poniedziałek, 20 lutego 2012

Ballada o małym ołowianym żołnierzu, czyli Polska nie jest pop

Mam czapkę popularnie zwaną kaszkietem, lub oprychówą, w której chodzę cały boży dzień od października do kwietnia. Szczerze powiedziawszy, mam dwie takie czapki, jednak w związku z tym, że pies mojej córki jedną z nich uszkodził, chodzę już tylko w jednej. Za to tej ładniejszej. Jej uroda – i jednocześnie wyjątkowość – sprowadza się do tego, że jest to czapka w czerwoną szkocką kratę – tak zwany Royal Stewart – która, jak to szkocka krata, ma swój wyjątkowy urok, no a poza tym rzuca się w oczy. Jechałem więc sobie któregoś dnia tramwajem, a obok mnie zabawiało się wesoło troje dzieci w górnym wieku gimnazjalnym. Dwaj chłopcy i dziewczynka. Dzieci były bardzo sympatyczne, bardzo wesołe, bardzo elokwentne i, co tu akurat być może najważniejsze – wszystkie były naprawdę pięknie wystrojone w czystym punk rockowym szyku. Kiedy mówię, że one się zabawiały, nie mam na myśli jakichś szczególnych ekscesów. Owszem, zachowywały się dość głośno, ale przede wszystkim nie klęły, no i opowiadały pewnej stojącej obok nich miłej starszej pani – która najprawdopodobniej, zanim jeszcze wsiadłem do tramwaju, ich zagadnęła – że one się zachowują tak głośno, bo w szkole jest terror i one muszą tam się zachowywać bardzo grzecznie, więc jak mają czas wolny, to lubią sobie poużywać. Naprawdę, tak jej jeden przez drugiego objaśniały swoją ciężką sytuację wieku dziecięcego. Jeden z tych chłopców w pewnym momencie zrobił się tak zabawny, że zaczął tej pani tłumaczyć, że oni tak naprawdę mają są mocno szurnięci, ale to też przez szkołę, bo tam jest tak intelektualna atmosfera, że oni od tych mądrości zwyczajnie zwariowali.
Dzieci się bawiły, ja ich obserwowałem kątem oka i oczywiście w skupieniu wchłaniałem każde słowo, kiedy nagle chłopczyk, który tak fatalnie zwariował od kontaktów ze szkolnymi intelektualistami, zwrócił się do mnie bardzo grzecznie, i powiedział, że on bardzo przeprasza, ale jemu się okropnie podoba moja czapka, i czy ja bym może nie chciał mu jej sprzedać. Że on ma wprawdzie tylko 5 złotych, no ale nie mógł się powstrzymać, więc mnie pyta. Powiedziałem mu, że ja go rozumiem, bo to jest świetna punk rockowa czapka, ale ponieważ ona ma dla mnie zbyt dużą wartość, więc musi zostać tak jak jest. W tej już chwili dziecko nie miało wyjścia, więc zapytało mnie, czy ja wiem, co to punk, ja mu odpowiedziałem, że jak najbardziej, no i dalej już poszło gładko. Dojechaliśmy do mojego przystanku, dzieci wysiadły ze mną, odprowadziły mnie pod dom i w końcu się pożegnaliśmy.
To było jeszcze wiosną zeszłego roku. Parę miesięcy temu, jechałem sobie tramwajem i nagle podszedł do mnie chłopczyk w wieku wczesno licealnym, pięknie wystrojony, jak nie przymierzając Joey Ramone, powiedział grzecznie dzień dobry, i zapytał, czy go poznaję. Ponieważ go nie poznałem, przypomniał mi, że to on ode mnie kiedyś chciał kupić czapkę. Ucieszyłem się bardzo, że to on znów przeszedł mi drogę, no i sobie zaczęliśmy rozmawiać, tym razem jednak już znacznie spokojniej, niż przed pół rokiem. Normalnie, najpierw o tym czy był na „Offie”, czego słucha, a później czy jemu wolno chodzić do szkoły w takim stroju, na co on mi powiedział, że nie wolno, bo on chodzi do szkoły, gdzie trzeba mieć mundurki, no ale stara się zawsze mieć coś takiego, co pozwala mu zachować tożsamość, no i ostatecznie – tak jak to zwykle bywa gdy człowiek się natknie na nauczyciela – zaczęliśmy gadać o szkole. I w pewnym momencie on mi się przyznał, że właśnie dostał jakąś naganę, bo była akademia, grano hymn, a on nie wstał. No bo co to za pomysł, żeby wstawać, bo jest grany hymn? A niby cóż to takiego ten hymn?
Powiedziałem więc mu, że z niego jest dupa, a nie punk. Cóż to bowiem za punk, który nie kocha swojej ojczyzny? Prawdziwi punk rockerzy byli zawsze wielkimi patriotami i ja sobie nawet nie jestem w stanie wyobrazić, żeby taki John Lydon nie wstał, kiedy grany jest brytyjski hymn. Oczywiście, można uważać, że Królowa to faszystka i takie tam, ale Anglia to Anglia. Brytania to Brytania. Ojczyznę trzeba kochać. Z Ojczyzny trzeba być dumnym. Flagą brytyjską trzeba się owinąć i dumnie paradować tak, by każdy wiedział, kto tu jest lepszy. Czyżby polscy punk rockerzy byli może Europejczykami? Nie wiem, co ten miły chłopak sobie pomyślał, bo to już był koniec mojej jazdy, a on mieszka jeszcze parę przystanków dalej, no i też od tego czasu go nie miałem szczęścia spotkać, natomiast mam nadzieję, że on zrozumiał co do niego mówiłem, bo to na moje oko zdecydowanie mądre dziecko. I mam nadzieję, że on dziś już wie, że bycie punkiem to nie żarty, lecz prawdziwe zobowiązanie.
Słucham dziś koncertu zespołu Public Image Ltd., i słyszę, jak John Lydon zapowiada piosenkę „Warrior”. I słyszę jak on wrzeszczy, że oto specjalna dedykacja dla wszystkich brytyjskich żołnierzy, którzy walczą o na frontach całego świata. Dla wszystkich brytyjskich bohaterów, którzy oddają swoje życie za sprawę. Za ludzi odważnych i pełnych poświęcenia. I takie tam. Normalny pop. Słucham występu Dave’a Matthewsa z Timem Reynoldsem, i słyszę jak on, zanim zacznie śpiewać kolejną piosenkę, opowiada historię jednego z żołnierzy, który wrócił z wojny w Iraku i niestety zostawił tam swoje wszystkie zmysły. Zamiast grać, gada przez chyba pięć minut, i nikt ani nie krzyczy, ani go nie pogania, ani się niecierpliwi, kiedy on wreszcie zacznie śpiewać, tylko wszyscy słuchają w nabożnym skupieniu historii o swoim żołnierzu.
Oglądam koncert Roda Stewarta w Royal Albert Hall, i oto nagle Rod Stewart zapowiada swój wielki przybój „Rhythm of my Hart” i zaczyna coś opowiadać o brytyjskich żołnierzach walczących na wszystkich frontach na świecie i że ta piosenka jest dla nich, a potem nagle na scenę wychodzi żona Stewarta przebrana w szkocki narodowy strój z tymi swoimi długimi nogami i z kobzą i się pręży maszerując po scenie wojskowym krokiem, a na wielkim telebimie, niemal nad całym tym pięknym wnętrzem Royal Albert Hall, powiewa wielka brytyjska flaga. Tak zwany ‘Union Jack”. Ta ich „biało-czerwona”. Normalnie – pop. Pop jak jasna cholera.
Ja tu już kiedyś pisałem z sercem krwawiącym, że coś co za granicą się nazywa „Brytania ma talent”, „Kanada ma talent”, „Bułgaria ma talent”, „Indonezja ma talent”, w Polsce nazywa się zwyczajnie „Mam talent”. Dokładnie tak, jakby komuś nagle zrobiło się wstyd, że miałby zacząć powiewać narodową flagą w sytuacjach tak przyziemnych, jak program telewizyjny. Albo w ogóle powiewać flagą. Bo niby w jakim celu? I przed kim? Oczywiście jest to wszystko okropnie przykre, natomiast dziś wygląda na to, że ta rozpacz prowadzi nas jeszcze dalej, i to w miejsca jeszcze bardziej ponure. Oto gdzieś w jakiejś tatrzańskiej chałupie, jak pewnie większość z nas wie, w dniach kiedy przez Polskę przechodziła fala najgorszych mrozów, znaleziono jakiegoś zamarzniętego biedaka, który ani nie potrafił nic powiedzieć, ani nic sobie przypomnieć i w ogóle wyglądał, jakby go nie było. Dziś już wiemy, kim jest ten człowiek. To żołnierz, którego Polska swego czasu wysłała, by służył w naszych oddziałach za granicą, i który, tak jak się złożyło – bywa – od tej wojny zwariował, no i jakoś nikt tego nie zauważył. Dziś się też dowiadujemy, że nasze Ministerstwo Obrony Narodowej okazało się tak honorowe, że swojemu żołnierzowi zapewniło opiekę i leczenie. Mimo kłopotów z budżetem… no i w ogóle międzynarodowym kryzysem gospodarczym. I nawet mu nie kazaliśmy za to płacić. Tacy jesteśmy!
Czytam dziś, że w kręgach rządowo-medialnych dyskutuje się, jak to się stało, że mogło dojść do tak przykrego zaniedbania. I przy okazji tej dyskusji, okazuje się, że polscy żołnierze wracający z misji zagranicznych, często nie są w stanie normalnie żyć i funkcjonować, i jeśli tak się nieszczęśliwie ułoży, że rodzina nie będzie na tyle przedsiębiorcza i zorganizowana, by się o los swojego brata, męża, czy syna zatroszczyć – to on równie dobrze może zdechnąć gdzieś pod płotem. I, jak to się często dzieje w tego typu sytuacjach, konkluzja jest taka, że zabrakło jakiegoś przepisu, lub urzędnicy nie zdążyli z wprowadzeniem jakiejś specjalnej ustawy. W tym wypadku ustawy o opiece nad kombatantami.
A ja wiem, że to co się dzieje z żołnierzami poddanymi ciężkiemu doświadczeniu wojny, jest czymś tak strasznym, że często nie ma żadnego sposobu, by ich w jakikolwiek sposób reanimować. Czytałem kiedyś tekst o pewnym amerykańskim kombatancie, nazwiskiem Arthur Joseph Kelly, którzy walczył na frontach II Wojny Światowej i, tak jak wielu jemu podobnych, z tego strachu oszalał. Został zwolniony ze służby, wrócił do kraju, jakiś czas spędził w szpitalu, ale ponieważ nie było sposobu, by go doprowadzić do porządku, został wypisany do domu. Oczywiście otrzymał odpowiednią rentę, być może nawet dano mu jakiś medal, który mu wysokość tej renty jeszcze odrobinę podniósł, jednak on już nie potrafił zyć w zwykłym świecie. A ponieważ z jakiegoś powodu w domu mieszkać nie chciał, poszedł do remizy strażackiej, wokół której lubił się kręcić jeszcze jako dziecko. No i strażacy go przyjęli. Ma się rozumieć, że nigdy nie został strażakiem, ale ze strażakami mieszkał i starał się im pomagać, jak tylko potrafił. A więc sprzątał, palił w piecu, no i był ich kolegą. Przez dziesiątki lat. Aż umarł. Wtedy strażacy urządzili mu prawdziwie strażacki, uroczysty pogrzeb, no i go pochowali. Jak strażaka. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że jest to historia wyjątkowa, jednak nie mogę przestać myśleć, że w Polsce on by jednak w najlepszym wypadku znalazł jakiś ciepły kąt w tatrzańskiej chałupie. No i, naturalnie, o jakiejkolwiek rencie nawet nie miałby co marzyć, o ile sam by sobie jej nie wystał.
Dyskusja na temat znalezionego w górskim szałasie żołnierza nabiera rumieńców. Mam wręcz wrażenie, że wszystko tak naprawdę dopiero przed nami. Wprawdzie w pierwszej chwili ta historia nie miała w sobie zupełnie nic interesującego – normalnie, znaleziono gdzieś jakiegoś brudnego i zarośniętego wariata. Później, kiedy się okazało, że on jest jakiś dziwny, bo najwyraźniej zna obce języki, a to na durniach zawsze robi odpowiednie wrażenie, poczuliśmy to charakterystyczne łaskotanie, które się pojawia za każdym razem, gdy ma się zdarzyć coś ciekawego. No a jeszcze później, kiedy wyszło na jaw, że mamy do czynienia z człowiekiem cierpiącym na ów zespół stresu bojowego, zaczęliśmy już w pełni czuć tego newsa. A ja sobie dziś myślę, że kiedy on już jako tako dojdzie do siebie – co w końcu nie jest wykluczone – i będzie można wysłuchać jego opowieści, może się stać niemal tak sławny, jak ojciec „Madzi z Sosnowca”. No i będą nam towarzyszyć dwie równoległe historie – jedna o tym żołnierzu i jego przygodach na wojnie, a druga o urzędnikach z ministerstwa, którzy czegoś tam nie dopatrzyli. Wprawdzie Kazik o nim piosenki już nie zaśpiewa, bo jeszcze nie daj Boże musiałby zawiesić gdzieś biało-czerwoną szmatę, ale przynajmniej dowiemy się co to takiego „shell shock”. Jakiś zaproszony do studia telewizyjnego psycholog opowie nam o tym zespole pod kątem medycznym, a TVN24 pokażę jakieś kawałki z amerykańskich archiwów.
Miejmy tylko nadzieję, że przy okazji nie pojawi się więcej zapomnianych, gnijących gdzieś w jakichś wiejskich chatach, byłych bohaterów z Iraku, czy Afganistanu, bo jak ich się zbierze zbyt wielu, to może się okazać, że temat się nam spali. Zwyczajnie, wedle starego, dobrze nam wszystkim znanego schematu. I na samą myśl, że gdzieś znowu znaleziono jakiegoś stukniętego żołnierzyka, ludzie zaczną raptownie przełączać kanały w swoich telewizorach, by zobaczyć, czy nie lecą jakieś powtórki z ostatniego „Mam talent”.

Proszę wspierać ten blog finansowo pod podanym obok numerem konta, i zachęcam do kupowania książki o liściu. Naprawdę warto. Dziękuję.

36 komentarzy:

  1. @Toyah

    U nas to nikt chyba nawet nie pomyślał by być dumnym z naszych żołnierzy walczących na frontach świata. My chyba nawet nie wiemy, że nimi można i trzeba się szczycić. Nam się ciągle mówi tylko jakie to jest drogie i niepotrzebne ale, no co zrobić, musimy w ramach NATO, byle nie za ostro, nie za dużo, bo jeszcze nam tu jakiś dżihad bombę podłoży.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Kozik
    A wszystko to dlatego, że dla nas Polska to wyłącznie nazwa geograficzna.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ci, którzy chcą czy chcieli zmienić ten smutny stan rzeczy są młotkowani tępą propagandą albo polegli w skandalicznie nie wyjaśnionych okolicznościach w smoleńskiej mgle.
    Więc, przyznajmy, niewiele już mamy Polski w Polsce. I z każdym dniem jakby mniej.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Toyah

    Opowiem Ci tak: w ramach naszej zabawy pod nazwą Dyletanci, pomyślałem sobie, że jako szczytna, aczkolwiek pączkująca dopiero, organizacja, powinniśmy mieć jakieś swoje zawołanie, a właściwie, co tam, hymn.
    Polskie pieśni juz jakby wszystkie pozajmowane, no i specjalnie dużo potencjału nie mają.
    Podówczas, głównie z powodu osobistych preferencji i ogromnej, choć jednostronnej miłości, zwróciłem swe oczy na Szkocję.
    Nie małą wagę miał też fakt, że przyszedł na myśl Robert Burns, Dyletant pełną parą i jakich mało.
    No więc na YouTube zacząłem szukać, zawsze powalającej mnie, szczególnie gdy w Nowy Rok jestem w krajach anglosaskich - Auld Lang Syne. Rany!!! Na YT jest tego tysiące. Od takich wspaniałych z kobzami:
    http://youtu.be/STqDowSbSTQ
    Do takich śpiewanych przez najpiękniejszy, norweski głos świata czyli Sissel:
    http://youtu.be/x91rBzNKvlc
    Tego zresztą nie mogę nadużywać, bo nawet teraz, słuchając o poranku, łzy ciekną po policzkach i z nosa też cieknie.
    Więc, żeby było bardziej współcześnie i popowo, to proszę bardzo, Red Hot Chilli Peppers też to wykonują:
    http://youtu.be/mhz24gDn7B4

    Jak już powiedziałem, jest tej pieśni - hymnu tysiące wersji. Jezu! Jak oni to kochają.
    Jak dla nich ważne są te narodowe symbole.
    Pływacy mogą mieć slipki w Union Jacka, ale gdyby jakiś idiota chciał ich flagę wsadzić w psią kupę, to chyba by go rozszarpali.

    A Auld Lang Syne z powodu sentymentów Ojca Założyciela Ars Dilettanti, jest również hymnem naszego Klubu i chcemy być z tego dumni, chyba, że dobry kolega Toyaha Przemek, skomponuje nam coś lepszego.

    OdpowiedzUsuń
  5. @jazgdyni
    Bardzo ładny ten norweski klip. Można go oglądać w kółko. A piosenka? Jasna sprawa! Żadnych kup. Psich i innych.

    OdpowiedzUsuń
  6. Rod Stewart W RAH jest super! Spotkałem go kiedyś na londyńskiej ulicy. Wsiadał do limuzyny i jeszcze rozmawiał z taksówkarzem, który sie nieopodal zatrzymał, o jakimś meczu Premiership. A propos flag to przypomniała mi się piosenka Muńka z takimi słowami:
    "Ojczyznę kochać trzeba i szanować, nie deptać flagi i nie pluć na godło".
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. @tomaszaw1
    Zgadza się. Ten koncert jest wyjątkowy. Ten koncert, to miejsce, to wszystko.
    Co do Staszczyka, ja zawsze sądziłem, że u niego ten tekst, to była ironia. Ale może się mylę.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja słucham dużo amerykańskiej muzyki rockowej a do moich ulubieńców należą właśnie DMB, Bruce Springsteen, REM, czy Billy Joel. I chociaż są to lewacy jakich mało, to w ich twórczości pełno jest dumy z kraju i narodu. To jest z pewnością pop, czasem nawet tandeta, ale nie jest to spychane przez system poza nawias, co dzieje się u nas.
    A tak przy okazji załączam wrzut jak Brytole widzą takie akcje Jankesów. Zabawne.

    http://www.youtube.com/watch?v=lyHSjv9gxlE

    OdpowiedzUsuń
  9. Chyba masz rację ... dawno jej nie słuchałem, a kiedy słuchałem traktowałem dosłownie. Taki gupi byłem, że mi się wydawało to o czym śpiewa oczywiste. Ale co nam przeszkadza "zawłaszczyć" sobie ten tekst. Albo posłuchać ostrzejszego kawałka o kpt. Raginisie.

    OdpowiedzUsuń
  10. @tomaszaw1
    Swoją drogą, to okropne - jeśli przyjąć, że to faktycznie była ironia - że coś tak oczywistego może funkcjonować, jako przedmiot żartów. To by było coś takiego, jakby ten Rod Stewart mówił o żołnierzach, a cały RAH wył ze śmiechu.

    OdpowiedzUsuń
  11. @zawiślak
    Już niech oni się tak z nich nie śmieją. Sami mogą pójść na którąś ze swoich Nights of the Proms, posłuchać jak cała sala śpiewa Jerusalem, i będą mieli jak znalazł.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Toyah

    Byłeś na Promsach !?

    OdpowiedzUsuń
  13. Oj Brytyjczycy umieją się śmiać z siebie. Little Britania, Spitting Image, ...

    OdpowiedzUsuń
  14. @jazgdyni
    Nie. Widziałem w youtubie.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Gall
    Tak. Brytyjczycy potrafią się z siebie śmiać, natomiast w żaden sposób nie potrafią siebie nienawidzić. Nie to co my.

    OdpowiedzUsuń
  16. Toyahu,

    z tym brakiem nienawisci u Brytyjczykow do wspolobywateli to bym sie raczej nie zgodzil.Z tego co tu obserwuje przejawia sie to szczegolnie w nienawisci rasowej.

    OdpowiedzUsuń
  17. @tobiasz11
    Nie zrozumiałeś. Ja nie sugerowałem, że Brytyjczycy kochają się nawzajem. Chodziło o to, że oni nie czują pogardy do brytyjskości. Że oni z tego że są Brytyjczykami są dumni. W sumie, jestem zdziwiony. Zarówno z mojej notki, jak i z tych komentarzy wynika to jednoznacznie.

    OdpowiedzUsuń
  18. Toyahu,

    Oni sa tak samo dumni z tego,ze sa Brytyjczykami jak my Polacy z tego ze jestesmy Polakami.Albo i mniej.
    Co do pogardy do brytyjskosci-oj,bys sie zdziwil.To co opisujesz to tylko ze tak powiem zewnetrzne atrybuty za ktore tu rzeczywiscie nikt nie wysmieje wprost i nie gwizdze na koncertach.I bardzo to mile.Lecz uwierz mi prosze,w szczerej rozmowie(jesli taka jest w ogole mozliwa pomiedzy emigrantem z dalekiej Polski a Brytyjczykiem)to juz tak rozowo nie wyglada.Przede wszystkim (poza rasizmem o ktorym tak niefortunnie wspomnialem),kompleksy w stosunku do Amerykanow.One wzbudzaja w nich pogarde do nich samych bo uwazaja,ze sa za malo przedsiebiorczy i nie lubia swojej brytyjskosci,poniewaz jest zbyt prowincjonalna i wiekszosc z nich czuje sie jak ubodzy krewni tych zza oceanu.Czytajac brytyjskie gazety co rusz natykam sie na nie tyle nasmiewanie sie co wrecz pietnowanie Brytyjctwa-to od Polactwa:)

    OdpowiedzUsuń
  19. @tobiasz11
    Możliwe, że Ty wiesz coś więcej. W końcu jesteś na miejscu. Natomiast ja jestem tu, i chętnie bym poprosił o trochę tych zewnętrznych atrybutów, o których piszesz, za które nikt nikogo nie wyśmieje. Wprost.

    OdpowiedzUsuń
  20. A ja sie z opinia Tobiasza nie zgadzam. Z moich obserwacji i szczerych rozmow (mysle, ze mam kilka takich za soba jako, ze moja druga polowka jest Bryt) wynika, ze Brytyjczycy SA dumni ze swojej brytyjskosci. Pogarda dla Amerykanow tez nie wynika z kompleksow. Oni (Bryt) naprawde uwazaja, ze w wielu aspektach sa naj. No moze co do kuchni maja pewne kompleksy (oczywiscie nie wobec Amerykanow!). A jesli chodzi o zarty na ich temat to sami moga sobie na nie jak najbardziej pozwolic i robia to, ale gdyby ktos z zewnatrz na jakis zart sie osmielil ... oj ...

    I skoro juz pisze, to taka uwaga:
    to co myslimy o szkockiej kracie, ze kazdy klan mial swoj wzor i takie tam 'brejfharty' to, jak twierdzi moja druga polowka (a jest w 3/4 Scottish) chwyt marketingowy, haczyk na turystow

    OdpowiedzUsuń
  21. Toyahu,
    czepiasz sie...powiedzialem co mialem do powiedzenia.

    OdpowiedzUsuń
  22. Gall,
    Nie pisalem,ze gardza Amerykanami.Oni czuja sie z ich powodu zakompleksieni i im prawdziwie zazdroszcza.
    Pracuje z Anglikami i zartuje z nich codziennie a oni ze mnie.Ja z ich brytyjskosci a oni z mojej polskosci.
    Nikt sie nie obraza i nie unosi.Szanujemy sie nawzajem.

    OdpowiedzUsuń
  23. @tobiasz11
    Napisałem, moim zdaniem, niezwykle ciekawy tekst na temat tego, że Polacy są systematycznie - i, co gorsza, skutecznie - wpychani w pogardę do siebie jako Polaków i do Polski jako swojej ojczyzny. Na to Ty mi najpierw napisałeś, że w Brytyjczycy się też nawzajem nienawidzą, a kiedy Ci zwróciłem uwagę, że nie chodziło mi o nienawiść do współplemieńców, ale do siebie, jako do przedstawicieli tego plemienia, piszesz mi, że w Wielkiej Brytanii jest jeszcze gorzej, a to co widać, to są tylko pozory. Kiedy ja Ci grzecznie piszę, że mi tu brakuje choćby tych pozorów, to Ty się na to obrażasz.
    Wiesz co Ci powiem? Odpieprz się ode mnie. To że napisałem ważny - być może jeden z moich najważniejszych - tekst, który jednych w ogóle nie obszedł, inni go nie zrozumieli, a inni uznali, że coś pieprzę od rzeczy, jest dla mnie wystarczającą przykrością.

    OdpowiedzUsuń
  24. Toyahu,
    nie odpieprze sie.
    Przykro mi tylko,ze tak sie poczules.

    OdpowiedzUsuń
  25. Toyah,
    oczywiscie ze tak.Nawet jesliby Tobie juz kompletnie odbilo i zaczalbys pisac od rzeczy to i tak bede Cie bronil jak niepodleglosci.
    Przed obcymi jak i przed naszymi.

    A na razie dziekuje Ci za ten jeden z niewielu juz kawalkow Polski w moim zyciu.Wiem i widze,ze brzmi zbyt gornolotnie ale taka jest prawda.Niestety.Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  26. @tobiasz11
    W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak Cię zapewnić, że zrobię wszystko, by mi nie odbiło.

    OdpowiedzUsuń
  27. @ Toyah

    Jako jeden z legionu angielskich imigrantów (Londyn), ośmielam się zabrać głos w temacie Polskości, kierowany przekonaniem, że z dystansu widać więcej. I boleśniej.

    Wielu dopiero na emigracji uświadamia sobie, że są Polakami. W kraju są mieszkańcami poszczególnych miast i na wyprzódki udawadniają wyższość własnego nad innymi. Nie trzeba być kibicem. Takie współzawodnictwo, ale wśród Swoich. Moje miasto wyjątkowe, tu się urodziłem, żyję, złego słowa nie dam powiedzieć (choć między współmieszkańcami to wiadomo – syf i patologia, panie, złodzieje i przekręty na każdym kroku). Przepraszam za oczywistości.

    Za granicą nie powiesz, że jesteś z Ciechanowa bądź Tuchowa. Who cares? Na pytanie skąd jesteś, jedyną odpowiedzią jest: z Polski. Jestem Polakiem. Wtedy pojawia się potrzeba definicji. Tylko najgorsza łajza będzie się wstydzić. Ale bardzo wielu odczuwa, delikatnie mówiąc, zakłopotanie. No bo jak to, TAKA historia, bitwy, wojny, nieustępliwość, bohaterstwo, niewyobrażalne ofiary, itd. (to się większości przypomina bardzo wyraźnie dopiero zagranicą), a my tu? I większość z nas czuje wstyd, że musieliśmy (?) opuścić Kraj, a jednocześnie czujemy się tak bardzo dumni, iż z tego Kraju pochodzimy. I ta pielęgnowana nienawiść do tego „syfu, panie, i złodziejstwa” ulega unicestwieniu. Ale niekoniecznie zamienia się w decyzję o powrocie... Pozostaje wstyd i żal. Oraz bezkompromisowa chęć udowodnienia, żeśmy jednak POLACY.

    Dopiero, gdy znaczenie twojej Polskości kwestionuje obcokrajowiec, stajesz w pozycji wyprostowanej i dajesz mu w pysk. Tak po prostu. Bo tak trzeba. Bez niuansów i deliberowania. I choćbyś nic z tej Poskości nie rozumiał, to wiesz, że postąpiłeś prawidłowo. Nawet najgorszy leming często temu ulega (niekoniecznie dosłownie dając w pysk). Przysłuchiwałem się raz rozmowie Polaka próbującego objaśnić historię Polski Szwedowi, który to po wysłuchaniu tyrady na temat trudnej, acz niezwykle bohaterskiej postawie Polaków, wobec permanentnych przeciwności losu, rzekł: „So, basically, you’ve been raped by everybody in the world. Even by us. Feel for you, mate, but I must go back to work”.

    Syndrom ofiary gwałtu. To ciągłe obrzydzenie do siebie z jednocześną świadomością, że się go w żaden sposób nie sprowokowało, ba, przeciwstawiało się ze wszystkich sił. Nie jest trudno podsycać to obrzydzenie. W istocie, nie ma nic łatwiejszego.

    PS. Zdaję sobie sprawę, że wyważam dawno otwarte na oścież wrota, ale trudno, tak mi w sercu grało. Szkoda tylko, że czasami trzeba opuścić Kraj, by takie rzeczy poczuć.

    PS2. Mieszkam w Londynie ładnych parę lat, ale nigdy nie słyszałem Anglika, który określiłby się Brytyjczykiem. O Szkotach nie wspomnę. A już o Północnych Irlandczykach i Walijczykach nie wspominam. „Brytyjczykami” to są imigranci co się obywatelstwa dochrapali. Obawiam się, że tak to teraz wygląda.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  28. @nieszczery
    Bardzo dziękuję za bardzo wzbogacający komentarz. I proszę tu nadal zaglądać.

    OdpowiedzUsuń
  29. Witam,
    czytam dość regularnie choć nie pcham się "pod kreskę" kiedy nie mam nic mądrego do dodania. Teraz w sumie też zanadto nie mam, bo Twój tekst (jak zwykle) w zasadzie wyczerpuję temat. Co najwyżej mogę zaprosić "na jednego" do siebie, bo akurat kiedyś wystukałem coś, co odrobinę koresponduję z tym co powyżej.
    http://green-nygus.blogspot.com/2011/09/lynyrd-skynyrd-nergal-srelgal-i-kto-tu.html

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  30. To się bierze z kompleksów. Jesteśmy strasznie zakompleksionym narodem, którego elita jeszcze mocniej w te kompleksy wpycha.
    Bo elita też zakompleksiona potwornie, choć cierpliwie walcząc z tym kompleksem niższości buduje mozolnie w sobie kompleks wyższości wobec współrodaków, którzy muszą być jeszcze bardziej głupi, zaściankowi, zacofani - co stawia "elitę" w jej mniemaniu w lepszym świetle, bo ona jest "europejska i otwarta na świat" - w odróżnieniu od całej ciemnej reszty.
    W przeszłości miałem sporo okazji by obserwować tę "elitę" odwiedzającą tzw. "Zachód". Boże! Jak ci profesorowie, by przypodobać sie swoim rozmówcom gotowi byli na największe poniżenia, jak łasili się o parę uprzejmych słów, o poklepanie po plecach.
    Chłop z Podlasia czy góral z Żywca, którzy układali dachy mieli w sobie więcej godności i poczucia wartości niż ci uniwersyteccy przedstawiciele.
    Nie potrafię zrozumieć skąd się to w nich, w tej (za przeproszeniem) zafajdanej elicie ten bezwstyd, ten brak szacunku nie tylko dla swojej Ojczyzny, ale nawet dla samych siebie bierze.
    Nie potrafię.

    OdpowiedzUsuń
  31. @Nygus
    O! Jesteś!To dobrze. Milo mi bardzo. Oczywiście też zajrzę. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  32. @Jan
    Oczywiście że to są kompleksy. Osobiście uważam, że to co Bartoszewski powiedział o brzydkiej pannie wejdzie do klasyki tego naszego upadku. Jak się zastanowić, to te jego słowa są wręcz apokaliptyczne.

    OdpowiedzUsuń
  33. @ Nieszczery:
    To Ty miales szczescie zeby w Londynie spotkac Anglika! (oczywiscie zart, choc wziety z zycia)
    A ja znam takich, ktorzy deklaruja sie jako Brytyjczycy bo sa potomkami i Szkotow i Anglikow

    OdpowiedzUsuń
  34. @ Gall

    Jasna sprawa. Ten swój i tak przydługi komentarz skróciłem do minimum. No i wiele zakrętów ściąłem dramatycznie :) Znam z kolei Anglików z walijskimi korzeniami, ale jednak Anglików (w ich poczuciu).

    I chyba tylko Anglicy nie mają problemów z zadeklarowaniem, że są dumnymi Brytyjczykami. Szkoci już znacznie mniej. A Irlandczyków z północy to raczej lepiej nie pytać. Walii pytać nikt nie zamierza :)

    Żart trafny, choć to czarny humor ;)

    Take care.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.