sobota, 6 lipca 2019

Czy Mark Zuckerberg wie o tym blogu i po co mu ta wiedza?


Dziś zapraszam wszystkich do czytania „Warszawskiej Gazety”, a w niej oczywiście mojego cotygodniowego felietonu. Dla tych, co dysponują wyłącznie kioskami „Ruchu” przedstawiam - nieco zmieniony - tekst najnowszy o biznesie pewnego Zuckerberga.     


      Z Facebooka korzystam od 10 już lat, z jedną dłuższą przerwą. A było tak, że któregoś dnia, uznając, że nie wolno pozostawać w tyle, otworzyłem tam konto i niemal natychmiast...  zostałem pozbawiony środków do życia. Czemu tak? Sprawę zupełnie w innym miejscu zgrabnie bardzo naświetlił sam minister Sikorski, wyjaśniając po żołniersku, że czasy są takie, że jeśli ktoś chce się zaprezentować, nie musi pisać ani CV, ani listu motywacyjnego, ani też iść na tak zwane interview – wystarczy Facebook. W moim przypadku wystarczył.
      Po pewnym czasie, kiedy odbudowałem już zawodową pozycję, a terror pod nazwą „Ciepła Woda w Kranie” nieco osłabł, wróciłem tam i jakoś sobie radzę. Jest jednak tak, że moje dziecko – ostatnie, które tu wciąż z nami mieszka – wciąż mi dokucza, że jako człowiek starej daty, nie potrafię korzystać ze współczesnych narzędzi komunikacji, a mi jedyne co pozostaje, to trzymać fason.
      Proszę więc sobie wyobrazić, że kilka lat temu otrzymałem na wspomnianym Facebooku informację, że niejaki Z. „zaakceptował moje zaproszenie do znajomych”. Ponieważ ja o istnieniu owego Z. nie miałem bladego pojęcia, a już z całą pewnością do głowy by mi nie przyszło, by go zapraszać do znajomych, zdziwiłem się i poprosiłem o radę moje dzieci. One, natychmiast mi wyjaśniły że ja „musiałem” owego Z. zaprosić, bo „nie ma takiej możliwości”, by ktoś otrzymał ode mnie zaproszenie, bez mojego w tym udziału. Facebook bowiem tak nie działa.
      I oto ciekawostka. Otóż mam od niedawna ucznia, który zarówno Facebooka, jak i Twittera, jak i wszystko to co jest nam wciskane w Internecie, uparcie lekceważy. Stało się jednak tak, że jeszcze dawno temu jeden z jego kolegów wyjechał z Polski i na pamiątkę zostawił mu hasło do swojego konta na Facebooku. Nie po to, by ten mógł sobie tam towarzysko używać, ale by ewentualnie od czasu do czasu mógł tam zajrzeć i zobaczyć, co słychać. Uczeń mój z owym kontem – powtórzę, że nie swoim – skromnie jakoś żył i oto właśnie mi opowiedział, jak to parę lat temu na profilu jego kolegi – owszem, mówimy o naszym Z. – pojawiła się informacja, że ten otrzymał zaproszenie do znajomych od Krzysztofa Osiejuka. Zdziwił się niezmiernie, no bo mnie znał tylko stąd, że czytał mój blog, ja o jego, a tym bardziej jego kolegi istnieniu wiedzieć nie mogłem, no ale „zaproszenie” przyjął, a ja oczywiście dostałem wiadomość, że niejaki Z. zaakceptował coś czego nie było i być nie mogło.
      Co z tego dziś wiem? Jedno: Facebook ma na nas oko i to oko z każdym dniem coraz bardziej czujne. Czy mi to przeszkadza? Ani trochę. Gdy chodzi o mnie, niech się idą, przepraszam za słowo, dymać. Natomiast uważam, że nie zaszkodzi wiedzieć, jak daleko oni zaszli. I stąd dzisiejszy tekst.

Moje książki są jak zawsze dostępne w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl oraz – częściowo – też tu u mnie, na miejscu. Zainteresowanych czytelników zapraszam do wysyłania maili na adres k.osiejuk@gmail.com.


       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.