środa, 13 kwietnia 2011

Don Paddington: odtruwanie podwójne

Jak już wspomniałem przy którejś z okazji, moje dzieci minioną niedzielę spędziły w Warszawie, kręcąc się po kluczowych dla naszej sprawy miejscach i szerząc nienawiść. Jest mi z tego powodu oczywiście bardzo przykro, szczególnie w sytuacji, gdy mam świadomość, że ta nienawiść ogarnęła ich już po raz drugi w ciągu roku. Pierwszy raz, niemal dokładnie rok temu, kiedy to przez całe nocne godziny stały przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu, by dostarczać paliwa Ewie Stankiewicz i Janowi Pospieszalskiemu, a dziś, by złośliwie pokazać światu, że, jeśli mu się wydaje, że gorzej już być nie może, to oto właśnie jest gorzej. I że to i tak wciąż nie jest jeszcze wersja ostateczna.
Myślę, że tę demonstrację gniewu – demonstrację jak najbardziej aktywną i w stanie systematycznego rozwoju – świat dostrzegł, i, jak się zdaje, zadrżał. Świadczyć o tym mogłoby chociaż to, że nagle – pomyśleć tylko, że trzeba było na to czekać zaledwie kilka miesięcy – owa nienawiść sprzed roku stała się niczym więcej jak wzruszającym gestem żalu i łagodnej pamięci. Oglądam dziś telewizję, wsłuchuję się w refleksje ludzi, którzy jeszcze wiosną zeszłego roku cenzurowali telewizyjne zapowiedzi filmu Stankiewicz i Pospieszalskiego, a ich samych skazywali na wieczną towarzyską i zawodową pogardę, a dziś, z tym samym, prostym i nieruchomym spojrzeniem, mówią mi jak to wtedy było godnie i pięknie, i myślę, że oto nadchodzi czas, byśmy tamten film obejrzeli w telewizji TVN24, w cyklu Ewa Ewart poleca, z entuzjastycznym komentarzem Autorki.
Bo oto moje dzieci pojechały do Warszawy obchodzić rocznicę tamtej tragedii i pokazały komu trzeba, że jeśli ktoś liczył na to, że to już koniec, to się grubo pomylił. Bo ten koniec coraz bardziej się oddala, a każdy kolejny dzień tej gonitwy dowodzi jedynie tego, że ten gniew i ta nienawiść, nawet dziś nie są niczym szczególnie interesującym, jeśli na nie spojrzeć z tej strasznej perspektywy, która wciąż jest przed nami.
Co się zmieniło od tamtej wiosny? Oczywiście, jak można sądzić choćby po histerycznej reakcji Systemu, nie tak mało. Ale myślę, że o pewnym interesującym elemencie tej zmiany – a więc o tym, że część nas gwałtownie spoważniała – może świadczyć też to, co się przydarzyło mojej najmłodszej córce w minioną niedzielę podczas Mszy Św. Ponieważ do archikatedry, ze względu na zbyt liczne tłumy, wejść nie było sposobu, udała się ona ze swoim bratem i siostrą do Kościoła Św. Anny. I dziś mi opowiada, że dotychczas – mimo naprawdę wielu podobnych okazji – nie zdarzyło się jej uczestniczył w czymś tak najgorszym. Że ksiądz wygłaszający kazanie, tymi swoimi „siarami”, „pikusiami”, „kolesiami” i całym wachlarzem wszelkich możliwych figur, mających przekonać zebraną młodzież, że Kościół jest „fajny”, „gostek” o imieniu Jezus jeszcze „fajniejszy”, a on sam już zupełnie „najfajniejszy”, sprawił, że ona nie wytrzymała i wyszła. Zwyczajnie wyszła z kościoła przed końcem mszy. Wyszła nie dlatego, że ona nie wie, co to „siara” i nie rozumie, dlaczego na dźwięk tego słowa zebrana młodzież uważa za stosowne wznosić ręce ku niebu. Ona wie to bardzo dobrze. I wiedząc to, wie na przykład też to, że skoro tam się dzieją takie rzeczy, to może się okazać, że akurat Kościół Św. Anny ma swój własny sposób na końcowe błogosławieństwo. Kto wie, czy nie w postaci uniesionego w górę kciuka i zawołania „Siema, ziomy!”. Ale wie też coś jeszcze – że między tym księdzem, tą rozmodloną młodzieżą, i choćby owym szczególnym planem sprzed miesięcy, by krzyż sprzed Pałacu przenieść właśnie tam, do tego przybytku równie szczególnej jak tamten plan religijności, do Kościoła Św. Anny, pod czuła opiekę ziomów naszego Kościoła, biegnie linia prosta.
Myślę o tym wydarzeniu sprzed paru dni i tak bardzo bym chciał sprawić, by moja córka mogła jak najszybciej na swojej drodze spotkać księdza, który ma więcej wiary, ale i rozumu od niej samej i jej kolegów. Może jej się uda, a może trzeba będzie jeszcze jakiś czas cierpliwie poczekać. Pewnie dlatego wpadło mi dziś do głowy, żeby odwołać się do naszego Don Paddingtona i któregoś z jego wcześniejszych komentarzy. Jakiegokolwiek. Jako odtrutki. Lub lepiej może - przeciwjadu. Na wszelki wypadek w dawce od razu podwójnej.

DAWKA NR 1:
Pewien mój kolega remontował zabytkowy kościół. Renowacja zabytku nie jest co prawda tak trudna i dołująca jak tłumaczenie dowcipów, ale jak wiem z własnego doświadczenia, też może doprowadzić do męczącej chryi. Konserwator Zabytków pyta bowiem: „Dlaczego robicie tak tanio i dlaczego tak mało?” Kuria biskupia zanim zapytasz już odpowiada: „Niestety, wsparcie finansowe jest w tej chwili niemożliwe”. Parafianie natomiast, ciepło obgadując proboszcza mówią za jego plecami: „Za drogo to wszystko i w ogóle niepotrzebnie”.
Wspomniany na wstępie kolega, tocząc boje z Konserwatorem, Kurią i Parafianami, remont kościoła doprowadził do szczęśliwego końca. I w związku z owym końcem opowiedział mi następującą – tęczy dotyczącą – historię:
W rzeczonym kościele (kościół niewielki, ale rzeczywiście bardzo zabytkowy) łuk tęczowy (to takie miejsce między prezbiterium a nawą główną) ozdobiony był gzymsem. Gzyms ów był w pewnym miejscu w widoczny i rażący sposób krzywy, stąd też mój kolega chciał przy okazji remontu, jak to wdzięcznie określił: „krzywiznę jego mać wyprostować”. Wojewódzki Konserwator, przed którym kolega nieopatrznie ze swym zamiarem się zdradził, do onego pomysłu zgłosił stanowcze veto argumentując, że owa krzywizna jest świadectwem, w jaki sposób nasi XV-wieczni przodkowie budowali i jak radzili sobie z oporem materii.
Zgodnie więc z zaleceniem Pana Konserwatora, gzyms pozostał takim jakim był, czyli w widoczny i rażący sposób krzywym.
Gdy renowacja się zakończyła, wszyscy odnowionym kościołem byli uradowani. Wszyscy za wyjątkiem Pana Miecia, dobiegającego osiemdziesiątki emerytowanego murarza, który będąc fachowcem i krytycznie przyglądając się robocie, przyszedł w końcu do proboszcza z pretensjami. Pretensje dotyczyły oczywiście tęczowego gzymsu, jego krzywizny i straconej okazji by to brzydactwo poprawić. Mój kolega tłumaczył Panu Mieciowi, że Konserwator, i że świadectwo budowania, i że XV-wieczni przodkowie z oporem materii.
Pan Mieciu na te tłumaczenia jeszcze bardziej się zdenerwował i wykrzyczał co następuje (cytuję w wersji przekazanej przez kolegę): „Księże Proboszczu! Jaki kurwa XV wiek? To ja, razem ze szwagrem, 40 lat temu, po robocie, ten gzymsik wymurowałem. Ale ja wtedy ostro brałem, no i szwagier też. Narąbani byliśmy tak, że o mało co, a z rusztowania byśmy spadli. No i po pijaku ten gzymsik nam taki wyszedł. A ś.p. ks. Kanonik, co nas najął do tej roboty, niedowidział i tej fuszery nie zauważył. Ludzie powiedzieli mu o tym, gdy już rusztowanie było zdemontowane. Opierdolił mnie jak św. Michał diabła i powiedział, że będę patrzył na ten gzyms do końca życia i do końca życia będę się wstydził. No i wyprorokował…”
Tak naprawdę nie wiem, czy ta historia – o nieporozumieniu, niewiedzy, ludzkiej małości, konsekwencjach swoich czynów i wstydzie - do czegokolwiek w notce i pod notką Szanownego Gospodarza pasuje. Mam także wątpliwości, czy jest dowcipna. Ale wątek tęczowy jest zachowany. Bo tęcza – łącząca niebo z ziemią – jest tutaj najważniejsza…

DAWKA NR 2:
W minioną niedzielę, dzieci z mojej parafii przystąpiły do 1 Komunii Świętej. No a teraz trwa tzw. Biały Tydzień. Dzieci codziennie, w białych strojach, przychodzą do kościoła, uczestniczą we Mszy Świętej i pobożnie jednoczą się z Panem Jezusem.
Piszę o tym, ponieważ wczoraj, gdy przed Eucharystią siedziałem – bezrobotny – w konfesjonale i przypatrywałem się dzieciom, zajmującym miejsca w kościelnych ławach, zdałem sobie nagle sprawę, że te dzieci (skądinąd dobre i pobożne), są takie jakieś inne, w porównaniu z dziećmi sprzed np. 20 lat. Różnica polega na tym, że gdy 20 lat temu, w czasie Białego Tygodnia siedziałem w konfesjonale, to nie byłem bezrobotny. Właściwie codziennie przychodziło wtedy choć kilkoro dzieci (z tych pierwszokomunijnych), by wyznać swoje grzechy. Byłem wtedy młodym księdzem i trochę się na to zżymałem, bo przecież tak naprawdę, żadne z tych dzieci nie miało z czego się spowiadać. Każde było w łasce uświęcającej. Ale chciały skorzystać z Sakramentu Pokuty, bo się obawiały, że jakieś wypowiedziane w ciągu dnia słowo, jakiś uczynek, czy zrodzona w głowie myśl, o których sądziły, że były bardzo złe spowodują, że jeśli się nie wyspowiadają, to przystąpią do Komunii Świętej świętokradzko. Te dzieci, zupełnie niepotrzebnie ustawiające się w kolejce do konfesjonału na 10 minut przed Mszą Świętą, były w oczywisty sposób irytujące („Nadepłam mrówkę. Więcej grzechów nie pamiętam.”), ale też w jeszcze bardziej oczywisty sposób piękne.
To, że mówię o irytacji wcale nie oznacza, że księża z tym zjawiskiem walczyli. Wcale nie. W zjawisku tym istotne bowiem były nie tyle skrupuły sumienia, co raczej wielka cześć dla Najświętszego Sakramentu i równie wielka dbałość, by przyjąć Go jak najgodniej.
Księża więc cierpliwie owe dzieci spowiadali, mając świadomość, że ta nadzwyczajna wrażliwość moralna po jakimś czasie minie i jeśli dziecko regularnie przystępować będzie do Spowiedzi Świętej (najlepiej raz w miesiącu), to nie będzie miało kłopotu z właściwą oceną swego postępowania. A cześć wobec tego co święte pozostanie. A mówiąc o owej czci, nie mam na myśli tylko i wyłącznie szacunku wobec tego, co święte w wymiarze religijnym. Bo przecież – zwłaszcza dla wierzących – cześć dla Boga, jest fundamentem miłości do Ojczyzny i szacunku wobec bliźniego.
Nie wiem, kiedy zniknęło owo zjawisko nadmiernie skrupulatnego sumienia u dzieci pierwszokomunijnych. A że zniknęło, zdałem sobie sprawę dopiero wczoraj, gdy przypatrywałem się moim dzieciom. I złapałem się na tym, że od wielu już lat idąc w Białym Tygodniu do konfesjonału, jestem właściwie pewny, że żadne pierwszokomunijne dziecko do Spowiedzi nie podejdzie. I zatęskniłem za tą swoją niegdysiejszą irytacją i za wrażliwymi, dziecięcymi sumieniami.
Czy każde z tych dzieci, które kiedyś odczuwały tak wielki lęk przed sprofanowaniem tego co święte, wyrosło na dobrego człowieka? Oczywiście, że nie. Niektórzy z nich zapewne pogubili się w życiu. Ale nawet jeśli zostali pijaczkami, albo wulgarnymi kibolami owo doświadczenie pierwszokomunijnej wrażliwości mogło na nich wpłynąć w ten sposób, że jeśli się tego ktoś od nich domaga, to potrafią zachować się przyzwoicie (przyzwoicie wobec Boga, przyzwoicie wobec Ojczyzny, przyzwoicie wobec bliźniego). Piszę „mogło”, bo oczywiście nie daję żadnej gwarancji, że owo doświadczenie miało wpływ na cokolwiek. Wiem jednak, że już od bardzo, bardzo wielu lat, owo doświadczenie jest dzieciom obce i jeśli dzisiaj jest jeszcze coś, co choć hipotetycznie „mogłoby” skłonić niektórych ludzi do przyzwoitych zachowań, to na pewno nie jest tym czymś wrażliwe sumienie.

41 komentarzy:

  1. Prosty murarz chociaż wie, co to odpowiedzialność, a co wstyd.

    A dzisiejsi mularze?

    Tylko mulą.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Don Paddington
    wzruszajaca, choć nieco smutna historia o komunijnych dzieciach.. dziekuję. Sama byłam kiedyś (ho,ho,ho, kiedyś) taką białokomunijną dziewczynką w długiej sukience i pamietam jak ważnym przezyciem była pierwsza spowiedź, i te wszystkie nastepne, i jak lekko wracało się z kościoła do domu..

    OdpowiedzUsuń
  3. @toyah
    byłem w sobotę i niedzielę, aby wykonać dokumentację fotograficzną, wśród tej garstki jątrzących i ziejących nienawiścią oszołomów. Całe szczęście że tak mało tych słabych ludzi dało się sprowokować. Odpowiedzialne tłumy skorzystały ze sprzyjającej pogody i zajęło się normalnymi zajęciami jak sprzątanie działek i oglądaniem telewizji.

    OdpowiedzUsuń
  4. @toyah
    o której godzinie Twoje dzieci były na mszy ?

    OdpowiedzUsuń
  5. @orjan
    Owszem. Mulą. Ale to publicznie. Natomiast, kiedy nikt nie patrzy, to robią masę innych ciekawych rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  6. @raven59
    No, na 19. Do katedry wejść się nie dało, więc poszli tam., do tego wesołego miasteczka.

    OdpowiedzUsuń
  7. @toyah
    w tym kościele jest ksiądz Pawlukiewicz, który sprawuje msze dla młodzieży akademickiej w każdą niedzielę ale 15:00. Kościół pełny po brzegi - ludzie na chodniku przed kosciołem słuchają...

    Jego warto słuchać http://www.kazaniaksiedzapiotra.pl/
    Jego kazanie i nauki mozna też odnaleźć w internecie, polecam zwłaszcza te o narzeczeństwie.

    Pozostali nie umywają się. Chcieli by mu dorównać więc idą w slang.

    OdpowiedzUsuń
  8. Oddajcie nam czarne skrzynki - oddamy wam Tuska.




    Pozdr.
    -------------------
    GW nie kupuję.
    TVN nie oglądam.
    TOK FM nie słucham.
    Na Rysiów, Zbysiów i Mira nie głosuję.

    OdpowiedzUsuń
  9. @raven59
    Ja słyszałem o tym Pawlukiewiczu. Podobno na niego są zapisy na trzy lata do przodu.
    Inna sprawa, że jeśli on jest taką gwiazdą, to mógłby swoim kolegom poświęcić parę sesji.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Przemo1
    Ja im go oddam za darmo. Nawet mogę im do niego dołożyć flaszkę czystej i pęto kiełbasy z czosnkiem.

    OdpowiedzUsuń
  11. Flaszkę czystej?! Perły przed wieprze, autorze. Ze wspomnień wojennych dziadków jasno wynika że wystarczy najpodlejszy samogon. I brudna mąka, jaką bojcy wyżerali z podłogi młyna.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Rain
    Wiem,. Ale ja jestem tu bardzo hojny.

    OdpowiedzUsuń
  13. A o Radwańskich, że znów podpadły słyszałeś Toyahu?

    OdpowiedzUsuń
  14. To:
    http://lukas.nowyekran.pl/post/10337,siostry-radwanskie-pokazaly-salonowi-gdzie-go-gleboko-maja

    OdpowiedzUsuń
  15. Pamiętam te teksty. Dobrze, żeś przypomniał. Jeszcze jeden bym dorzucił na tę okazję, gdzie Don Paddington opowiada historię jak jeden chyba młody ksiądz spieszy się by udzielić Najświętszy Sakrament, a pobożny starszy kościelny przypomniał, ze świece nie są zapalone... a tamten, że o to nie chodzi, a ten że jak najbardziej o to, niestety ten ks. tego chyba nie zrozumiał.

    U Św. Anny naprawdę takie brewerie wyprawiają? Kurcze to ich źle oceniłem, przypisałem ich do współczesnych Księży Patriotów, a to zagubieni duchowni, nie wiem co gorsze.... teraz ich zachowanie coraz bardziej jest zrozumiałe, kard. Nyczowi to chyba odpowiada?

    OdpowiedzUsuń
  16. @Toyah
    Ks. P.Pawlukiewicz i inne osoby duchowne wg. mnie nie muszą, a nawet nie powinni "poświęcać" czegokolwiek "swoim kolegom", bo inni znawcy przecież ich, w tym nazbyt często i gorliwie wyręczają.
    Dlatego bardzo dobrze, że osoby duchowne, także świeckie m.in. wyjaśniają i ukazują młodszym i mniej doświadczonym - zwykle intencjonalnie, cynicznie i perfidnie ukrywaną prawdę tj. rzeczywiste swoje intencje, tzn. czym najczęściej powodują się ci bezpodstawnie i obsesyjnie uprzedzeni?..... Jednocześnie zdumiewająco krytyczni i co najważniejsze szczególnie przejęci, zatroskani nie o siebie, czy innych, lecz wyłącznie o wspólnotę, także pasterzy, osoby duchowne Kościoła katolickiego.
    Szczęść Boże!

    OdpowiedzUsuń
  17. @Zibik
    A ja jednak uważam, że nie byłoby źle, gdyby ksiądz Pawlukiewicz zwrócił swoim kolegom uwagę na to, że szkodzą. Zwłaszcza że, jak słyszę, oni są bardzo w niego zapatrzeni.

    OdpowiedzUsuń
  18. @JSW
    Czy odpowiada? Nie wiem. Z całą pewnością jednak nie przeszkadza. Jemu najwyraźniej przeszkadzają inne rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  19. Jeszcze dla odmiany dam pocieszające świadectwo jakich ja byłem świadkiem ostatniej niedzieli na Mszy Św. Obok intencji zamówionych oczywiście ks. dodał intencję ofiar katastrofy, i to chyba było normą w całej Polsce. Ale posłużył się takimi słowa mniej więcej w wprowadzeniu jak „ katastrofa, której nie wiemy czy ktoś nie dopomógł”. Po Ewangelii usłyszeliśmy piękne długie kazanie, bezpośrednio nawiązująca do czytania, przechodząc dalej płynie do drugiej części gdzie odnosił się do rocznicowych wydarzeń. Na wstępnie powiedział, ze nie przeczyta całego listu pasterskiego ale zacytował obszerny fragment, następnie sam mówił b. ładnie o śp. śp. Lechy i Marii Kaczyńskich. O ich małżeństwie, pobożności, patriotyzmie itp. W tym miejscu muszę dodać, ze ten ojciec wcześniej miał posługę w Warszawie gdzie miał styczność z Lechem Kaczyńskim przez relację duchowny-wierny. Dalej modliliśmy się prosząc Boga min. „by ci którzy przyczynili się do katastrofy świadomie/nieświadomie się przyznali, byśmy poznali prawdę”. Jestem przekonani, ze obok bp. Pieronka, kard Nycza i kard. Dziwisza i tych od św Anny jest o wiele więcej takich ks. podobnych do tego, którego tu opisuję.

    OdpowiedzUsuń
  20. @JSW
    A moja córka była wczoraj na spotkaniu rekolekcyjnym, i ksiądz-rekolekcjonista powiedział, że on prosi wszystkich, żeby nie wierzyli tym, którzy próbują im dziś wmówić, że Krzyż jest niepotrzebny. I dalej, w tym kierunku. Obok niego siedział nasz Arcybiskup, i podobno w pewnym momencie zrobił gest, jakby chciał wstać i zainterweniować.
    Podobno wyglądało to bardzo zabawnie.

    OdpowiedzUsuń
  21. A skąd u Ciebie, aż taka pewność, przeświadczenie, że ks.P.Pawlukiewicz podobnie, jak inni duchowni nie poucza, napomina, ani nie wychowuje swoich braci (bliźnich), czy podopiecznych?....
    Nie uważasz, że być może czyni to zupełnie inaczej, niż Ty lub ja to sobie wyobrażamy, a wielu z nich mimo wszystko lekceważy, ignoruje nie tylko jego wysiłki i starania, w tym względzie.
    Przecież we wspólnocie Kościoła katolickiego nigdy nie brakowało i nadal nie brakuje wzorców, do naśladowania, ani mądrych, roztropnych pouczeń, wskazań, kazań, zaleceń, zachęt, inspiracji etc.
    Św. Franciszek z Asyżu: „I gdy Pan zlecił mi troskę o braci, nikt mi nie wskazywał, co mam czynić, lecz sam Najwyższy objawił mi, że powinienem żyć według Ewangelii świętej” ( T 14).
    Szczęść Boże!

    OdpowiedzUsuń
  22. @Zibik
    Nie mam pojęcia, ani czy on ich napomina w ich opętaniu, czy może ich w nim wspiera. Odnosiłem się wyłącznie do Twojej uwagi, że on ich napominać nie musi. A wręcz nie powinien. Uważam że powinien. A jeśli go nie słuchają, to pies z nimi tańcował. Swoją drogą, opowiedz coś o tym Pawlukiewiczu. Jak on sobie radzi z byciem kościelnym celebrytą? To musi być strasznie wyczerpujące.

    OdpowiedzUsuń
  23. @Toyah
    Muszę Cię rozczarować, bo nie mam zwyczaju "opowiadać coś" o kimś, a tym bardziej na forum, jeśli kogoś nie znam osobiście lub mój interlokutor nie potrafi nawet ukryć swojej animozji wobec osoby trzeciej.
    Cytuję:"....jeśli on jest taką gwiazdą, to mógłby swoim kolegom poświęcić parę sesji." dalej "Jak on sobie radzi z byciem kościelnym celebrytą? To musi być strasznie wyczerpujące."
    Nie wiem, czy jesteś w pełni świadomy, że czytając uważnie choćby w/w Twoje wpisy nt. ks.P.Pawlukiewicza - można odnieść wrażenie, że powodują Tobą wobec "niego" dziwne uprzedzenia i uczucia.
    Ponadto sądziłem, że dary tj. talenty i uzdolnienia, jakie otrzymujemy, od Stwórcy m.in. edytorskie, czy oratorskie, krasomówcze nie męczą, ani nie nużą wręcz przeciwnie pobudzają, budują i satysfakcjonują obie strony tzn. natchnionych twórców, w tym wybitnych poetów, muzyków, pisarzy, kaznodziei i ich uważnych słuchaczy lub czytelników.
    Nawet jedynie przeglądając w necie osiągnięcia, dorobek i obserwując w sferze publicznej aktywność ks. Piotra, także Twoje osiągnięcia edytorskie trudno nie zgodzić się, że wasz trud i wysiłek musi być nie tyko bardzo "wyczerpujący."
    A "straszne", naganne i przykre może być lub jest to, że bezpodstawnie uprzedzamy się, do innych i nie potrafimy opanować np: uczucia wrogości, zawiści, czy zwykłej zazdrości.

    OdpowiedzUsuń
  24. @Toyah
    Czy aby tamten konserwator zabytków nie był kobietą i nie awansował na konserwatorkę zabytków w Warszawie? Tę, która orzekła, że nie wolno nic stawiać przed pałacem prezydenckim? Jakby zresztą nie było, po konserwatorach jeszcze wiele możemy się spodziewać.

    OdpowiedzUsuń
  25. @Toyah
    No i uścisk dłoni dla Twojej córki.

    OdpowiedzUsuń
  26. @Zibik
    Oczywiście że jestem do niego uprzedzony. Jak do każdego celebryty.
    A nie powinienem? On jest, jak się domyślam, "on the winning side".

    OdpowiedzUsuń
  27. @Marylka
    Ostrzegam. Ona jest uczennicą raczej marną.

    OdpowiedzUsuń
  28. @Toyah i Goście!

    Kiedyś już chyba wspominałem, że próbowałem porozmawiać o kiepskiej kondycji Kościoła w Polsce po 1989 z niejednym księdzem podczas kolędy. No way. Tematu nie podejmowali, śpieszyli się do następnych owieczek.

    Wierzę, że jest wielu takich jak Don Paddington.
    Mamy jednak obok księży z kalendarza, księży celebrytów, księży prawomyślnych także księży "ziomów".

    O księdzu prawomyślnym napisała do Coryllusa pewna czytelniczka a on ten list dziś opublikował. Polecam.

    OdpowiedzUsuń
  29. @Toyah
    Widocznie przerosła szkołę. Tak bywa z mądrymi dziećmi.

    OdpowiedzUsuń
  30. @Kozik
    No wiesz! Co za pomysł, żeby księdzu na kolędzie marudzić? Miałeś mu powiedzieć, że mówi piękne kazania. To by może nawet i się z Tobą napił.

    OdpowiedzUsuń
  31. @Marylka
    No tak. Tylko jaka to satysfakcja, jak jej przyjdzie powtarzać klasę?

    OdpowiedzUsuń
  32. @Kozik
    Właśnie czytałam. Don Paddington pewnie poradziłby, żeby się za tego księdza pomodlić, choć bez gwarancji sukcesu.

    OdpowiedzUsuń
  33. @Toyah
    Może jest jakaś szkoła, w której lepiej się poczuje. Czasem to dobry sposób, wiem coś o tym.

    OdpowiedzUsuń
  34. @Marylka
    Przeceniasz ją. Ale dajmy już jej spokój. W końcu, to kochane dziecko.

    OdpowiedzUsuń
  35. Są rozmowy prowadzące do poczucia bezradności, jak np. ze Świadkami Jehowy. Przyjemności żadnej, pożytku intelektualnego zero, a tylko obcowanie z człowiekiem-magnetofonem.
    I ta upierdliwość. Mówisz: OK, dosyć! A jego to tylko nakręca. Nie rozumie, że kultura, to m.in. umiar. Gdy dwie osoby nie chcą na raz, to wcale nie ambaras, lecz po prostu molestowanie.

    Świadkowie próbują rozpowszechniać jakąś treść; przynajmniej takie przekonanie manifestują. Natomiast drażniące i ostatecznie odpychające jest u nich stwarzanie pozorów dyskusji. Proszą o rozmowę, ale zamiast niej włączają „ludzki magnetofon”. To wyraźne nadużycie uprzejmości i wtedy prawo powinno pozwalać postąpić według kulturowo akceptowanego patentu Skrzetuski-Czapliński.

    Teraz, w polityce i okolicach wytworzyła się jakaś wyższa (w stosunku do Świadków) forma rozwojowa. Egzemplarzowe osobniki każdy może rozpoznać w telewizji: martwa, krętko-blada, cyniczna twarz, w rysach wysiłek myślowy. I te dwa warianty wyrazu oczu: pustka, albo „chitrość”.
    W pierwszym wariancie przeważa koncentracja w głąb siebie: „oj, tylko nie odpaść od tekstu ostatniego SMS’a, czy od innej smyczy”. W drugim, przeważa koncentracja na filowaniu, skąd kamerują i kto obok przechodzi, bo może "frukta" niesie, albo zabiera (Dżizas!).

    Spod tych samolubnych masek żadna indywidualna treść nie wychodzi, tylko jakieś skoncentrowane na sobie „mymłony”. Poza tym, tylko ustne odgrywanie tych SMS’ow we własnych interpretacjach aktorskich. To zaś sprawia, że spikerzy platfusów są nudni jak ci Świadkowie. I są tak samo upierdliwi. Ratunek jest jeden: remote control pod ręką z wyraźnie oznaczonym klawiszem mute.

    Ale nawet pod dachówki MWzWM, rozprzestrzeniła się już wiedza, że natura abhorret vacuum (przyroda próżni nie znosi). Brak treści trzeba więc czymś wypełnić. W tej właśnie POtrzebie wynaleziono formę dyskusji formalnej, ograniczonej do POwoływania się na kulturę i/lub na prawo. Taką właśnie formą wypełnia się brak treści, m.in. w wariantach:

    - prymitywnym, inaczej zwanym „wagi Muszej”, poprzez wstawienie pseudo treści, np. p.t. „niezła laska”. Prymitywnym dlatego, bo przedmiot dodany nie może przecież przerastać kryteriów jego doboru.

    - "chamówy", przez np. wskazywanie standardów kultury przy obrzucaniu kogoś Gownem, gdzie stosuje się mniej więcej taki poziom kultury i ogłady, jak zawarty w nienagannej uprzejmości pozdrowienia słowami: „członek Panu w odbytnicę”.

    - „na wdowę” - ostatnio podaż jest większa. Póki jedne, podręczne wdowy zbierają siły po ogłuszeniu tablicą, pod ręką jest np. wdowa poety. Zupełnie, jakby On do niej był pisał, powierzył jej prawo egzegezy, albo troskę z pomocą michnikoidów o swoje dobre imię.
    I nagle okazuje się nieważne, czy „zostali zdradzeni w określonej porze doby” ®. Ważne by „poeta nie pamiętał” ®. Wymaganie takie zgadza się z „tryndem” na wynarodowienie poprzez ,m.in., eliminację tzw. kodów kulturowych i upierdliwe ich POdmienianie na subkulturowe.

    I tak dalej. Natomiast w naprawdę ostatecznej potrzebie zawsze można zastosować tzw. „chwyt Jędrzeja” ®. Polega na kierowaniu odbioru treści w stronę skojarzeń seksualnych i podobnych. Przykłady z szerszego obiegu są znane, więc szkoda je podtrzymywać. Dlatego pozostanę przy przykładzie z tutejszego blogu.

    Oto w miarę mojego odcinania się od coraz bardziej pozbawionej meritum dyskusji, mój dyskutant chyba coś naciągnął na głowę i zaczął manifestować określone skojarzenia. Intensywność sprawiła, że poczułem się nie dyskutowany, lecz molestowany. W trosce o człowieka, oględnie, aby nie powodować dalszych skojarzeń, wskazałem mu kierunek na specjalistę (bez określania jakiego!).

    I co dostałem w odpowiedzi? Otóż mój molestant zarzucił mi nieprzyzwoitość. To już do tego tolerancja doszła? Trzeba się posłusznie schylać nawet przed byle blogowym molestantem?

    -------------
    Cała akcja pod wpisem toyah’a niżej: z niedzieli, 10 kwietnia 2011;
    „O zbójcach bez serca i cnotliwych tchórzach”.

    OdpowiedzUsuń
  36. @Orjan
    Wyrazy współczucia. Ale dlaczego tak długo dawałeś się molestowac? Jakaś pokuta?
    Przecież takiemu komuś nie chodzi o dyskusję, tylko o trollowanie.

    OdpowiedzUsuń
  37. @Toyah
    Chyba zgodzisz się, że zawsze istotny i znaczący jest powód, czy przyczyna(y) powstałego uprzedzenia i określonego usposobienia wobec danej osoby.
    A w tym przypadku Twoje publicznie artykułowane etykiety, a tym bardziej personalne odniesienia i "domysły" wcale nie muszą być prawdziwe i wiarygodne, ani całkiem oczywiste.
    Spodziewam się i mam nadzieję, że jednak wśród uczestników dyskusji znajdzie się osoba, która czyta nasze wpisy i jest lepiej zorientowana, niż Ty i ja - kim naprawdę jest i stara się być ks. P.Pawlukiewicz i po jakiej stał i nadal stoi (trwa, opowiada się) stronie.
    W zaistniałej sytuacji wydaje się konieczna wiedza rzetelna i obiektywna, a nawet wiarygodne świadectwo osoby, która w sposób jednoznaczny i definitywny potwierdzi i usprawiedliwi lub zakwestionuje Twoje uprzedzenia, domysły i podejrzenia, oraz ostatecznie rozstrzygnie nasze bezowocne dotychczasowe dywagacje.

    OdpowiedzUsuń
  38. @toyah, @Zibik
    Ponieważ ja przywołałem tutaj ks. Pawlukiewicza czuję się w obowiązku napisać parę słów.
    Od razu powiem, ze nie byłem na żadnej mszy którą sprawował ani nie byłem na żadnej z Jego pogadanek lub wykładów. Wiedzę na jego temat czerpię z wysłuchania i obejrzenia paru godzin Jego kazań i wykładów jakie wskazał mi mój syn - student.
    Syn mój od pewnego czasu zaczął uczęszczać na msze przez ks. Pawlukiewicza sprawowane. Jest to ze strony mojego syna dosyć duże wyrzeczenie ponieważ msze ksiądz sprawuje w niedziel o 15 i trwają one zazwyczaj ponad godzinę. Kościół Św. Anny wypełniony po brzegi, młodzież aby go wysłuchać stoi nawet przed Kościołem.
    To znaczy, że to co mówi znajduje drogę do ich głów.
    Nie odniosłem wrażenia aby był celebrytą, natomiast poruszając pewne tematy stara się mówić językiem zrozumiałym dla młodzieży ale opartym na Słowie Bożym.
    Jako świadectwo tego jak pełni swoją posługę niech będzie to, że młody - 24 letni mężczyzna na skutek jego nauk postanowił żyć w czystości i rezygnując z życia seksualnego do czasu ożenku.

    Polityka, jeżeli jest obecna w jego nauczaniu, to w takim sensie, że przyszło nam żyć tutaj i teraz i musimy sami umieć dokonywać wyborów, mając na uwadze zasady i normy zapisane w Piśmie Świętym. Jesteśmy tu obecni tylko na chwilę, musimy pamiętać, że celem naszym jest zbawienie i temu celowi należy przyporządkować nasze postępowanie.

    OdpowiedzUsuń
  39. @raven59
    Dziękuję za rozważne słowa i teksty autorskie w NE, także gratuluję z powodu właściwej postawy w sferze publicznej i wzorowej, bądź poprawnej relacji ojca z synem. Pozdrawiam Pana serdecznie i życzę dalszych sukcesów osobistych i edytorskich.

    OdpowiedzUsuń
  40. @Zibik
    dziękuję za dobre słowo, myślę że trochę mnie przeceniasz.

    Mam dwóch synów i drugiego (troszkę młodszego od tego pierwszego) ciężko mi zapędzić (no właśnie - zapędzić) do kościoła a i inne z nim kłopoty miewam - ale to w sumie to wspaniały chłopak, tylko długo dojrzewa.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.