sobota, 8 lipca 2017

Ruscy agenci witają Hamerykanów

      Szczerze powiedziawszy, nigdy szczególnie nie zawracałem sobie głowy wypowiedzianym swego czasu przez prezydenta Kennedy’ego, a dziś historycznym już zdaniem: „Ich bin ein Berliner”. Tym bardziej, ma się rozumieć, nie mam pojęcia, czego dotyczyło całe wystąpienie Kennedy’ego do Niemców i co jeszcze on tam im wtedy powiedział. Nie wiem też oczywiście, jak na owe słowa i na całe wystąpienie zaregowali sami Niemcy, jakie były komentarze niemieckich polityków i mediów. Krótko mówiąc, poza tym jednym zdaniem: „Ich bin ein Berliner”,  oraz nazwiskiem jego autora, nie wiem na ten temat już nic więcej.
     Ktoś być może wprawdzie zainteresuje się, skąd w takim razie dziś ten temat, jednak jestem pewien, że większość czytelników tego bloga już się domyśla. Owszem, zainspirowało mnie tu warszawskie wystąpienie Donalda Trumpa, sposób w jaki na nie zareagowali Polacy, no, a przede wszystkim to, jak zarówno samo przemówienie, jak i powszechny entuzjazm, jaki ono wzbudziło, został potraktowany przez pewną szczególną część komentatorów. Dziś już pewnie wszyscy wystarczająco dobrze znamy owo wystąpienie, by potrafić cytować z niego przeróżne fragmenty i się nimi odpowiednio emocjonować, jednak nie ma, jak sądzę, żadnego sposobu, by zgadnąć, który jego fragment będzie tym jednym, który zapisze się w historii, podobnie jak się zapisało owo „Ich bin ein Berliner”. To jednak, że to przemówienie już dziś jest wydarzeniem historycznym, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości.
     I oto, jak słyszę, kiedy już na temat wystąpienia prezydenta Trumpa ustami Włodzimierza Cimoszewicza wypowiedziała się telewizja TVN24, na Twitterze doszło do wymiany między Markiem Migalskim, a Tomaszem Lisem, gdzie najpierw Migalski wyraził przypuszczenie, że wystąpienie Trumpa nie ma żadnego znaczenia, jako że już za parę dni, nawet jeśli ktoś je zachowa w pamięci, to nikt nie będzie z niego pamiętał jednego fragmentu, na co Lis zażartował, że pozostanie tylko satysfakcja, że „Hamerykanie przywieźli paciorki”.
     No a ja wracam pamięcią do tamtego wystąpienia, jakie przed laty Kennedy skierował do Niemców i znów się zastanawiam, jak na nie wówczas zareagowali sami Niemcy i jak ono zostało potraktowane przez polityków i media. Czy ktokolwiek z Kennedy’ego i ze słuchających go Niemców szydził? Czy ktokolwiek szydził z Niemców, których owo „Ich bin ein berliner” poruszyło, szydził, mówiąc, że oto „Hamerykanie przywieźli paciorki”? Czy wreszcie ktokolwiek pochylał się w zadumie nad niemieckim społeczeństwem, zastanawiając się, co komu po tych kilku pustych i w sposób oczywiście nieszczerych słowach i gestach?  Myślę sobie o tym i bardzo powaznie biorę pod uwagę taką ewentualność, że było dokładnie tak samo, jak dziś jest u nas w Polsce. W końcu musimy pamiętać, jakie to były czasy i jak bardzo zarówno niemiecka polityka, jak i media, musiały być infiltrowane przez sowiecką agenturę. Kto wie, czy nie bardziej nawet, niż Polska dziś. A zatem jest bardzo możliwe, że i wtedy w Niemczech pojawiały się opinię, że cała ta gadka o byciu Berlińczykiem to zaledwie paciorki przywiezione Niemcom przez „Hamerykanów”.
     Ale jest jeszcze coś, na co wpadłem – jak mówię, dotychczas ani Kennedy, ani tamta wizyta, nie interesowały mnie w najmniejszym stopniu – nieomal przed chwilą. Otóż, jak czytam, przygotowując swoje berlińskie wystąpienie, Kennedy brał pod uwagę, ostatecznie niewykorzystane, następujące zdanie: „Lasst sie nach Berlin kommen”, co tłumaczymy jako: „Niech przyjadą do Berlina”. Otóż, jak wiemy, przemawiając na Placu Krasińskich, Donald Trump w pewnym momencie powiedział tak: „If anyone forgets the critical importance of these things, let them come to one country that never has, let them come to Poland... and let them come here to Warsaw and learn the story of the Warsaw Uprising” (Jesli komuś przyjdzie zapomnieć, jak to wszystko jest ważne, niech przyjedzie kraju, który nigdy nie zapomniał, niech przyjedzie do Polski… niech przyjedzie tu do Warszawy i usłyszy opowieść o Warszawskim Powstaniu).
      A więc może wreszcie, po tych wszystkich latach, wróci do nas tamto zdanie, tyle że w nowym zupełnie kształcie: „Przyjedźcie do Polski, przyjedźcie do Warszawy”.  A może to będzie coś zupełnie innego? W końcu, jak wiemy, tam naprawdę jest z czego wybierać. Coś jednak z pewnością pozostanie. I to jest całkowicie pewne. Niemal tak samo pewne jak to, że za te 30, czy 40, czy 50 lat, nikomu ani do głowy nie przyjdzie myśleć, że tam gdzieś się przy tym wszystkim kręcili jacyś ruscy agenci, którzy coś tam rozprawiali na temat „paciorków” i „Hamerykanów”.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki.


21 komentarzy:

  1. Ruscy agenci, padalscy, pedalscy i podalscy aktywiści jeszcze nie zrozumieli, że warszawski szczyt z kulminacją na placu Krasińskich jest przypieczętowaniem, iż przełom już nastąpił a jego treść określił prezydent Trump.

    Na placu Krasińskich prezydent Trump zakończył też szczyt w Hamburgu. Ostrzegł inne cywilizacje (w tym biurokratyczną), napomniał Rosję, wygłosił memorandum do Europy Zachodniej a Europie Trójmorskiej pobłogosławił - wszystko, aby tylko z Bogiem.

    Jak wytrawny menedżer marketingu prezydent Trump z góry zapewnił sobie (i nam!) kontrastujące tło w Hamburgu. Sprawy istotne załatwił tam na boku z Putinem, co temu wyraźnie w pięty poszło, a przez samo to Unia z jej kanclerzową Merkel poszła na szczyt, ale drzewa.

    To jest naprawdę wybitny polityk.

    Mieliśmy zatem kapitalną uwerturę w Warszawie, hamburskie intermezzo (w nim jeszcze trwają wstawki baletowe), a czekamy na basso continuo w Paryżu za jakiś tydzień.

    Jest dobrze!




    OdpowiedzUsuń
  2. @orjan
    Na mnie największe wrażenie zrobiło odkrycie tego "Lasst sie nach Berlin kommen".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trafnie. Tak długo, jak będę żył, powtarzać będę słuchaczom, zainteresowanym polityką, że Toyah był pierwszy.
      Pierwszy, który powiedział, podczas gdy inni jeszcze wciąż analizują, co takiego było ważne w Warszawie, co nam istotnego powiedział Prezydent USA — przy polskim pomniku Powstania Warszawskiego.

      Podobało mi się też to - obok "przyjedźcie do Warszawy" - że Trump wyciągnął rękę do Żydów i im powiedział o Alejach Jerozolimskich. O tam stojącej barykadzie, której Warszawa broniła. O drodze życia, łączącej oderwane dzielnice, przebiegającej przez barykadę w Alejach. Żydzi dostali więc ich Jeruszalaim, kilkakrotnie. Który z nich wierzący, ten będzie tym w najwyższym stopniu poruszony, że "Jeruzalem" pojawiło się w przemówieniu dla nich, jakby pisane było dla nich i nas, pogodzić ten tekst chciał.

      Są jednak też "inne żydy". Te niewykształcone, rozwrzeszczane jak tłuszcza wyjąca "dawać nam tu zaraz naszego ukochanego Barabasza, wzór nasz, uwielbianego przez nas mordercę, Trump, dawaj go!". Są tacy i jest ich nie tak mało.

      Pomyślmy więc o nich, chwilę.

      Żydy wiecznie rewolucyjne, soce, wywrotowcy, brimbrumowcy i ich tajniaki, niewierząca zakała własnej rasy, drąca twarze, żądająca alimentacji. Gdy zbiorą się w kilku, to już wyrykują "rewolucyjne hasła" przy dowolnej okazji albo i bez okazji, byle wrzeszczeć. Tych przemówienie Trumpa przyprawić musiało o ćwierć zapaści i pół niestrawności: jak to, prezydent USA nie bije im, rewolucyjnym żydom, pokłonów...? A niech zaraza weźmie tego facke, meszuggyne Trump.

      To jest słyszane w Białym Domu, a ja sądzę, że ryki żydowskich rewolucerów są tam zupełnie wyraźnie odbierane i na niezmazywalnych nośnikach zapisywane. Tak na wszelki, wszelaki wypadek: zapisywane.

      Usuń
  3. @toyah

    Jest takie przypuszczenie, że prezydent Kennedy miał, lecz pominął wygłosić te słowa, bo wcześniej porozmawiał z nim kanclerz Adenauer, a ten (także katolik!) wyznawał, że "ilekroć jedzie nocnym pociągiem z Kolonii do Berlina, to po przekroczeniu Łaby już nie jest w stanie spać".

    Zatem Kennedy też odpuścił, bo to w ogóle "wpływowy" człowiek był, co również podsumował Adenauer: "Kennedy nawarzył zupę, którą musiał zjeść Johnson".

    Od razu widać, że prezydent Trump przeanalizował ten przypadek, zrozumiał i poprawił na skierowanie do Warszawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było dobre przemówienie. Ujął mnie Toyah, rozpoznając sedno. Wziąłem przemówienie D.T. w całości, bez wyjmowania z niego zdań. A tu, nieoczekiwanie, spotkała mnie poprawka holistycznego podejścia. Ważne jest umieć streścić. Dla siebie to jest istotne, a tym bardziej dla "rozmawiających się", byśmy się szybko zrozumieli. Trump przez Krzysztofa został tu podsumowany najtrafniej.

      Usuń
  4. Tak działa i mówi człowiek nie uwikłany dotychczas w jakiekolwiek polityczne koterie (chyba). Słyszałam opinie od polskich Amerykanek (głosowały oczywiście na Hilarię), że będzie beznadziejnym prezydentem, bo jest z biznesu i na polityce nie zna się. A tu widać, że taka przeszłość plus doskonali doradcy daje mieszankę nie do pokonania. Daje też dla nas nadzieję, że kurs będzie utrzymany...

    OdpowiedzUsuń
  5. Szanowny autor zapomniał, że Współczesny czytelnik różni się w sposób istotny od czytelnika sprzed 30 i więcej lat. Czytamy tytuły, lecimy po łebkach, ostatecznie jakieś zajawki artykułów, a w najlepszym razie opracowania, bądź recenzje obszerniejszych opracowań. To nie do końca jest nasza wina. To się bierze z potopu informacyjnego.
    Jak czytam, że za 30, 40 lat, to uśmiecham się pod wąsem i myślę, że piszący pisze wszystko co wie. A nie sztuką jest pisać co się wie, sztuką jest wiedzieć co się pisze.
    Chociaż, biorą pod uwagę realia, to i tak czytający będę łykać wszystko!
    Ba, nawet będa komentować ze "zrozumieniem"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ano
      Cieszę się bardzo, że Ty akurat wiesz, co piszesz, bo ja za cholerę nie rozumiem, w jakiej sprawie ten komentarz.

      Usuń
  6. Jola Plucińska8 lipca 2017 21:29

    "Jak czytam, że za 30, 40 lat, to uśmiecham się pod wąsem i myślę, że piszący pisze wszystko co wie. A nie sztuką jest pisać co się wie, sztuką jest wiedzieć co się pisze." a tak trotzdem to entschuldigen sie bitte o co właściwie chodzi zusammen do kupy?

    OdpowiedzUsuń
  7. W jakim kierunku to teraz pójdzie, nie mam zielonego pojęcia. Ale wierzę, że parę osób wie. A amerykański prezydent, obojętnie który, nie mówi publicznie nic bez powodu, w końcu taka jego rola.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Jarosław Zalopa

      Kierunek jest już nadany. Ten ogłoszony w Warszawie. Ostatnia nadzieja barbarzyńców, że te trzy lata jakoś wytrzymają zanim D. Trump zostanie nie wybrany na drugą kadencję.

      Usuń
    2. Ale jeśli kierunek jest nadany, to i następca Trumpa będzie go kontynuował. Sęk w tym, że my nie wiemy, co dokładnie ten kierunek oznacza dla nas.

      Usuń
    3. @Jarosław Zolopa

      "Dla nas", czyli dla kogo? Prezydent Trump wyraźnie adresował swoją wypowiedź do Polski jako kraju, do Polski jako państwa i do Polski jako idei cywilizacyjnej.

      Ta idea jest nieśmiertelna, lecz ktoś musi ją zachować i przenieść w przyszłość. Całe przemówienie skonstruowane było wokół tego, jak i kto ma to zrobić na przykładzie, który dali Polacy.

      Takie ujęcie cywilizacyjne pojawiło się pierwszy raz i - chłodnym okiem patrząc - jest konieczne dla przetrwania. USA mogłyby w tej potrzebie wskazywać światu na siebie, lecz wskazały na Polskę. To jest wyjątkowo mocna gwarancja. Nigdy takiej nie dostaliśmy. W dalszej polityce amerykańskiej opuszczenie Polski emocjonalnie równać się będzie opuszczeniu samej siebie.


      Usuń
    4. Zgoda. Tyle, że realnie to może oznaczać bardzo różne rzeczy. Przenosimy centrum cywilizacji do Warszawy, czy formujemy korpus ekspedycyjny?

      Usuń
    5. @Jaroslaw Zalopa 11.37
      Chyba o to chodzi, że jak są wątpliwości co zrobić - wtedy popatrzeć na nas/naszą historię i wyciągnąć wnioski...

      Usuń
    6. @Jaroslaw Zolopa
      Nie ma czego przenosić. Ono tu już jest.

      Usuń
    7. Nie bez racji, Amerykanie są traktowani i sami myślą o sobie jako o ośrodku najwyższej cywilizacji. Co więcej, poczuwają się do misji oferowania jej innym oraz do obowiązku bronienia siebie i innych przed barbarzyńcami.

      Co dostają w zamian? Najczęściej odpowiednie jest tu podsumowanie zawarte w skardze: "jakież to dobro ci wyrządzam, że aż tak mnie nienawidzisz?"

      I oto prezydent Trump Ąmerykanom i światu pokazuje Polskę. Być może nie jedyny poza nimi, ale na pewno zapoznany przypadek pragnienia tej samej cywilizacji. Tu jest sedno.

      Usuń
  8. Ja z kolei nie mogę oprzeć się wrażeniu, że duża część przemówienia brzmi jak mowa do idących na front rekrutów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @bósz

      Amerykańskich?

      Bo do nas fronty same przychodzą.



      Usuń
    2. Ja też. Przemówienie piękne, mocne ale ile to razy było o umieraniu za ojczyznę. Trochę za dużo. Chyba się naczytalam za duży Coryllusa ;)

      Usuń
    3. @Ponponka1
      Widziałaś to?
      https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10203404225982246&set=a.1106523839201.12970.1709950371&type=3

      Usuń