głównym aktorem był brat naszego dzisiejszego bohatera, Roberta Mazurka. Obawiał się mianowicie pan Gilowski, że ujawnienie tego listu może się źle przysłużyć staraniom Rodziny, by dla upamiętnienia tak wielkiej postaci, jaką była prof. Gilowska, założyć fundację jej imienia i zdobyć dla niej patronat Prezydenta RP.
      Ktoś zapyta, co ma Robert Mazurek, do swojego brata, jego brat do Wildsteina i wreszcie, co ma do tego wszystkiego prezydent Duda. Otóż sprawa, wbrew pozorom, jest bardzo prosta. Otóż, jak mi relacjonował pan Gilowski, prezydent Duda właśnie przyznał Wildsteinowi jakiś poważny order, no i państwo Gilowscy obawiali się, że skoro ci dwaj są w takiej komitywie,  to jeśli rodzina Zyty Gilowskiej, która, jak się nagle okazuje, brzydko się wypowiedziała na temat Wildsteina, zgłosi się nagle do Prezydenta z prośbą o patronat, to ten im go zwyczajnie nie udzieli. Wtedy własnie użyłem wobec pana Gilowskiego argumentu, który tu lekko może sparafrazuję:
      Proszę Pana, pochował pan właśnie swoją żonę, kobietę na której pogrzebie byli jednocześnie Prezydent RP, Premier Rządu RP oraz prezes rządzącej partii. Proszę mi w tej sytuacji powiedzieć, kto jest w stanie cokolwiek zrobić przeciwko tej pamięci?
      I proszę sobie wyobrazić, że pan Gilowski w tym momencie powiedział: „Zgoda”.
     Myślę, że teraz jest dobry moment na to, by zacytować list prof. Gilowskiej, który wywołał wspomniany niepokój:
      Drogi Panie Krzysztofie!
      Tak jest, tak trzymać! I nie puszczać! Nicować tę nicość aż do kości.
      Bo to jest nicość. Kupiłam to dzieło [
mowa o książce Bronisława Wildsteina „Dolina nicości” – przyp. mój] i przeczytałam, w pierwszej chwili pomyślałam, no cóż - wprawdzie grafomania, ale dobrze motywowana. Jednak tylko w pierwszej chwili, przez kilka minut.
      Do mojego popsutego (przez medycynę, geny mam dobre) zdrowia musi się Pan przyzwyczaić, bo lepiej nie będzie. Ale może zdążymy jeszcze wspólnie coś zrobić? Jak Bóg da.
      A teraz opowiem Panu anegdotkę. W MF zastałam w charakterze rzecznika prasowego bezczelnego młodziana bez wykształcenia i manier, przyjętego przez moją poprzedniczkę („to brat Roberta Mazurka”) w skład tzw. gabinetu politycznego, co niebywale ułatwiło szybkie rozstanie, ponieważ owe gabinety rozwiązują się automatycznie wraz ze zmianą osoby ministra. Otóż ten młodzian najpierw wpakował mnie na „minę” (miał dużo mniej wyczucia ode mnie) a potem nawet mnie straszył i groził mi jakimiś bliżej nieokreślonymi retorsjami. Smarkacz groził wicepremierowi przy świadkach i mimo to (sić!) jeden z ministrów przyjął go na trochę do swojego działu prasowego, a potem wylądował u Wildsteina w TVP na jakieś pół roku. Kiedy Wildstein odchodził z TVP, to tym chłopakom (między innymi owemu „bratu”) zapewnił kolosalne odprawy jako kompensatę utraconych zarobków, ponieważ byli to „specjaliści rynkowi”. Wówczas poprosiłam Mariusza Kamińskiego (CBA) na rozmowę i zapewniłam Go, że to nie żadni fachowcy, a przykładowo „ten mój” to zwykły miglanc i dyletant, więc ofiarowanie mu pół miliona złotych (500 000 zł) odprawy z państwowej firmy jest złodziejstwem. Dałam to na piśmie - na papierze Ministra Finansów - skierowanym do Szefa CBA.  Mariusz Kamiński chyba nie zdążył nic z tym zrobić, ale jego następca z całą pewnością ten papier znalazł (wcale się nie ukrywałam) i po-pokazywał. I co? I nico. I to jest obrazek z doliny nicości, prawda?
      Serdecznie pozdrawiam,
      Zyta Gilowska
      Gdyby ktoś liczył w tym momencie na jakikolwiek komentarz, to przepraszam, ale poza zwróceniem uwagi na to, że oto dziś, w pewnym sensie jeden z bohaterów tego przekrętu, Robert Mazurek, unosi się nagle moralnym oburzeniem wobec zła, z którym ani on, ani jego żona, ani – tak tak – jego dziecko nie mogą sobie poradzić, nie powiem już nic więcej na ten temat.
       I chętnie bardzo skończę już ten tekst, który, przyznaję, jest mi bardzo niemiły, zwracając uwagę na dwie rzeczy. Moja książka ostatecznie okazała się wcale nie tak niebezpieczna, jak początkowo obawiała się rodzina Zyty Gilowskiej, a to z tego powodu, że przez te wszystkie miesiące, kiedy była ona jeszcze dostępna, pies z kulawą nogą się na jej temat nie zająknął. Gdyby nie ten blog i starania Gabriela Maciejewskiego z wydawnictwa Klinika Języka, ona by już dziś dawno została skutecznie przemielona, tak jak miliony ton innych książek zalegających magazyny w całej Polsce. Dziś jej nakład jest wyczerpany, natomiast tu raz jeszcze się okazuje, że towarzystwo ma się nadzwyczaj dobrze.
      Ale jest coś co robi wrażenie być może jeszcze większe. Otóż z tego co widzę, fundacja o jakiej myślała rodzina pani profesor Gilowskiej ostatecznie nie powstała. Ciekawe dlaczego?
      I jeszcze coś. Ktoś pewnie zapyta, po ciężką cholerę ja dziś postanowiłem ujawnić coś, co powinno było zostać tajemnicą. Otóż powód jest jeden. Jestem mianowicie pewien, że to iż dziś stoimy przed wielką szansą ostatecznego odebrania władzy tej czarnej zarazie, która dręczy Polskę od dziesięcioleci, zawdzięczamy w dużym stopniu Jackowi Kurskiemu i Danucie Holeckiej. Ja o nich osobiście mogę sobie myśleć różnie, faktem jest jednak to, że gdyby nie ich determinacja, to my byśmy tego ataku nie przetrwali. I w tej oto sytuacji przychodzi Robert Mazurek i, tak naprawdę w imieniu tych co szczęśliwie przegrali, prosi nas o to, byśmy byli bardziej mądrzy, kulturalni i eleganccy. W imieniu prof. Zyty Gilowskiej pragnę Wam wszystkim powiedzieć: Idźcie w cholerę.




Ponieważ, jak już wspomniałem, książka z listami od śp. Zyty jest już niedostępna, nie będę zachęcał do je kupowania. Jest oczywiście pewna szansa, że Gabriel zarządzi jakiś drobny dodruk, ale póki co, trzeba było się wykazać większym refleksem. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy z nas wyciągną z tego naukę. Mój adres: k.osiejuk@gmail.com
      



4 komentarze:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.