poniedziałek, 29 listopada 2010

Szare towarzystwo z Fejsa

Kiedy się to zdarzyło, sprawę zlekceważyłem. Zlekceważyłem, bo w ogóle tak jestem skonstruowany, że rzeczy do mnie docierają zwykle po pewnym czasie. Poza tym, mimo że – jak wszystkim wiadomo – jestem moherowym faszystą i tropicielem wszelkiego autoramentu spisków, w owo tropicielstwo nie angażuję się aż tak, jak niektórzy mogliby przypuszczać. Jeśli mam do wyboru spisek i jego brak – wybieram zawsze to drugie. A więc przypadek, lub nawet jeżeli plan, to bardzo niegroźny i nic nie znaczący.
No ale w końcu padło i na mnie. Otóż wczoraj otrzymałem mail od jednego z naszych blogowych przyjaciół, który uprzejmie zaproponował mi, bym dołączył do jego Facebooka. Ponieważ, jak już niektórzy mieli okazję się dowiedzieć, ta cywilizacyjna rozrywka nie jest już od pewnego czasu moim udziałem, co zostało w pewnym sensie na mnie wymuszone troską o dobro moje i mojej rodziny, napisałem wspomnianemu koledze, że, jeśli idzie o Facebooka, ja akurat od pewnego czasu już nie biorę udziału w tej zabawie. On to oczywiście natychmiast zrozumiał, natomiast to co mi wciąż kazało pozostać w temacie, to fakt, że pod zapraszającym mnie mailem, znalazłem sześć zaproszeń już od samego Facebooka. Trzy z nich były dość oczywiste. Mianowicie Facebook uznał, że ja „mogę znać” mojego syna, jedną z moich córek i córkę jednego z moich bliskich kolegów, z którą utrzymuję taki sobie kontakt. Oprócz nich pojawił się jakiś człowiek, którego akurat sobie nie przypominam, no ale skoro Facebook pisze, ze ja go „mogę znać”, to równie dobrze może się okazać, że ja go nie znam.
To co mnie jednak zdziwiło – najpierw, jak mówię, przelotnie – a później, z każdą chwilą coraz mocniej, to dwa kolejne nazwiska. Otóż jedno z nich, to jest człowiek, którego uczyłem jakieś dziesięć lat temu i z którym mogłem mieć – choć akurat tego nie pamiętam – jakąś skromną mailową wymianę w tamtych latach. Drugie z nich jest jeszcze ciekawsze. Otóż też mniej więcej w tamtym czasie kupowałem coś przez Internet. Człowiekiem, z którego zasobów przez chwilę korzystałem, był pewien Anglik, z którym wymieniłem może dwa, a może trzy maile. Nic takiego. Normalne, gdzie mieszkasz, kim jesteś i pozdrowienia. Ale jak mówię, to było tak dawno, że gdybym miał częstszy zwyczaj nawiązywania internetowych wiadomości, pewnie bym jego nazwiska nawet nie zapamiętał. A tu nagle czytam wiadomość od Facebooka, że oni sobie pomyśleli, że ja go „mogę znać”.
Zobaczyłem te dwa nazwiska i pomyślałem najpierw, że pewnie oni mnie wciąż mają gdzieś w pamięci swojego komputera i że to dziwne, a później, że patrzcie państwo, jak ten Facebook jest dobrze zorientowany. No ale minęło parę godzin, a ja dalej się zastanawiałem, jak to się stało, że do mnie wysyła wiadomość kolega z bloga, a Facebook dołącza do niej wspomnienie – moje wspomnienie – sprzed niemal już dziesięciu lat. Zapytałem więc młodego Toyaha, co on o tym sądzi. On najpierw też nie wykazał zainteresowania. Uznał, że pewnie oni są jakoś zsynchronizowani z Onetem, a ponieważ ja mam od wielu lat konto właśnie na Onecie, to automatycznie wykryli moje jakieś stare maile. No ale przede wszystkim, ja przez dziesięć lat wysłałem i otrzymałem tysiące maili od ludzi, których kiedyś bardziej lub mniej, lub jeszcze mniej znałem, a o których dziś nawet nie mam pojęcia, czy żyją. Dlaczego dziś Facebook nagle mi przypomina tych dwóch? I w ogóle, czemu mi przypomina kogokolwiek z tak zapadłej przeszłości. I jak on to robi, że jest w stanie przypominać mi o czymś, czego ja już niemal nie pamiętam?
To nie może chodzić o mój komputer. Od tamtych lat zmieniałem sprzęt wraz z całą jego możliwą zawartością kilkakrotnie. Domyślam się, że ci dwaj robili to nawet częściej, więc też chyba winowajcą nie są ich komputery. Pozostaje ten Onet, lub – może jeśli idzie o tego Anglika – jakiś jego tamtejszy operator. No ale – dalej dociekam – jeśli Facebook sprzężony jest z tymi internetowymi systemami i automatycznie uzyskuje dane o tak drobnych wymianach sprzed dziesięciu już lat, to znaczy, że z jednej strony Onet i wszyscy inni zachowują na wieczną pamiątkę wszystkie informacje dotyczące każdego najmniejszego głupstwa z całej swojej historii, a jednocześnie każde tego typu głupstwo staje się automatycznie własnością organizacji – bo wygląda na to, że to jest prawdziwa Organizacja – takiej jak Facebook. Po co, dlaczego, jak, i na jakiej zasadzie? No a jeżeli oni wiedzą to, to czego nie wiedzą? A jeżeli czegoś nie wiedzą, to czy to znaczy, że wiedzieć nie mogą, czy że nie chcą, czy może że chcą, tyle że akurat nie teraz?
Są to pytania, które mnie akurat szczególnie nie dręczą. I też pytania, od odpowiedzi na które – akurat jeśli idzie o mnie – jak sądzę nie zależy nic. Moje życie jest tak zbudowane, że jedyna rzecz, jaka może dla mnie mieć znaczenie ostateczne, to tylko to, że ono prędzej czy później musi się skończyć. A jeśli idzie o codzienność, to moje wszelkie zmartwienia są związane albo z bezpośrednim losem mojej rodziny, albo siłą rzeczy moim. A on akurat nie jest w rękach ani Facebooka, ani Banku Światowego, ani nawet za bardzo Donalda Tuska i jego ferajny.
Weźmy nasze zdrowie. Gdybym ja był jakimś ważnym biznesmenem, albo politykiem, to ludzie ze służb specjalnych mogliby mnie zechcieć otruć, a moje dzieci uprowadzić. Gdybym był prezesem jakiejś ważnej spółki, Facebook mógłby moim nieprzyjaciołom dostarczyć jakieś moje stare maile i mnie w ten sposób próbować zniszczyć. Nawet gdybym był – tak jak i dziś jestem – nikim, ale za to miałbym za sobą jakąś bujną przeszłość na poziomie drągów i dziwek, to być może warto by było poszperać w starych śmieciach. Ja jednak jestem kim jestem, a ponieważ w dodatku moja jedyna publiczna działalność polega na prowadzeniu tego bloga, jeśli ktoś mi chce zrobić krzywdę już ma mnie na widelcu. W dodatku, z przyczyn o których tu już pisałem, sprawianie mi kłopotów i tak System już skutecznie przekazał w ręce ludzi którzy mnie otaczają, a więc tak zwanych współobywateli. A więc, jak się już przekonałem, w celu doprowadzenia mnie do finansowej ruiny, nie trzeba angażować Facebooka. No powiedzmy – trochę. Ale z pewnością nie jego głębokiej części systemowej.
A zatem kiedy dziś widzę, że Facebook wie, z kim ja prowadziłem nicnieznaczące rozmowy w roku 2000 i się w dodatku tą wiedzą przede mną chwali, nie czuję zaniepokojenia. Nie czułbym też tego niepokoju nawet wtedy, gdybym zamiast z jakimś nieznanym mi Anglikiem, te maile pisał z posłem Węgrzynem. W końcu dziesięć lat temu nawet on nie był kimś, na kogo należy uważać… No dobra, niech będzie, że nie z Węgrzynem, ale z Tomczykiewiczem. Natomiast to, że nie ma we mnie niepokoju, nie musi oznaczać, że cała ta sytuacja mnie nie interesuje. Bo interesuje mnie bardzo. To co chcę mianowicie wiedzieć, to czy przypadkiem nie jest przypadkiem tak, że ten mały, nicnieznaczący incydent świadczy o czymś znacznie większym i dużo poważniejszym, niż to że ja żeby przeżyć kolejny miesiąc muszę liczyć na ludzi, którzy czytają te słowa. Czy nie jest tak, że właśnie to drobne, i w gruncie rzeczy śmieszne, zdarzenie, nie pokazuje nam bardzo wyraźnie, jakie są powody tego, że dziś w Polsce – choć przecież nie tylko – jest jak jest. A jest tak, że na poziomie znacznie wyższym niż my się dziś znajdujemy, ludzie są tak straszliwie spanikowani, tak splątani, tak ubezwłasnowolnieni, jak chyba nigdy dotąd. Że na poziomie, który my możemy ewentualnie dostrzec przez szybę telewizora, panują wyłącznie strach, kłamstwa i wymuszenie. Że ci, którzy jeszcze nie tak dawno byli zwykłymi, miłymi, Bogu ducha winnymi ludźmi, dziś gotowi są sprzedać własną matkę, byleby… właśnie co? To jest to pytanie. Byleby co?
I pomyśleć tylko, że taki drobiazg, jak zaproszenie z Facebooka, może uruchomić tak interesującą falę refleksji.

14 komentarzy:

  1. @Toyah
    Niedawno pod jednym z Twoich wpisów o podobnym zdarzeniu wspomniałam i dostałam nawet radę, żeby wejść tam gdzie się niechcący zalogowałam i wylogować się. Tylko co z tego? Jak widać, będę tam na wieki. W przeciwieństwie do Ciebie, przeraziło mnie to, choć niby wiem, że z tymi wszystkimi peselami, pinami itd. i tak mają nas na widelcu. Mogę sobie być święta, ale dla nich jestem tak święta jak święty turecki. A najbardziej mnie przeraża to, że ludzie lecą w tego fejsa jak muchy na lep i czują się z tym świetnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Marylka
    Gdyby to tylko chodziło o ten nieszczęsny Facebook! Ciekawe jest to, że oni nas mają na tym widelcu wszędzie. Prawdopodobnie nawet to, że ja teraz z Tobą gadam, też zostanie zachowane w ich przepsatnych szufladach.
    A to, że mi to akurat mało przeszkadza, jest bez znaczenia.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah

    Niech się zawieszą z tego bogactwa informacji. Któregoś dnia otworzą te szuflady i zobaczą, że nie mają nic, że inwestowali w złe papiery. O ile będzie wtedy śmiechu.

    Serdecznie Cię pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. @latinitas
    To by rzeczywiście był figiel!
    Wszystkiego dobrego dla Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Inną kwestią już sygnalizowaną i opisywaną, przez Toyaha jest to, że wbrew naszej woli jesteśmy w różny sposób uszczęśliwiani, wręcz bombardowani licznymi ofertami, reklamami, propozycjami, także intencjonalnymi i sugestywnymi dowcipami, karykaturami, bilbordami, obrazami i treściami.
    Ostatnio będąc w kinie ze znajomymi, mimo naszego braku zainteresowania, a nawet zniecierpliwienia byliśmy zmuszeni wraz z całą widownią oglądać i słuchać właśnie bardzo intencjonalne, czytelne i sugestywne obrazy i treści nt. opozycji tj. wroga nr1 J. Kaczyńskiego i A. Macierewicza.
    Mam wrażenie, że wielu młodych słuchaczy i widzów łyka to wszystko podobnie, jak piwo, coca-colę, dopalacze, czy popcorn. Obym się mylił.

    OdpowiedzUsuń
  6. @toyah

    Spedzilem dzisiaj 12 godzin w samochodzie, i mam wielkie zaleglosci na licznych polach, ale musze cos napisac, bo dawno planowalem. Wlasciwie a propos Twych kapitalnych wpisow o Londynie i Anglii. Ale i a propos biezacego.

    Lepiej by o tym napisal nasz kolega A-Tem - Yagotta, ale mi przypadnie zaszczyt poinformowac ze Londyn jest jednym z najbezpieczniejszych miast na ziemi. Otoz w okresie realnego do bolu zagrozenia atakami IRA poinstalowano tam rekordowa liczbe kamer tzw CCTV. Kazda wspolnota mieszkancow, urzad, budynek, komisariat policji - wystawialy w okolicy swojego dzialania pare kamer, i tak przez dziesieciolecia.
    Kiedy liczba kamer osiagnela mase krytyczna, rozsadnie i roztropnie polaczono je w jedna siec, centralnie sterowana. Jako ze to dotyczy bezpieczenstwa, niewiele wiadomo na pewno. Ponoc jednak kazda osoba w centrum Londynu jest w ciagu minuty srednio pietnastokrotnie "zdejmowana" przez jakas kamere.
    System, podpiety do centralnego komputera, z latwoscia i automatycznie moze byc uzywany do sledzenia jak podejrzana osoba sie przemieszcza, gdzie sie zatrzymuje itd.
    Zeszlego roku dobudowano do niego niezwykla funkcjonalnosc: komputer robi zdjecia twarzy wszystkich osob widocznych w kamerach i porownuje je z katalogiem aktualnych listow gonczych, w razie stwierdzenia podobienstwa podnoszac alarm. W ten sposob w ciagu pol roku schwytano (przez proste "zwiniecie z ulicy") okolo 20 poszukiwanych kryminalistow.
    I jak - czujecie sie bezpieczniejsi?

    Serdecznosci!

    OdpowiedzUsuń
  7. @LEMMING

    Taa... słynna już jest ta londyńska realizacja.
    Interesowałem się nią onegdaj, ze względu na nowatorski system rozpoznawania twarzy. Choćbyś nie wiem jak się starał, zapuszczając brodę i wąsy, robiąc operacje plastyczne itd, to pewne punkty twarzy nigdy nie ulegają zmianie. Algorytm jest full 3D, więc zidentyfikuje ciebie an face, z profilu, z góry i dołu.
    Pełny "1984".


    A dla Toyaha uwaga - jak już coś kiedyś wpadło do sieci to zostaje w niej na zawsze. W zależności od systemu filtrowania, każda twoja niewinna wizyta na stronie pięknej Lucy 10 lat temu, jest zapamiętana na zawsze.
    I jak trzeba - użyta.

    OdpowiedzUsuń
  8. @LEMMING
    W Londynie czułem się bardzo bezpiecznie. Nie wiedziałem jednak że to przez te kamery.
    Inna sprawa, że w Polsce też nie czuję szczególnego zagrożenia. Żeby tylko więc nie było tak, że Facebook przpomni mi jeszcze tę Halinkę, w której się kochałem, kiedy miałem 6 lat i ja osiągnę taki spokój ducha, że od niego zwyczajnie zwariuję.

    OdpowiedzUsuń
  9. @jazgdyni
    Wizyta na stronie pięknej Lucy jest niemal tak samo niewinna jak wizyta u jej koleżanki w pracy. Tak że to akurat musiałbym wziąć na klatę.
    Jeśli jednak idzie o nasz disiejszy temat, ja tylko podziwiam, jacy oni są zdolni. I zastanawiam się, do czego?

    OdpowiedzUsuń
  10. @Zibik
    A co oni tam pokazywali? Czyżby wznowili produkcję Polskiej Kroniki Filmowej, czy byłeś na jakiejść nowej polskiej komedii?

    OdpowiedzUsuń
  11. @Toyah

    To taka ruska przezorność. Gromadzenie wszystkiego na wszystkich, bo nigdy nic nie wiadomo.
    A możliwości techniczne są jak najbardziej.
    A dodatkowo oni handlują między sobą, np. fejsbuk i nasza klasa, naszymi danymi.
    Nic już nie jest niewinne i prywatne.
    Zapomnijmy o tym na zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten fejs to mi kojarzy się z historyjką mojego młodszego brata, otóż jak był naprawdę młody, strasznie interesowało go video, jak to się dzieję że wkłada się takie małe pudełko(kasetę) a potem w telewizorze ogląda filmy, bajki, zwierzęta, góry i samochody. Jego ciągle to urządzenie korciło, aż pewnego dnia wsadził rękę do otworu na kasety. Klapka się uchyliła, ale że jego ręka kasetą nie była to się nie zablokowała, tylko klinowała jego rękę której nie mógł wyciągnąć.
    A że było to urządzenie jeszcze z czasów "romantycznych inżynierów" to tak łatwo "szadok magnetowid" brata nie puszczał. Młody dostał lekkiej histerii zanim wyciągnęliśmy mu dłoń. Nigdy więcej magetowidem się nie zainteresował... dużo później kupił sobie dvd.

    Jak przeczytałem regulamin tego fejsa to trochę zmiękłem, ale każda akcja to i reakcja, teraz powstaje diaspora portal dla neurotyków, paranoików i frików... :)
    Założenia mają bardzo górnolotne i chwalebne, ale kto postawi srebrną 5 dolarówkę na to że to nie własność via Kajmany fej&company ...

    A co do gromadzenia danych no cóż ich jest tak dużo że ciężko to zanalizować.

    A na zbójów nic nie poradzą oni sobie to w obrazie zaszyfrują i to takim co to oglądają tysiące nieświadomi ukrytej treści.. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. @Cmentarny Dech
    Całe szczęście, że kiedy miałem taką małą rękę, nie było magnetowidów. Inna sprawa, że były inne zagrożenia.
    Swoją drogą, ciekawy jestem, co dostaniemy po Internecie? Czyżby to miał być zwykły, tak dobrze nam znany Orwell? Człowiek sobie tylko coś pomyśli - i hop!

    OdpowiedzUsuń
  14. Cóż, mamy obiecane, że ,,bramy piekielne nie przemogą", ,,Ja jestem z wami przez wszystkie dni" i ,,większy jest Ten, który jest w nas od tego, który jest w świecie". Ale też ,,Sługa nie jest większy od swego pana. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować" J 15, 20 - czyż nie doświadczamy tego?

    Uczestniczymy w wielkiej sztafecie dziejów z (tak przykładowo zupełnie biorąc, bo przecie Ich WIELU): Piłsudskim i Jego: zwyciężyć i nie ulec to zwycięstwo, ks. Popiełuszką i: zsadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku, płk. Kuklińskim.

    Choć tacy zwykli (z pełnym szacunkiem, nie mówię o Was, bardziej o sobie) to TERAZ PORA na Nas.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.