środa, 23 listopada 2016

Dezynwoltura drobiu, czyli intelektualiści nadzieją wolnego świata

Powiem szczerze, że ani o Donaldzie Trumpie, ani o jego niezwykłe spektakularnym zwycięstwie w amerykańskich wyborach pisać nie miałem zamiaru i, o ile pamiętam, jedyne dwa razy, kiedy o sprawie wspomniałem, to zaledwie przy okazji wydarzeń, które z mojego punktu widzenia były ważniejsze, no a przede wszystkim ciekawsze. Pierwszy z nich to klip, jaki na rzecz kampanii Hillary nakręcił aktor Robert De Niro i w którym zarzucił Trumpowi, że jest świnią i szmatą. Drugi, to wtedy, gdy opowiedziałem historię słowa „presumptuous”, którego Hillary Clinton użyła przeciwko Trumpowi. Tu może przypomnę, w czym rzecz. Otóż, jak powszechnie wiadomo, w pewnym momencie swojej kampanii Trump wymyślił ów niezwykły bon mot „crooked Hillary”, który można by przetłumaczyć na język polski, jako „Hillary krętacz”. Owo przezwisko natychmiast podbiło wyobraźnię milionów Amerykanów i w pewnym sensie stworzyło podstawę do ostatecznej porażki Clinton. Zanim jednak do niej doszło, ta z kolei postanowiła odpłacić się Trumpowi pięknym za nadobne i spróbowała puścić w obieg frazę „presumptuous Trump”, co oznacza „bezczelnego Trumpa”, i pewnie odniosłaby jakiś sukces, gdyby nie fakt, że o ile słowo „crooked” jest w społeczeństwie amerykańskim znane nawet z piosenek, to już owo nieszczęsne „presumtuous” mniej więcej tak samo, jak jego polskie tłumaczenie, czyli w ogóle. To jest trochę tak, jakby u nas KOD wyszedł na ulice z transparentami: "Precz z dezynwolturą drobiu". Efektem tego zagrania było więc jedynie powszechne wzruszenie ramion.
Spodobała mi się bardzo ta historia, bo pokazuje ona idealnie oderwanie elit od realnego świata, ich kompletną alienację, całkowite niezrozumienie tego, czym i w jaki sposób żyją zwykli ludzie, czego pragną i czym można poruszyć ich serca. Usłyszałem ową anegdotę i w jednej chwili zrozumiałem, skąd to się bierze, że oni wszyscy – i tu myślę już nie tylko o Amerykanach, ale i o Francuzach, Brytyjczykach, Niemcach i oczywiście o nas, Polakach – raz na jakiś czas okazują się być aż tak dramatycznie nieprzygotowani na tę straszną wiadomość, że po raz nie wiadomo który, zostali wystrychnięci na dudka. A i wtedy nawet, zamiast palnąć się w ten tępy łeb i spróbować odzyskać przytomność, zaczynają rwać włosy z głowy i albo ogłaszają, że będą emigrować do Kanady, Rosji, czy Szwecji, bo „tu już życia nie ma”, albo apelują do tak zwanego „wolnego świata”, by im pomógł odmienić swój straszny los, albo od rana do wieczora łażą po ulicach i drą mordy.
Dziś znów wracam do sprawy zwycięstwa Trumpa, a jednocześnie do tego zidiocenia, jakie od 9 listopada mamy okazję obserwować, bo oto zwrócono mi uwagę na klip, jaki na rzecz kampanii Clinton nakręciła grupa słynnych amerykańskich aktorów, w którym – i to nie jest żart – zaapelowali oni do Amerykanów by głosowali przeciwko Trumpowi, a jako główny argument podali to, że są oni „słynnymi aktorami”, których słowo należy traktować szczególnie serio. W dodatku, maniera, z jaką oni przekazali ów apel, była tak kuriozalna, że u widzów mógł budzić wyłącznie poirytowanie. Proszę zresztą spojrzeć:



Nie ma się więc co dziwić, że niemal w jednej chwili zwolennicy Trumpa postanowili skorzystać z okazji i nakręcili bardzo zabawną parodię tego dziwnego występu, w której ów nieszczęsny Hollywood okrutnie wyszydzili,a jednocześnie niezwykle dźwięczne wzywając do głosowania na Trumpa, tym samym tę część kampanii Clinton gruntownie unieważniając. Popatrzmy:



A ja nie potrafię przestać myśleć o jednym i tym samym, a mianowicie o tym, że oni są tacy sami, tak samo głupi, aroganccy i nieprzystosowani wszędzie na świecie. Tam i tu u nas. Na szczęście też jednak, faktycznie nie ma większej różnicy między tymi z nas, którzy to oszustwo rozpoznają, niezależnie od tego skąd ono przychodzi, czy z Francji, czy z Ameryki, Rosji, czy Niemiec. I to jest wiadomość bardzo dobra, bo dająca nadzieję, że ten świat póki co nie upadnie.

Już jutro w Warszawie w Arkadach Kubickiego rozpoczynają się doroczne Targi Książki Historycznej. Nasze stoisko oznaczone jest numerem 11, Coryllus dyżuruje od początku do końca, ja natomiast będę na miejscu w sobotę i w niedzielę. Zapraszam.



3 komentarze:

  1. Świat nie upadnie a ja znam nowe słowo "deprolable" :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście "deplorable" - czeski błąd ;)

    OdpowiedzUsuń