czwartek, 11 lipca 2019

O życiu w świecie bez granic opowieść ponura


      TVPiS – postanowiłem, że od dziś będę ich tak nazywał i to w jak najbardziej pozytywnym sensie – poinformowała mnie, że w Pruszkowie mieszkał sobie pan z panią i dwiema córeczkami, ale w pewnym momencie doszło do kryzysu, państwo się rozstali, a pani z dziewczynkami wyprowadziła się do Wrocławia, gdzie związała się ze ze znajomym transwestytą... a może z tak zwaną „osobą transseksualną” – tego dokładnie nie wiemy – no i ojciec dziewczynek zwrócił się do sądu o to, by polskie prawo zechciało chronić jego córki przed zepsuciem. Nie wiem, kim są ci państwo, nie mam pojęcia, o co im poszło, że nie mogli już więcej ze sobą wytrzymać, nawet nie próbuję dociekać, kto był głównym winowajcą owego smutnego rozpadu, wiem natomiast, że sąd po pierwsze zdecydował, że jeśli ojciec ma ochotę widywać się ze swoimi dziećmi, niech jeździ z Pruszkowa do Wrocławia, a po drugie że ma się przestać dopieprzać do tego, jak się prowadzi jego była żona i w jakich warunkach są wychowywane jego córki, zwłaszcza gdy „doświadczenie sądu” wskazuje na to, że tam panuje życie wypełnione miłością, różnorodnością i tolerancją, a wszystko to ubogacone wszystkimi kolorami tęczy.
      Wspominam o owym „doświadczeniu sądu” z dwóch powodów. Po pierwsze, w uzasadnieniu wyroku owo stwierdzenie rzeczywiście się pojawiło, a po drugie to jest kategoria prawna, która zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że to przez to w pierwszym rzędzie zdecydowałem się na te refleksje. W czym rzecz? Otóż kiedy słuchałem powyższej informacji, po raz pierwszy z prawdziwym przerażeniem zdałem sobie sprawę z tego, że ów społeczny podział, który przed laty stał się wręcz główną metodą zdobycia, utrzymania władzy, a dziś jej odzyskania przez środowisko Platformy Obywatelskiej, a który dziś coraz bardziej zatruwa nasze życie, będzie się już tylko coraz bardziej radykalizował i zarażał wszystko co wokół niego. A to musi doprowadzić do tego, że tego typu sytuacji, z jaką mamy do czynienia w przypadku tych państwa z Pruszkowa, będzie coraz więcej. Mało tego: ich będzie coraz więcej, ale przy okazji one będą coraz bardziej zradykalizowane i coraz bardziej bezczelnie egzekwowane.
      Znamy wszyscy sędziego Tuleję, a zwłaszcza jego wizerunek, gdzie ten siedzi za swoim stołem, niedbale opierając swój sędziowski łeb na dłoni, pozbawiony tradycyjnego łańcucha z godłem, wypluwający z siebie słowa, w których nawet nie próbuje ukrywać swoich politycznych obsesji. Czemu on tak robi? Czemu nie przyjdzie mu do głowy, że tak nie wypada? Otóż moim zdaniem przyczyna jest jedna: on do tego stopnia dał się ponieść falą politycznego konfliktu, że uznał iż on jako sędzia w Polsce rządzonej przez PiS, reprezentuje nie Polskie Państwo, ale jedynie – i aż – emocje i wartości, które dzieli wspólnie z popieraną przez siebie polityczną opcją. Jakie zatem są to wartości? Tu odpowiedź jest wbrew pozorom bardzo nieokreślona. Problem polega na tym, że wszystko zależy od rozwoju politycznej sytuacji. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, trzeba być gotowym na wszystko. Jeśli Platforma Obywatelska wejdzie w sojusz z Wiosną Biedronia, to będzie tak, jeśli z SLD to będzie nieco inaczej, a jesli z PSL-em, to jeszcze nieco mniej lub bardziej. A więc, jak mówię, trzeba byc gotowym na wszystko, nawet na uznanie, że małe dzieci wychowywane przez parę osób emocjonalnie zaburzonych, powinny się cieszyć, że odnalazły prawdziwy dom.
        Żyjemy w świecie, gdzie praktycznie każdego zdania jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę osób oraz instytucji. I choć oczywiście sądy stanowią tu element robiący wrażenie szczególne, mam na myśli również tak pozornie tu nieistotne miejsca jak szkoła, szpital, czy zwykła drukarnia. Ja oczywiście mam świadomość, że tam doszło do perfidnej bardzo prowokacji, niemniej przypadek owego drukarza który odmówił druku plakatów reklamujących ruch LGBT, jest bardzo znamienny. Mamy tu bowiem do czynienia dokładnie z tym samym szaleństwem, z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku pani sędzi, która uznała, że dwie małe dziewczynki wychowywane przez mamę wariatkę i jej przyjaciela transwestytę, nie dość że nie są zagrożone, to jeszcze trafiły na prawdziwą złotą żyłę.
       Ciężko pisze mi się ten tekst, bo mam świadomość, że jest to temat, który zasługuje na znacznie głębszą rozmowę, a ograniczenia formy to uniemożliwiają. No ale skoro już się za niego wziąłem, spróbuję jakoś dobrnąć do końca. Otóż obawiam się, że siła, dziś w gruncie rzeczy społecznego, podziału z jakim mamy dziś do czynienia jest tak wielka, że przyjdzie w końcu moment, że poza tym podziałem nie będzie się liczyło zupełnie nic. A więc, że w końcu faktycznie dojdzie do tego, że – wiem, że sprowadzam sprawę do absurdu – dojdzie do ciężkiego starcia między dwiema demonstracjami, gdzie jedni wymordują połowę swoich przeciwników, a drudzy połowę swoich, a niezawisłe sądy podejmą decyzje oparte wyłącznie na głębokim przekonaniu poszczególnych sędziów, że wydają wyroki zgodnie ze swoim „doświadczeniem”.
      Ktoś mi powie, że wyważam otwarte drzwi, bo przecież każdy z na wie, że wszędzie na świecie wszelkie decyzje są niezmiennie podejmowane, owszem, w oparciu o przepisy, ale przede wszystkim z uwzględnieniem prywatnej wrażliwości. I ja to też bardzo dobrze wiem, mnie jednak chodzi o sytuacje, gdzie przepisy, wobec potęgi emocji, przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie, i to nie tylko na poziomie wykonania, ale również zewnętrznej oceny.
      Oto niedawno znany tu i ówdzie prowokator Rafał Betlejewski przedstawił na Facebooku zrealizowany przez siebie reportaż o pięcioletniej Zosi, która uznała, że nie jest Zosią, lecz Bartkiem i jej mama w jednej chwili nie dość, że zaczęła ją traktować jak chłopczyka, to jeszcze uznała za stosowne wymusić ten rodzaj traktowania swojego dziecka na innych. Ja oczywiście biorę pod uwagę to, że ów Betlejewski, jak to ma w zwyczaju, całą przygodę zainscenizował, załóżmy jednak że jest tak jak on opowiada: pięcioletnia Zosia postanowiła być Bartkiem, jej mama, jako osoba otwarta i nowoczesna, ową przemianę w pełni zaakceptowała i teraz już tylko czekamy na decyzję sądu, który stwierdzi, czy Zosia nie jest przypadkiem chłopczykiem.  Wydawałoby się, że sprawa jest prosta. Wystarczy zbadać sytuację w domu tej kobiety – ojca tam oczywiście nie ma – ocenić stan rzeczy i mamy jasność. Bo jest oczywiście możliwe – jak słyszę są na świecie tego typu anomalie, że dochodzi do konfliktu miedzy płcią naturalną, a płcią odczuwalną i jest on naprawdę ciężki do pokonania. Może jednak być też tak  – i to jest w naszej historii całkiem prawdopodobne – że mama Zosi – nie pierwsza i nie ostatnia znana nam wariatka – rodząc już jedną dziewczynkę, bardzo pragnęła mieć chłopczyka i kiedy znów pojawiła się dziewczynka, postanowiła stanąć na głowie, by z niej zrobić chłopczyka. Nie mówię, że tak było, ale jedynie że tak mogło być. Wszystko jednak można sprawdzić, i sprawdzić, dla dobra tego dziecka, należałoby.
       Ja jednak obawiam się, że kiedy już w Polsce nie ma podziału na prawicę i lewicę, kiedy tradycyjnie stosowane etykiety przestały mieć jakiekolwiek znaczenie i jedyny konflikt z jakim mamy do czynienia, to konflikt między cywilizacjami, gdzie obie strony żyją w przekonaniu, że z naprzeciwka idzie już tylko śmierć, owa Zosia – czy Bartek – ma przed sobą wyłącznie tę szansę, że za stołem sędziowskim zasiądzie ta a nie inna sędzia.
       Jak już wspomniałem, ciężko mi się pisze ten tekst, bo po zakończeniu każdego akapitu, mam poczucie, że jeszcze muszę coś dodać. No a tak, jak wiemy, pisać się nie da. 
       Słabo to wyszło, ale już nie będę nic zmieniał. Niech tak zostanie, a jako tak zwana punchline niech mi pozostanie wiadomość, która dotarła do mnie kiedy już napisałem ten tekst. Otóż okazuje się, że mama Zosi od pewnego już czasu organizuje różnego rodzaje akcje pomocy w swojej rzekomo trudnej sytuacji finansowej, a ostatni wybryk Betlejewskiego stanowi jedynie część szerszego planu. Co więcej owa Zosia to dziecko z bardzo ciężkim autyzmem, które ona bezwzględnie wykorzystuje do swoich biznesowych celów. Tym bardziej jednak została potwierdzona moja teza, że jeśli tylko będzie taka potrzeba i uda się nazbierać wokół wystarczająco dużo zdeterminowanych pracowników opieki społecznej, psychologów, lekarzy, czy wreszcie sędziów, będzie tak jak ma być i nic na to nie poradzimy. Pozostanie już tylko złość, że oni akurat znów sobie z nami dali radę.


4 komentarze:

  1. Ta sędzia nie zgromadziła w sprawie żadnych dowodów w kierunku, czy dany ciocio/.ujek jest:
    (a) transseksualistą,
    (b) transwestytą, czy nawet
    (c), że te przebieranki , to jest ściema na czas procesu na potrzeby wychujki sądu.

    W końcu proces rozwodowy jeszcze trwa i nie jest jeszcze rozstrzygnięta kwestia końcowa, czy i ew. kto jest tam winny rozkładu tzw. pożycia małżeńskiego.

    To znaczy, sędzia już to najpewniej rozstrzygnęła a kosztem dzieci na razie usunęła przeszkody, że coś jest krzywo z tą żoną i jej upodobaniami (a nie tego ciocio/.ujka.

    Obojętnie, kto jaki ma stosunek do stosunków w obyczajach, które dla niektórych są dobre, a da innych złe, to absolutnie NIE MA takiej opcji, aby dzieciom przeżywającym katastrofę rodzinną nie szkodziłoby DODATKOWO poddanie ich obcowaniu z kimkolwiek spośród określonych pod lit. a - c tu na wstępie.

    Nic a nic tego nie zmieni, że im zakres zmiany rozwodowej jest większy, tym większa powstaje trauma tych dzieci! Winną tej dodatkowej traumy jest ona (sędzia, żona - niepotrzebne skreślić), ale na pewno nie ciocio/.ujek, bo ten po prostu korzysta z krzywdy dzieci. Cokolwiek im zaś dobrego ew. zaoferowałby, to w dobru dzieci nie ma mowy o "bilansowym" równoważeniu dobra i zła.

    Skoro sądziła bez dowodów, to pozostaje ocenić na jakiej podstawie sędzia orzekła, co orzekła. Wskazanie, że według samego doświadczenia życiowego jest niekompletne, bo wymaga odpowiedzi na pytanie, czyje jest to doświadczenie, a jeśli jej własne, to gdzie oraz jak ta sędzia je posiadła?

    Czy np. przebywając w środowisku, lub samej uprawiając którąś z "liter klawiatury+". A jeśli tak, to ona tam z winy losu, czy dla rozrywki?

    W końcu właśnie takim umocowaniem swojego postępowania (los, albo rozrywka) różnią się transseksualiści od transwestytów. A gdzie tkwi umocowanie postępowania tej sędzi w procesie?

    NB.: sędzia Tuleja nie jest dobrym porównaniem, bo umocowanie jego postępowania wynika z wyboru politycznego, słusznego, czy nie, o to tu mniejsza. Natomiast pani sędzia umocowana jest przez przekonania osobiste, jakie nabyła na swojej niewątpliwie długiej i wymagającej drodze życiowej. Inaczej skąd by wiedziała to, co napisała?

    Ja już lepiej skończę, bo chcąc nie chcąc doszedłem do przypuszczenia, że ona orzeka według swoich własnych przekonań.

    Powiem więc jeszcze choć słowo, to ... Ach, cóż za skojarzenia z historii sądownictwa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Transseksualista,transwestyta.Po prostu powierzyli dziecko osobie chorej psychicznie.

      Usuń
  2. @orjan
    Moim zdanie w wypadku tej sędzi też wszystko pochodzi od polityki. Jeśli ona wydaje takie wyroki, to jestem pewien że jest częścią szerokiej antyrządowej opozycji. A argumentu z osobistym doświadczeniem użyła jako alibi. Że słabe ono, to inna sprawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @toyah

      Jeśli tak, to dla niej tylko gorzej, bo nie jest niezawisła. W tym sensie, że orzekałaby wtedy według cudzego zapotrzebowania, albo - wtedy jeszcze gorzej - według swojego przekonania, jakie to cudze zapotrzebowanie jest.

      W takiej sytuacji ulokowanie się przy opozycji, to jest skutek, a nie przyczyna. Bo gdzie indziej i do czego innego mogłaby nawiązywać?

      Tak, czy inaczej poznajemy ją po owocach.


      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.