O lubieniu i nie lubieniu raz jeszcze, czyli piosenka jest dobra na wszystko


      Szczerze powiedziawszy, słabo mi przychodzi pisanie o bieżącej polityce. Rzecz w tym, że wszystko jest tak przewidywalne, tak powtarzalne i, co gorsza, tak oczywiste, że nie bardzo widze sposób, by napisać coś, nawet nie prowokującego, ale zwyczajnie interesującego. A daję słowo, że się staram. Przeczytałem na przykład informację o tym, że pewna artystka namalowała portret Niesławnego Nergala, ten od niej portret kupił i obiecał, że go wystawi na aukcję z przeznaczeniem na Fundację o Wolność Świata od Religii, czy jakoś tak. Przy okazji, owa Pani udzieliła wypowiedzi dla mediów i powiedziała, że ten Nergal to nie dość, że jest bardzo sympatyczny, to jeszcze fajny.
      Przed chwilą obejrzałem sobie fragment wywiadu z Patrykiem Vegą dla Onetu i ten z kolei mówi, że jego nowy film ma na celu pogodzenie dramatycznie rozbitego społeczeństwa.
     Moje dzieci były w tych dniach w Przemyślu i jakimś cudem natrafiły na idący przez miasto pochód, na czele którego szedł poseł Arłukowicz. Zapytałem syna, czy poza Arłukowiczemi jego znajomymi ktoś jeszcze w tym pochodzie szedł, a ten odpowiedział, że nie dość, że nikt, to jeszcze wyglądało na to, że poza nim nikt na tę nędzę nie zwrócił uwagi.  
      Przepraszam bardzo, ale o czym tu pisać?
      Pomyślałem więc, że wszystkich spragnionym bieżących komentarzy czytelników poproszę o jeszcze chwilę cierpliwości i pociągnę temat zespołu The Who. Pod wczorajszą notką pojawił sie komentarz miłośnika sztuki Pete’a Townshenda i jego kolegów, w której ten przedstawił mi listę piosenek zespołu, które jego zdaniem stanowią o jego wielkości. Posłuchajmy więc dziś zespołu The Who:



Było ostro? To prosimy dalej:



Jeszcze? Proszę uprzejmie. Oto, zdaniem Czytelnika, najlepsza wersja utworu „Pinball Wizard”:



       W tej sytuacji ja przedstawię kilka piosenek kilku zespołów o pozycji znacznie mniejszej od The Who, działających w tym samym okresie i w podobnej stylistyce, o których dziś mało kto pamięta. Najpierw The Kinks:



Teraz Troggs:



I jeszcze Troggs, gdyby ktoś myślał, że to jest tylko 'one hit wonder', jak The Who:



Lećmy dalej. The Animals:



Spencer Davis Group. Ktoś zna?



T-Rex?



Guess Who (sick!)



        Przepraszam bardzo, ale jaki ja mam intelektualny i estetyczny interes, żeby słuchać The Who?
        Ktoś powie, żebym się odpieprzył, bo skoro ktoś lubi piosenki The Who, to ma do tego prawo. Więcej, każdy ma prawo twierdzić, że wrzucone tu piosenki The Who są o niebo lepsze, niż owe pojedyncze, który podobają się mi. No i dobrze. Ale w takim razie, jak nie rozumiem, skąd u tych samych ludzi taka złość, kiedy ja powiem, że od The Who wolę Chochoły. Wolno mi, prawda?

        
      



Komentarze

  1. Ktore wino jest dobre ?
    To, ktore nam smakuje.

    Podobnie jest z muzyka.
    Nie rozumiem w ogole sporu o to, ktora kapela jest lepsza od drugiej ? Jakie kryteria powinnismy stosowac ?

    Sluchamy tego co lubimy sluchac.
    To tez zalezy od nastroju w danym momencie. Czasami czlowiek chce sie wyciszyc przy Goreckim, innego dnia ma ochote dla przykladu przypomniec sobie bas Butlera w "Fairies Wear Boots".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @zkr
      To prawda, że o gustach się nie dyskutuje, a mimo to jednak nie oznacza to, że nie można się starać o ocenę obiektywną. Ja na przykład zarówno Góreckiego jak i Black Sabbath uważam twórców jednakowo wybitnych. I to wcale nie dlatego, że ja akurat bardzo lubię metal, czy muzykę orkiestrową, bo właśnie to nie za bardzo. Weźmy taką Miley Cyrus. Ja jej nie znoszę. Ona jest moim zdaniem osobą wyjątkowo zdeprawowaną, muzyki, jaką ona wykonuję nie lubię, tych piosenek nie rozpoznaję, a mimo to wiem, że ona w swoim gatunku jest największa. Margaret, czy Sylwia Grzeszczak - nie; Cyrus - jak najbardziej. Skąd to wiem? Bo mam kompetencje, by to w miarę obiektywnie ocenić. Opierając się na bardzo wielu latach słuchania muzyki z prawdziwą pasją, wiem, co jest wartościowe, a co nie, co jest oryginalne, a co już nie tak bardzo. The Who oryginalni nie są. Przyznaję jednak, że to iż mi się nie podobają ich melodie, to sprawa gustu. Jeśli ktoś to lubi sobie śpiewać, to proszę bardzo. Mnie nic do tego.

      Usuń
  2. @toyah →(22 lipca 2019 19:33)

    Właśnie o to chodzi! To jest najważniejsza rzecz moim zdaniem w tego typu rozmowach. Ja bym jeszcze dodał, że jeśli brakuje nam czasami kompetencji to jest jeszcze wrażliwość.

    Gdzieś słyszałem takie zdanie(niestety nie pamiętam kto to wymyślił): "Dyskutuje się wyłącznie o gustach, bo jeśli coś jest obiektywnie dobre albo złe, to przecież nie będziemy dyskutować na temat faktów" i z tym również się zgadzam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja słucham muzyki gdzieś od 1973 i mogę przyznać, że się na muzyce nie znam, i nie jest mi to do niczego potrzebne. Ale miło poczytać kogoś kto się zna, i posłuchać co wartościowego proponuj. Kilka razy trafiłem u Pana na coś czego wcześniej nie znałem, i cieszę się, że poznałem.

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja lubię z tego okresu takie proste kawałki jakie grał Slade. O takie jak to: https://www.youtube.com/watch?v=9Bm7K0ergJg

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja zaś słuchałem muzyki od czasów, w których Beatlesi nie mieli jeszcze ugruntowanej pozycji dominującej. Ówczesne źródła nowości i mody muzycznej (przynajmniej w moim Wrocławiu) to było Radio Luxemburg, Veronica, itp., bynajmniej nie zapominając randek o szóstej dziesięć!
    Do dobrego tonu należało być wtedy fanem określonej kapeli. Ja byłem fanem The Kinks! Nigdy jednak nie spotkałem wtedy fana The Who.

    Zrobił się potem jeszcze lekki huczek wokół The Who, gdy wydali Tommy’ego, że to niby rock-opera, przekroczone granice, itd. Ale to już były czasy, w których konkurencja była dla nich zbyt silna i muzycznie ten Tommy nie miał szans. Późniejsza Quadrophenia to już był w ogóle full paw.

    Ja podzielam pogląd, że dorobek The Who jest raczej ubogi (eufemizm!). Wydaje mi się, że przyczyna tkwiła w tym, że ich najbardziej pociągało efekciarstwo, które uprawiali przy muzyce. Zajmowali się przede wszystkim wywoływaniem estradowych sensacji. Te wyczyny plus podpinanie się pod krzywdy pokoleniowo społeczne pociągały rozmaity element udający buntowników pokoleniowych, że to niby granie takie odkrywcze, postępowe, buntownicze, itd. To ci przebierańcy wytworzyli legendę The Who z prawie niczego.

    Jest w tym pewne (odległe!) podobieństwo do punku w sensie podejścia, że rozróba, czy bunt wystarczy za muzykę. Z tymi jednak różnicami, że u punków (przynajmniej tych pierwszych) bunt był prawdziwszy. Także w tym była różnica, że - pojedynczo ich biorąc - muzycy w The Who to nie byli amatorzy znikąd. W każdym razie, można się było po nich więcej spodziewać.

    To jest jeden z takich przypadków, gdy z potencjalnie wartościowych składników powstało mniej, niż można by oczekiwać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Refleksje o The Who powinny rozpoczynać się od obserwacji, że w The Rolling Stone na liście 500 najlepszych utworów wszechczasów mają wysokie 11 miejsce z ich ‘My Generation’; w całej 500-ce mają cztery notowania.
    Sąsiednie 10 i 12 miejsca mają zaś Ray Charles z ‘What’d I Say’ oraz Sam Cooke z ‘A Change Is Gonna Come’. Już to sąsiedztwo wskazuje, że coś jest krzywo. Z czym to całe The Who do gości tego formatu?

    Uzasadnienie lokaty jest oparte o takie argumenty [to cytaty], że:

    "My Generation" became the Who's ticket to legend […] and a battle cry for young mod rebels — and it established Townshend as a fearless and eloquent songwriter.
    – No to ja się pytam, gdzie jest DALSZA twórczość tego nieustraszonego elokwenta?

    Townshend opened the song with a two-chord assault that beat punk rock to the punch by more than a decade.
    - To znaczy, że już wtedy Pete grać nie umiał? W takim razie, a równą miarę stosując, The Kinks stworzyli heavy metal.

    Dalej, to już wylewa się entuzjazm panienki z dobrego domu z wypiekami na twarzy patrzącej przez ulicę na ruch w bramie z czerwoną latarnią:
    Bassist John Entwistle […] had to buy three new basses to finish the recording, since his Danelectro's strings kept breaking and replacement strings weren't available.
    […] Roger Daltrey's stuttering, howling performance, Townshend and Entwistle's R&B-inspired backing vocals, and the upward key changes created a vivid, mounting anxiety that climaxed with a studio re-creation of the Who's live gear-trashing finales, with Townshend spewing feedback all over Keith Moon's avalanche drumming.

    Four decades later, Townshend and Daltrey are all that remain of the original Who, and they still play "My Generation" at every show — now with the fire and wisdom of age.
    - Nie ma to jak zatrzymać się w rozwoju!



    OdpowiedzUsuń
  7. https://www.youtube.com/watch?v=sE5tBOqgpTk

    Tu mamy ciekawy test, gdy dla towarzystwa Daltrey’owi za My Generation uwzięli się:

    - Russ Ballard (Argent)

    - Greg Lake (EL&P)

    - Gary Brooker (Procol Harum)

    - Nick Newall (The Kinks)

    - Sam Brown
    ( https://www.youtube.com/watch?v=muDZD3wgoHI - tu śpiewa z tyłu)

    - George Bruno Zoot Money
    (tę FIRMĘ muzyczną najlepiej od razu wystukać sobie w wikipedii)

    - Richard Desmond
    (gra tu na bębnach – kumpel Daltrey’a wydawca prasowy, majątek £2.5 miliarda, 46 miejsce w GB)

    Więc jest tak:
    Zgromadzeni wprawdzie nie mieli czasu przetrenować, jak rozwala się gitary a bębnów szkoda było, ale gra fachowców ujawnia prawdziwą MUZYCZNĄ wartość My Generation (przypominam pozycja 11).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @orjan
      To jest hit! A ten Desmond... brak mi słów.

      Usuń
  8. Ale Elvis żyje!

    https://www.youtube.com/watch?v=eZzzLIiQVhI

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?