piątek, 12 lipca 2019

O Wołyniu, pamięci i zapominaniu raz jeszcze


Blog, na którym się niemal każdego dnia spotykamy, prowadzę od ponad już dziesięciu lat i powiem uczciwie, że te lata nie zawsze były łatwe. A łatwe nie były głównie z tego powodu, że ja chyba nigdy wcześniej w całym swoim życiu nie zapracowałem sobie aż na tylu wrogów. Oczywiście, był to też czas, kiedy spotkało mnie też wiele radości, niemniej nie mogę zapomnieć też tego, że niemal od pierwszego dnia dla wielu stałem się niemal wrogiem publicznym. I niech nikomu nie wydaje się, że ów podział przebiegał po tradycyjnej linii politycznej. Nic podobnego. Powiem wręcz, że kiedy spoglądam na miniony czas z dzisiejszej perspektywy, widzę, że tak naprawdę najwięcej złych słów zostało w moim kierunku wypowiedzianych ze strony nie klasycznego lewactwa, ale  tak zwanych „naszych”. Jak mówię, od niemal pierwszego dnia, jak się tu zacząłem dzielić swoimi refleksjami.
       Otóż był początek roku 2008, a więc roku pierwszego, a ja napisałem tekst na temat rzezi wołyńskiej i całego tego ciężaru, jaki musi polskie państwo nosić na swoich barkach do dziś, jeśli chce zachować tego wszystkiego sens, i wydaje mi się, że to wtedy właśnie wszystko się zaczęło. Dziś, jak wiemy, męczymy się, jak zawsze, z ową nieśmiertelną kwestią Wołynia, a ja chciałbym przypomnieć swój tekst z tamtych lat. Bardzo jestem ciekawy, jak to będzie tym razem.

      Myślałem, że po tych kilku dniach zupełnie jałowego roztrząsania, z jednej strony ogromu ukraińskich zbrodni popełnionych wobec Polaków ma Wołyniu, a z drugiej rzekomego tchórzostwa, koniunkturalizmu, czy może tylko głupoty Prezydenta, kiedy wszystkie już chyba słowa, po wszystkich stronach tej debaty, zostały powiedziane, przyjdzie czas na milczenie.
      Nic podobnego. Dzisiejsza „Rzeczpospolita” na pierwszej stronie informuje o tym, że kombatanci Wołynia są rozgoryczeni postawą Lecha Kaczyńskiego, na drugiej publikuje komentarz Rafała Ziemkiewicza, też w tonie ciężkiego rozgoryczenia, a wewnątrz numeru, zamieszcza wkładkę z chirurgicznie wręcz precyzyjną analizą ukraińskiego mordu.
     Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że swoje już miałem okazję powiedzieć i prawdopodobnie nic nowego nie wymyślę, ale z drugiej strony jest faktem, że wszyscy już swoje zdążyli powiedzieć, włącznie ze wspomnianym Ziemkiewiczem, który wcześniej już swoje poglądy wyraził w tej samej „Rzeczpospolitej” w tekście na dodatek bez porównania bardziej obszernym niż dziś, a mimo to wszyscy gadają, jak nakręceni. Więc ja pozwolę sobie raz jeszcze, tym razem – obiecuję – może krócej.
      Wśród osób zajmujących się sprawą barbarzyńskiego mordu, pojawiają się dwa rodzaje emocji. Jeden to ten, gdzie obsesyjnie wręcz powraca się do opisywania męki polskich ofiar okrucieństwa UPA, z jednoczesnym wymuszaniem na Ukrainie uczciwego nazwania tej części swojej historii po imieniu, a następnie potępienia wszystkiego, co za nią stoi. Z drugiej strony z kolei, mamy ludzi, którzy nadal, z – dla mnie nie do końca zrozumiałym – upodobaniem wbijają do naszych serc te straszne obrazy, a jednocześnie zapewniają, że przyjaźń z Ukrainą nie powinna być ani podważana, ani zagrożona, bo przecież UPA, to nie wszyscy Ukraińcy.
      Uważam, że w jednym i w drugim sposobie myślenia, obecny jest pewien bardzo ciężki błąd, a boję się, że oprócz błędu, pewna bardzo nieprzyjemna intencja. O jakim błędzie myślę? Otóż, w moim najszczerszym mniemaniu – co zresztą bardziej lub mniej otwarcie, przyznają wszyscy uczestnicy debaty – nie ma sensownej możliwości, żeby Ukraina kiedykolwiek zgodziła się zakwestionować tę swoją straszliwą historię. Może, jak powtórnie kiedyś wpadnie w łapy Rosji, to dla jakich swoich nieistotnych w tej chwili ciemnych interesów, Rosja każe Ukraińcom oficjalnie potępić zbrodnie UPA i oni oczywiście to a chęcią zrobią. Póki Ukraina jest wolna, nie ma takiego sposobu.
      Ten błąd jest ściśle powiązany z kolejnym. Otóż rzeczy polega na tym, że jeśli Ukraina nie zmierzy się uczciwie ze swoją – choćby i jednorazową – podłością, to właśnie przez fakt, że nawet jeśli UPA to nie cała Ukraina, to jest to wystarczająco duża i wpływowa część Ukrainy, żeby sprawa została uznana za zamkniętą. Zapominanie o tym, to, jak mówię, błąd, natomiast to, co nazywam brzydką intencją, to właśnie to detaliczne rozgrzebywanie tej męki sprzed 65 lat. Bo o co chodzi? Czyżby zamiar był taki, żeby ludziom przedstawić prawdę? Przepraszam bardzo, ale ci, których prawda, w tym ta prawda, w ogóle interesuje, mieli okazję tę prawdę poznać wielokrotnie. Ja osobiście pamiętam, że już jako małe dziecko – a nie byłem wychowywany w środowisku super patriotycznym – wiedziałem, że Ukrainiec, to ktoś, kto uzbrojony jest najczęściej w widły. Sami komuniści zresztą, przez wiele lat, być może ze względu na pamięć o Świerczewskim, o tym Ukraińcu z widłami nie dawali zapomnieć.
      Sam Rafał Ziemkiewicz pisze w swoim oryginalnym artykule:
"Tym, co wyróżnia rzezie na Wołyniu spośród wszystkich znanych historii zbrodni etnicznych, jest niewiarygodne bestialstwo zbrodniarzy. Ani stalinowskie NKWD, ani hitlerowskie Einsatzgtruppen nie popisywały się osobistym okrucieństwem. Rezuni OUN-UPA oraz innych nacjonalistycznych formacji wydawali się natomiast znajdować w nim szczególne upodobanie".
      No i sprawa jest zupełnie jasna. Nikt, nigdy, w takim stopniu nie zaprzeczył temu, czym jest w potocznym rozumieniu człowiek, jak nasi bracia Ukraińcy. Skoro jednak wszyscy o tym wiemy, to po co wyciągać te fotografie i prosić specjalistów od spraw wołyńskich o kolejne relacje, z zastrzeżeniem, że dobrze by było, gdyby może relacje te były jak najbardziej plastyczne? To nazywam nieładną intencją.
      Ale oczywiście wciąż możemy pytać dlaczego? Dlaczego? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego? Częściowo na to pytanie odpowiada pewien bloger:
„Otóż UPA dokonała tych zbrodni z tak straszliwym bestialstwem (wyłupywanie oczu, palenie, krojenie piłami, obdzieranie ze skóry itd.) jak najbardziej celowo. Nie z powodu wrodzonego bestialstwa i zdziczenia ale jak najbardziej celowo i racjonalnie. Ponieważ UPA była bardzo zdyscyplinowana i zorganizowana, ale nie dość silna żeby wymordować wszystkich Polaków na Kresach, to uznała że jeśli będzie dokonywać tych mordów z tak straszliwym okrucieństwem to wywoła przerażenie wśród wszystkich Polaków i nawet ci których nie będzie można wymordować sami uciekną za Bug. To bestialstwo było częścią dobrze zaplanowanej zbrodni”.
      Dlaczego mówię, że jest to wyjaśnienie tylko częściowe? Bo ono odpowiada tylko na moje pytanie od strony technicznej. A ja bym chciał wiedzieć, dlaczego akurat Ukraińcy. Dlaczego nie Serbowie, dlaczego nie Chorwaci, dlaczego nie Wietnamczycy. Dlaczego nasi bracia Ukraińcy? Czyżby tamci byli mniej zdyscyplinowani? Bądźmy poważni. Ja jednak nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to bardzo prymitywne i głupie: bo tak.
      Ale jeżeli ‘bo tak’, to tym bardziej nie ma już co dłużej na ten temat z Ukrainą rozmawiać. Nie ma też co dłużej o tym z nimi rozmawiać, nawet jeśli ktoś znajdzie na to pytanie odpowiedź bardziej intelektualnie umocowaną. Na przykład, że Ukraińcy mają to coś we krwi, albo, że szatan sobie Ukraińców bardzo upodobał. Bo oni, choćby się świat walił, winy na siebie nie wezmą. A jeżeli nie wezmą, to możemy, owszem, nadal publikować zdjęcia rozprutych brzuszków i wyłupionych oczu i połamanych rączek i mówić, że to na część pamięci.
       Jeżeli nie wezmą, możemy też powiedzieć Ukraińcom, idźcie od nas w cholerę, bo jesteście zbyt straszni, żeby wasze imię zakłócało nasz sen.
      I jeśli nie wezmą, prezydent Kaczyński zdecydowanie powinien odwołać z Ukrainy naszego ambasadora, ich ambasadorów poszczuć psami, a na granicy poustawiać zasieki.
       A nie wezmą. Bo pani premier Tymoszenko – owszem – bez najmniejszego wysiłku może spuścić swoje śliczne oczy nad śmiercią Bronisława Geremka i powiedzieć, że jest jej bardzo przykro, ale na tym jej możliwości współczucia się kończą. I w tej zupełnie nowej sytuacji, prawdopodobnie większość tych, dla których sprawa Wołynia jest jedynym miernikiem ludzkiego patriotyzmu z jednej strony, a skuteczności polskiej polityki międzynarodowej z drugiej, będzie usatysfakcjonowana. A pan red. Rafał Ziemkiewicz nie będzie musiał pisać tak ciężkich głupstw, jak to, które mu się przydarzyło w dzisiejszej „Rzepie”, gdzie w jednym zdaniu, z tylko sobie znanych powodów, popadając w kłamstwo zupełnie niezwykłe, pisze, niemal explicite, że w imię pojednania z Ukrainą Polska jest gotowa „zapomnieć” i przyjąć „ukraińską wersję” historii.
       Piszę, że Ziemkiewicz kłamie. Ale może być też tak, że nie kłamie. Może on faktycznie wierzy, że dopóki prezydent Kaczyński nie posadzi prezydenta Ukrainy, panią premier Ukrainy, oraz przewodniczącego ukraińskiego parlamentu przed sobą, nie pokaże im dodatku do dzisiejszej „Rzepy” wraz z odpowiednią kolekcją zdjęć i nie każe im trzem złożyć pod każdym z nich swoich podpisów, to tym samym zarówno zapomina, jak i uznaje.
        Ale wówczas nie potrafię uwierzyć, że to ten sam Ziemkiewicz, który w jednym ze swoich gorszych okresów, uznał za stosowne napisać i wydać książkę pod zajebistym wręcz tytułem „Polactwo”.







4 komentarze:

  1. Naprawdę trudno uwierzyć ,że taki szał mordu był tylko podyktowany celowym i racjonalnym działaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dariusz
      Dlatego się zastanawiam: czemu akurat Ukraińcy?

      Usuń
    2. Czemu Toyahu tak nie lubisz RAZ-a. ?

      Usuń
    3. @Unknown
      Bo jest głupi, niesympatyczny i zakłamany, a na domiar złego zrobił karierę na haśle "polactwo".

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.