sobota, 2 kwietnia 2011

Sława bohaterom pracy socjalistycznej!

Właśnie dotarła do mnie informacja, że w zeszłym roku, w trzech kolejnych ratach, Prezydium Sejmu przyznało sobie nagrody pieniężne za, jak to się wyraził marszałek Schetyna, „ciężką pracę po smoleńskiej katastrofie”. O nagrodach, jak się właśnie dowiaduję, kilka dni temu poinformował Super Express, a po Super Expressie, wieść tę powtórzyła Gazeta Wyborcza i inne media. Zaglądam do Sieci i czytam, że pieniądze zostały podzielone w następujący sposób: ówczesny marszałek Komorowski otrzymał 22 tys. złotych, obecny marszałek Schetyna, oraz wicemarszałkowie Wenderlich i Kuchciński po 36 tys. złotych, natomiast wicemarszałkowie Niesiołowski i Kierzkowska po 50 tys.
W artykule, który wyświetla się na moich oczach, nie jest wyjaśnione, skąd się wziął akurat taki podział. Mogę się jednak domyślać, że ponieważ Niesiołowski i Kierzkowska byli tymi jedynymi wicemarszałkami, którzy nie zginęli w Smoleńsku i swoje funkcje pełnili nieprzerwanie przez 12 miesięcy, należała im się cała suma. W wyniku śmierci prezydenta Kaczyńskiego, Komorowski wymienił się funkcjami ze Schetyną, a ponieważ przez znaczną część roku był i marszałkiem i prezydentem, i musiał otrzymywać jakieś dodatki z innej puli, więc stąd dla niego tylko 22 tys. Schetyna z kolei był marszałkiem Sejmu tylko przez pół roku, ale za to aż marszałkiem, więc dostał tyle samo co Wenderlich i Kuchciński, którzy wicemarszałkami byli nieco chyba od niego dłużej, ale za to tylko wicemarszałkami. Innego wyjaśnienia znaleźć nie potrafię, ale to mnie jak najbardziej satysfakcjonuje.
Jest jednak coś jeszcze, co może mieć znaczenie dla takiego, a nie innego podziału premii. Otóż, jak słyszę, na ten temat wypowiedział się również Stefan Niesiołowski i opowiedział, jak to przez to, że w Smoleńsku zginęli Szmajdziński i Putra, on z Kierzkowską i Komorowskim musieli przez bardzo długie tygodnie harować też za tych dwóch. A więc, to prawda, że Komorowski od lipca już był prezydentem, natomiast tego co on musiał przeżywać w dniach, gdy nie dość że szykował się do prezydenckiej kampanii, następnie w tej kampanii brał udział, w międzyczasie oczywiście musiał marszałkować w Sejmie, no i jakoś tam starał się odciążyć Kierzkowską i Niesiołowskiego, możemy się jedynie domyślać. A wszystko przez to, że nagle dwóch wicemarszałków – owszem, nie do końca z własnej winy, ale jednak – nie stawiło się do pracy. I prawdą jest też to, że Niesiołowski i Kierzkowska, ponieważ wreszcie podesłano im Kuchcińskiego i Wenderlicha, już po paru miesiącach mogli trochę wyprostować kości. Jednak co się namęczyli w trójkę, to tego im odebrać nie sposób.
Żona moja, której właśnie o tych premiach powiedziałem, wyraziła opinię, że jej akurat sposób w jaki tę całą operację przeprowadzono, nie do końca się podoba. Bo jak gdyby za mało została tu uwzględniona destrukcyjna rola wicemarszałków Putry i Szmajdzińskiego, a przy okazji zdecydowanie niepotrzebnie nagrodzono posłów Kuchcińskiego i Wenderlicha. Zwłaszcza Kuchcińskiego, który wicemarszałkiem Sejmu był zaledwie od sierpnia, a więc przyszedł na gotowe wtedy, gdy było już spokojnie i fajnie. Głównie jednak oburza ją to, że polskie państwo nie obciążyło w jakiś sposób za to zamieszanie rodzin zmarłych w Smoleńsku wicemarszałków Putry i Szmajdzińskiego. Ona uważa, że koalicja powinna była przegłosować jakąś ustawę – albo nakazującą obu rodzinom złożenie się na nagrody dla Kuchcińskiego i Wenderlicha, albo ci dwaj akurat nie powinni dostać nic, a to co by się na tej operacji zaoszczędziło, równo rozdzielić między Komorowskiego, Niesiołowskiego i Kierzkowską. Jak idzie natomiast o Schetynę można mu zostawić to co dostał, nawet nie tylko ze względu na to, że od lipca jest tym marszałkiem, ale choćby biorąc pod uwagę fakt, jak on się musi użerać z Donaldem Tuskiem i gangiem ministra Grabarczyka.
A ja sobie myślę, że jest jak zawsze. Stefan Niesiołowski ze swoim gangiem ofiarują Polsce i Europie swój codzienny trud, ja się na ten temat na bieżąco mądrzę, a pani Toyahowa – również na bieżąco – zbija punkty. No i jest jeszcze coś w miarę stałego. Media informują. Sprawa premii wprawdzie przez grube miesiące leżała sobie cichutko pod dywanem, ale w końcu stało się coś, że Super Express zauważył te pieniądze i podniósł rwetes. Ciekawe w tym wszystkim jest jednak to, że ja nawet tego rwetesu nie spostrzegłem. Ani nie zwróciłem uwagi na to, że napisał o tym Super Express, ani nie doszły do mnie odgłosy ze strony Gazety Wyborczej, ani nie znalazłem tej informacji na wp.pl, który to portal staram się w miarę regularnie sprawdzać, ani też moje dzieci nie przyniosły mi tego newsa z Onetu, ani nie dowiedziałem się o owej jakże szczególnej wypowiedzi Stefana Niesiołowskiego. Nic. Zero. Wokół mnie panowała przez ten czas kompletna cisza.
A przecież nie było tak, że nikt o tym nie wspomniał. Z pewnością jednak też nie stało się tak, że ja przez kilka ostatnich dni jakoś mniej uważnie śledziłem to wszystko, co się w Polsce dzieje. News zatem z całą pewnością poszedł, tyle że jakoś zniknął pod ciężarem innych, społecznie prawdopodobnie znacznie ważniejszych zdarzeń i wypowiedzi. Tak właśnie musiało się podziać. Instytucje i ludzie odpowiedzialni za informowanie społeczeństwa nas temat tego, co się dzieje, z całą pewnością poinformowali i o tych premiach, tyle że jakimś niezwykłym cudem zrobili to tak, byśmy – ani ja, ani tym bardziej większość z nas – się o nich, broń Boże, nie dowiedzieli. A jeśli ja dziś o tym wszystkim piszę, to wyłącznie dlatego, że nasz kolega Kazef usłyszał o tych premiach od Antoniego Macierewicza, i dał znać nam, tu na tym blogu.
O czym to może świadczyć? Tylko o jednym. Oto istnieją już bardzo wyraźnie dwa osobne obiegi informacji. Obieg oficjalny i podziemny. Jak za starej komuny. Dokładnie, jak za starej komuny. I jedyną różnicę, jaką możemy tu dostrzec, stanowi to, że to wszystko organizowane jest dziś znacznie bardziej perfidnie i profesjonalnie. O ile bowiem kiedyś informacje zakazane były dostępne jedynie w podziemnej prasie i w zagranicznych radiostacjach – a tym samym nosiły z dumą miano zakazanych – dziś są one dostępne jak najbardziej i oficjalnie. Tyle że przez cały system ich reglamentacji, współczesny obywatel, nie mając do niech dostępu, żyje w przekonaniu, że i tak wszystko co ma wiedzieć – wie. Natomiast nawet jeśli czegoś nie wie, to wiedzieć ani nie musi, ani nie potrzebuje. I to działa idealnie, nawet jeśli ceną za to musi być to, że społeczeństwo nie dowie się, jaką to premię przyznał sobie w zeszłym roku poseł Kuchciński (PiS).
Niby nic nowego, ale jakoś zawsze, za każdym razem, i znów od nowa, to kłamstwo robi wrażenie wciąż tak bardzo świeżego. Jak syberyjski wiatr.

14 komentarzy:

  1. @Toyah

    Zanim jeszcze usłyszałem o tym od Macierewicza najpierw przeczytałem na niezależna.pl. Tam był to główny temat. Niezalezną.pl mam ustawioną jako stronę startową.

    Oczywiście, że mamy już obieg oficjalny i podziemny, jak za komuny. Ten drugi niekoniecznie oznacza brak informacji o jakimś wydarzeniu w mediach. Gdzieś czytałem, że w dzisiejszych czasach jesteśmy na tyle bombardowani informacjami, że w jeden tydzień dostajemy taka ilość newsów, co sto lat temu dostawał każdy w 10 lat.

    Informacja podziemna to taka, która przemknie przez media jak spadająca gwiazda. Wiadomości oficjalne, propagandowe błyszczą na firmamencie przez dni, tygodnie, miesiące, potem lata - niczym najjaśniejsze gwiazdy. Często pojawienie się takiej nowiny ma wyglądać niczym wybuch superrnowej.
    Dla zilustrowania powyższych słów przytoczę dwie informacje z gatunku „spadających gwiazd”. Obie mogły świecić niczym Syriusz, obie powinny wzbudzić zainteresowanie społeczne. Ale spadły na ziemię natychmiast po tym, jak się pojawiły.

    1) O ekshumacji szczątków powstańców listopadowych:
    http://tiny.pl/hdlk8

    2) Protest strażników miejskich w Warszawie:
    http://tiny.pl/hdlk6

    I jeszcze a’propos Twoich poprzednich notek. Coś w tym jest, że Mazurek wyciąga w swoich sobotnich wywiadach w Rzepie kolejne osoby niedwuznacznie walczące przez lata z kaczyzmem. Nie wiem, może on je zaprasza na pokład, bo każda para rąk jest w tej chwili potrzebna? Tym razem zaprosił do rozmowy Artura Andrusa, znajomka Marii Czubaszek. Oboje prezentują swój zawoalowany, palikotowo-urbanowy humor w Polskim Radiu pr. III. Andrus oczywiście brylował też w „Szkle kontaktowym”.

    Byłem kiedyś u fryzjera, siedziałem czekając na swoją kolej. W radiu leciała „Trójka”. Wytapirowana starsza pani, od której czuć było komuną na kilometr, usłyszała nagle w radiu jowialny głos Andrusa.
    – Niech to pani da głośniej – zawołała w podnieceniu do fryzjerki – Jak ja tego andruska uwielbiam! Jak on tym prawicowym, tym kaczorom potrafi dołożyć!

    Maria Czubaszek niejednokrotnie deklarowała się na swoim blogu jako miłośniczka palikota. Co mnie nigdy nie dziwiło. Wyżyny jej intelektu i głębię poczucia humoru najlepiej zobrazować fragmentem wywiadu (z 2008 r.), w szczególności odpowiedzią, jakiej udzieliła na pytanie dotyczące granicy podejmowanej w kabarecie tematyki:

    „A są jakieś tematy, których państwo nie poruszacie?

    Czubaszek: Jest jeden temat, który mnie korci, ale nie poruszam. Moim idolem, pomijając panów, jest Woody Allen. On ma mnóstwo żartów na temat boga.”

    Dalej Czubaszkowa przypomina pewien dowcip, który opowiedziała na antenie Polskiego Radia:

    „Do mnie co jakiś czas dzwoni jakaś taka oszalała pani z Polskiego Radia w Nowym Jorku. Zawsze pyta, jaki dowcip krąży po Warszawie. Akurat wtedy krążył taki nienajlepszy, ale nic mi nie przychodziło więcej do głowy i nie ma się też co wysilać, bo za to nie płacą, więc co mi do głowy przychodzi, to mówię. ‘Dlaczego Jarosław Kaczyński jest kawalerem? Bo najładniejszą dziewczynę poderwał mu Lech’”.

    Ładny dowcip, prawda?

    „ [Ta pani] Zadzwoniła do mnie za tydzień i przed wejściem na antenę powiedziała ‘pani Mario, mieliśmy tyle telefonów od oburzonych słuchaczy, że jak można z żony prezydenta się śmiać?’. Ich to oburzyło” – kończy wielce zadziwiona Czubaszek.

    Czubaszkowa manipuluje (standard), Dobrze wie, że słuchaczy nie oburzyło bynajmniej to, że poważyła się zażartować z żony prezydenta. Oburzyła ich forma, chamstwo dowcipu i bezczelnośc osoby, która opowiedziała go na antenie. Żałośnie brzmią tłumaczenia celebrytki Czubaszkowej, że została zaskoczona telefonem i akurat taki dowcip przyszedł jej do głowy. Po pierwsze: tylko takie dowcipy ją ekscytują, tylko takie pamięta. Po drugie: wiedząc, że ta pani dzwoni "co jakis czas" miała pewnie ten dowcip wcześniej przygotowany.

    OdpowiedzUsuń
  2. @kazef
    Masz sto procent racji. W tym właśnie leży cała perfidia tego przedsięwzięcia. W owym zalewie informacji. Jeśli ich jest tak dużo, to właściwie można z nimi robić już wszystko. Straszne!
    Co do Andrusa, ja mam do niego stosunek znacznie łagodniejszy, niż Ty. Ale to może dlatego, że ja - w odróżnieniu od Ciebie - Szkło Kontaktowe czasem oglądam i znam ludzi, którzy są jego wiernymi odbiorcami. Od Andrusa tam wszyscy - dosłownie wszyscy - są znacznie gorsi. A żelazna widownia Szkła go nie cierpi.
    A tej pani u fryzjera Andrus musiał się pomylić z kimś innym. On, nawet jeśli Kaczyńskiego nienawidzi, starannie to ukrywa. Przynajmniej przede mną.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah
    To prawda, "Szkła..." nie oglądam (jak całej TVN24), Andrusa tylko czasem słyszę w Trójce. Jego styl dowcipu jest dla mnie jednoznaczny.
    To ten sam gatunek, co u Czubaszkowej.
    Myślę, że nadeszła potrzeba, żeby Arturek wreszcie zaczął mówić otwartym tekstem.

    OdpowiedzUsuń
  4. @kazef
    Wiesz dobrze, że nie może. Bo straci pracę.

    OdpowiedzUsuń
  5. W kwestii formalnej kilkanaście tysięcy euro premii przyznawanej kwartalnie za "ciężką pracę" urzędniczą to chyba nic szczególnego, kiedy inni w UE, czy nawet w RP zagarniają o wiele większe kwoty?....
    Ponadto wypada zauważyć, że nie sami sobie przyznają owe premie, tylko jak wyjaśniono. Vice-marszałkowie przyznają marszałkowi, a marszałek wice.
    Natomiast wg. mnie zastanawiające i bardziej intrygujące jest to, że osoby nie zajmujące urzędnicze i lukratywne posady, ani nie posiadające nadmiaru pieniędzy, czy majętności, lecz bytujące właściwie. Wcale nie rzadko egzystujące bardzo skromnie, czy nawet w ascezie. Stają się błogosławionymi, czy świętymi lub niekwestionowanymi autorytetami i wzorem, przykładem, dla wielu ludzi prawych. A ich postawa i wielkość, także ponadczasowe myśli i dokonania. Przejawiają się w tym, że podobnie jak śp. Papież JPII stanowią najlepszą cząstkę dziedzictwa pokoleń. Ponadto w odróżnieniu, od tych zamożnych i stanowiących struktury władzy w państwie, a nawet w świecie nigdy nie przestają oddziaływać pozytywnie na innych.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Zibik
    Czemu Ty tak dziwnie piszesz?

    OdpowiedzUsuń
  7. @Toyah

    Za ten śliczny tekst przyznaję Tobie i Pani Toyahowej adekwatną premię.
    Ty sam powinieneś określić przyzwoitą wysokość tej premii dla Pani Toyahowej, a Pani Toyahowa dla Ciebie. Żeby nikt nam nie zarzucił, że coś jest nie w porządku.
    Oczywiście marszałkowie dostali premię za rok 2010, więc i Sz. Państwo będą musieli poczekać. Ale - co się odwlecze to nie uciecze.

    Z podziwem i szacunkiem


    @Kazef

    Jak Ty to robisz, że możesz przesłać tak długi tekst? Ja muszę taki rozczłonkować na dwa, trzy kawałki.
    Jedynym wytłumaczeniem jest tylko myśl, że Toyah tak nie cierpi moich wpisów, że ustawił mi filtr, który przepuszcza tylko trzy zdania.

    OdpowiedzUsuń
  8. @jazgdyni
    Dziękuję Ci za dobre słowo. Co do premii, to ponieważ my się rozliczamy wspólnie, rok jest długi, a numer konta tuż obok, to jest krótka piłka.
    Jeśli natomiast idzie o te zdania, to sam wiesz (przy okazji przepraszam kobiety i młodzież szkolną, ale my marynarze inaczej nie potrafimy), że Ty mnie potrafisz wkurwić nawet jednym zdaniem. Więc co mi po jakichś blokadach?

    OdpowiedzUsuń
  9. @Toyah

    To moje marynarskie wkurwianie, to dla otoczenia bardzo brzydka i denerwująca cecha. Moi już mnie znają i jakoś sobie z tym radzą.

    Tak to jest, że czasami, cholera, nie mogę się powstrzymać, żeby kogoś nie wkurwić.

    Czy myślisz, że to ciężki grzech?
    Poza tym jestem spoko. Normalny, stary pryk.

    ps. a do konta to jednocześnie muszę mieć dostęp do internetu i komórki.

    OdpowiedzUsuń
  10. Toyahu to, że piszę "dziwnie" przyjmuję, nie jako komplement, lecz subiektywną ocenę tzn. zupełnie inaczej, niż Ty i wielu interlokutorów, czy komentatorów.
    Jednak byłbym bardziej usatysfakcjonowany, gdybyś starał się mnie lepiej zrozumieć i raczej odnosił, do nawet "dziwnie", w tym przypadku sarkastycznie prezentowanych, czy sygnalizowanych kwestii.
    Nidy nie byłem urzędnikiem, ani partyjniakiem, czy działaczem i być może, dlatego piszę dziwnie. Ponadto zupełnie inaczej rozumiem to, czym jest praca ciężka, użyteczna i odpowiedzialna, a tym bardziej należne i adekwatne wynagrodzenie za rzetelnie, sumiennie wykonaną pracę.
    A zwykle piszę tak, jak postrzegam rzeczywistość, chcę i potrafię ją ukazać innym.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Zibik
    Chodziło mi. O tę interpunkcję. A dokładnie. Kropki w środku zdań strasznie źle. Się coś takiego. Czyta.

    OdpowiedzUsuń
  12. Przepraszam i dziękuję za krytyczną i słuszną uwagę. Jednocześnie wyjaśniam, że staram się przezwyciężać skłonność, do formułowania zdań zbyt złożonych - jak widać niezbyt fortunnie, czy udolnie.
    Ale jestem zadowolony, że nie jest aż tak źle, jak myślałem. Postaram się w następnych wpisach sprostać nie tylko wymaganiom interpunkcyjnym i zapewnić wszystkim pożądany komfort czytania.

    OdpowiedzUsuń
  13. @toyah
    ciekawy temat - jak zwykle - poruszyłeś. Dwa obiegi informacji jeden - jawny dla pospólstwa, drugi tajny dla wybranych.
    Mnie to przypomina PRL.
    O ile dobrze kojarzę to w latach siedemdziesiątych zaczął ukazywać się codzienny specjalny biuletyn PAP zawierający wszystkie ważne informacje - również takie, które ze względu na cenzurę nie ukazywały się w normalnym obiegu.
    Biuletyn ten był przeznaczony dla wysokich funkcjonariuszy PZPR.
    No oczywiście potem doszedł trzeci (oficjalnie drugi) obieg - wydawnictwa opozycji...

    Czyli w Polsce bez zmian - ostatecznie mamy PRL-bis.

    OdpowiedzUsuń
  14. @toyah
    ludzie u koryta zawsze o siebie dbali - tak zawsze było i pewnie będzie.
    Nie zauważyłem tylko czy przyznano premie vice-marszałkom Szmajdzińskiemu i Putrze?

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.