O wojnie światów wciąż od nowa

Ktoś niezorientowany może się zdziwić, że na tym blogu, a więc w miejscu traktującym o polityce, a co więcej, traktującym o tej polityce w sposób jak najdalszy od pełnych serdecznych rozważań na temat tego, że Jezus nas wszystkich kocha, ukazuje się tekst tak bardzo religijny. I to religijny w sposób bardzo jednoznaczny. Ale też ktoś równie niezorientowany, może na to wszystko pokiwać szyderczo głową i powiedzieć, że przecież to oczywiste, że tu się odprawia jakieś nabożeństwa, no bo czego się można spodziewać po jakimś obłąkanym moderatorze jeszcze bardziej obłąkanego kółka różańcowego. Tak się jednak składa, że z obserwacji, jakie od lat prowadzę, wynika w sposób oczywisty, że czasy, których dożyliśmy, nie pozostawiają w tej kwestii wielkiego wyboru. Kiedy przychodzi do momentu, gdy trzeba się opowiedzieć za określoną cywilizacją, zapraszani są wszyscy. I katolicy i ateiści, ale też i tacy, którzy akurat nie mają w ogóle ochoty się nad tego typu kwestiami zastanawiać. I wielu z nich to zaproszenie przyjmuje. A że przy starciu cywilizacji liczy się przede wszystkim duch i serce, to już ani zasługa moja, ani tych, którzy tu się spotykają.
To jest trochę tak jak z tą bożonarodzeniową choinką, życzeniami, opłatkiem, kolędami o Jezusie Narodzonym, ale też i ze zwykłymi dzwonami kościelnymi, które jednym przeszkadzają, a innym nie. I z księdzem na pogrzebie, o którego jedni proszą, a inni wolą kogoś przebranego. To jest tak jak z ludźmi, którzy chodzą do kościoła w każdą niedzielę, a niektórzy z nich nawet jeżdżą na regularnie organizowane pod Krakowem rekolekcje. Jestem pewien, że wielu z nich religia nie przeszkadza w ogóle, innym tylko pod warunkiem, że nie jest jej za dużo i że przede wszystkim nie pojawia się niespodziewanie, a innym przeszkadza zawsze. Nawet na tych rekolekcjach. Nawet w cieniu Krzyża. A więc tekst taki jak przed nami, zawsze jest skazany na pewne ryzyko. Ryzyko wynikające nie z tego, że są wśród nas ludzie Kościoła i ludzie spoza Kościoła, lecz z tego, że nie każdy z nas rozpoznaje czasy. Zakładam że, jednak jak o to idzie, jesteśmy mniej więcej policzeni, A więc proszę czytać.
Świat, jak wszyscy wiemy – swoją drogą, ciekawe, że można to było zacząć już obserwować jakieś dwadzieścia lat temu – bardzo przyspieszył. W związku z tym pędem, niekiedy można odnieść wrażenie, że coś, co dla nas wydaje się być czymś, co kiedyś ledwo co nas czy to zadręczało, czy cieszyło, dla nowych pokoleń, stanowi już wyłącznie zamierzchłą przeszłość. Weźmy na przykład takie upodlanie Kościoła, czy w ogóle codziennej, polskiej pobożności. Ja na przykład świetnie pamiętam, jak na początku lat 90-tych zbliżała się pielgrzymka Ojca Świętego do Polski, a System – on już wtedy działał – pewien sukcesu, który miał już podobno być już tuż za rogiem, posunął się do tego, żeby Jego – nawet Jego – potraktować, jak całkowicie zbędną, zużytą już szmatę. Ja to świetnie pamiętam. I choć wiem, że – jak mówię – czas biegnie szybko i wiele z osob czytających ten tekst nie będzie umiało w to uwierzyć, mogę zaświadczyć ponownie – System jeszcze w tamtych dniach był gotów potraktować Jana Pawła II jak szmatę. Trudno mi powiedzieć, czy Donald Tusk był już wtedy doświadczonym piłkarzem, czy dopiero zaczynał, ale to pamiętam bardzo dobrze. Był to czas, kiedy Jan Paweł II przez System został potraktowany jak bezużyteczna szmata.
Na blogu, który prowadzę w innym miejscu, napisał ktoś niedawno, że Szatan z reguły działa niezwykle chaotycznie. Że jeśli ktoś myśli, że jest on świetnym organizatorem, i że każdy jego gest jest w swoim zamierzeniu starannie opracowany i pewny, znajduje się w głębokim błędzie. Jego wielkość polega wyłącznie na tym, że jest on w swoim działaniu niestrudzony. Że nic go nie zniechęci, że nic go nie powstrzyma, że nigdy nie zwątpi. Będzie nas zadręczał swoją upierdliwością do końca świata, Ale przy tym wyłącznie metodą prób i błędów. Pełny więc chaos.
Kiedy dziś obserwuję te wszystkie ataki, które są kierowane przeciwko mojemu Kościołowi, a razem z nim przeciwko mnie i tym wszystkim, którzy starają się nie utracić swojej pobożności, mam poczucie najczystszego deja vu. To wszystko już było, i wcale nie mam pewności, czy to co wciąż tak dobrze pamiętam, nie było znacznie gorsze, niż to z czym mamy do czynienia dziś. Nic na to jednak nie poradzę. Tak już mam, że wiele pamiętam, a wśród tego „wiele” są i twarze i imiona i słowa i gesty. Te dni zostaną już ze mną do końca.
Kiedy więc dziś patrzę, jak osoby z najróżniejszych politycznych i społecznych denominacji załamują ręce nad polskim katolicyzmem, polską religijnością i polskim Kościołem, pozostaje niewzruszony jak skała, bo wiem, że to z czym mam do czynienia dziś, jest dokładnie tym samym chaosem, na jaki jest skazany Szatan od wieków. On nie jest w stanie wykonać jednego zorganizowanego i przemyślanego gestu. To, jak zawsze, jest wyłącznie szamotaniną na poziomie zwykłych, żałosnych prób i błędów.
Jest jednak coś – coś jednak nowego – co przez te wszystkie lata pozwoliło mi nabrać pewności szczególnej, i – mam wrażenie – że dla nas dziś kluczowej. Otóż jedyny ratunek, a jednocześnie jedyne przekonanie co do tego, że tej skały nie przemogą bramy piekielne, leży dziś w tak zwanej pobożności ludowej. Nie ma bowiem – dziś widać to bardziej wyraźnie niż kiedykolwiek przedtem – że jedyna nadzieja, jedyny ratunek, i jedyna pewność ostatecznego zwycięstwa leży w tych ludziach ściskających w dłoniach swoje sterane godzinami modlitw różańce. Nie w oświeconych, świadomych katolikach. Nie w tzw. katolickiej inteligencji. Nie w biskupach, którzy zostali zaproszeni do uczestnictwa w zdobyczach współczesnej cywilizacji, i uznali to wydarzenie za wyróżnienie, a jednocześnie za swoją szansę i swoją przyszłość. Nasze zbawienie pozostaje w naszych rękach. Rękach ludzi ufnych i pobożnych.
Wciąż odwołuję się do swojej zbyt dobrej pamięci. Wśród tych wspomnień jest więc też artykuł jednego z wybitnych polskich biskupów, z czasów gdy przez tego nieszczęśnika jeszcze przemawiał Duch Święty. Przemawiał, a może nam się tylko tak wydawało. No ale to pamiętam. Pamiętam więc, jak broniąc polskiego, ludowego katolicyzmu, pisał ów biskup w jednej z niszowych i wtedy i tym bardziej dziś gazet o trzech Maryjach, idących do Grobu, i apelował do nas wszystkich, byśmy się zastanowili, czyż ten obraz nie jest najbardziej jaskrawym przykładem, najbardziej pokracznego polskiego odpustu? I te słowa były piękne – piękne tą prawdą, jaką z taką odwagą niosły. Dziś widzimy tego samego człowieka, jak lży tych, którzy wraz z dokładnie tymi samymi Maryjami obsypują polnymi kwiatami drogę Jezusowi.
I wciąż odwołuję się do tego co obserwuję na co dzień. Wczoraj w telewizji obejrzałem rozmowę jaką Grzegorz Miecugow – nigdy dość przypominania, ze człowiek szczególny – przeprowadził z dziś już profesorem i „panem”, byłym zakonnikiem Bartosiem. Ów Bartoś, zapytany o Prawo i Sprawiedliwość, najpierw bardzo naukowo nazwał tę partię partią „prawicowo-demagogiczną”, a następnie wyraził opinię, że całe poparcie, jakie Jarosław Kaczyński i jego projekt mogą kiedykolwiek uzyskać, pochodzi od ludzi biednych, bezrobotnych, pozbawionych szans, z małych zapomnianych miejscowości, którzy w pewnym momencie tej naszej transformacji się nie zmieścili. Że ten projekt, zwany przez niektórych pisofaszyzmem, odwołuje się do poczucia zwykłej, ludzkiej klęski. Na nic zdały się protesty Miecugowa, człowieka, jak by nie było służb, a nie jakiegoś nędznego Kościoła, który nie musi sobie nic wmawiać, i który wie, że nawet przeciętny idiotyzm ma swoje granice, że sytuacja nie jest taka oczywista. Bartoś trzymał kierunek dzielnie i bez jakichkolwiek kompromisów. Miecugow próbował go mitygować, ale Bartoś już nie jest przecież zwykłym księdzem. Z niego pełną gębą pan profesor, który wie, że nawet jeśli za tym poparciem dla Jarosława Kaczyńskiego i jego partii stoi coś takiego jak polski, głupi patriotyzm, on też wyrasta z poczucia odrzucenia. On to wie, bo on to przeczytał w podręcznikach. Oto piękny, w full kolorze pokaz tego, co z człowiekiem robi szatan, gdy ten mu z idiotycznym uśmiechem na twarzy otworzy wszystkie drzwi.
Wśród tych obelżywości, bądźmy więc z tymi wszystkimi ludźmi z kwiatami i z różańcami. Nie pozwólmy im cierpieć samotności. Tym wszystkim ludziom, każdego wieczora klękającymi przy swoich łóżkach do swojej codziennej modlitwy, klepiącymi bezmyślnie te pacierze, ściskającymi w swoich dłoniach te stare różańce – często z tą jedyną intencją, by zachować wierność, i nie zdradzić Tego, Kogo zdradzić nie wolno. Ale również z tymi, stojącymi dzień i noc pod tamtym krzyżem, którego już nie ma, a przecież wciąż jest. Choćby jako Słowo. I jako Znak. Bądźmy więc z nimi. Bo to własnie oni pozwalają nam zachować Wiarę i Ufność.
I nie dajmy się zwieść Temu Który Nie Opuści Żadnej Okazji, kiedy nam powie, że już po nas. Jemu już naprawdę nie pozostało nic więcej, jak tylko nasza niewiara i nasza obojętność. Tylko to. I aż to. Bądźmy wierni.


Powyższy tekst, w wersji minimalnie zmienionej, ukazał się wcześniej w Warszawskiej Gazecie. Polecam.

Komentarze

  1. i o tym znakomicie wiedzą żydzi chroniąc swój "ludowy" kręgosłup wiary szczególnie w nieprzyjaznym otoczeniu.
    To równie piękne i prawdziwe jak wcześniejsze słowa Księdza, że nadzieja w naszych dobrych kobietach.

    OdpowiedzUsuń
  2. @toyah

    Prostactwo nienawidzi prostoty.

    To jest klucz do zrozumienia tych, którzy pogardzają sypiącymi Jezusowi polne kwiaty.

    PS. Zobacz na przedstawienia Jezusa. Zawsze skromna szata. Zaś ten od piekła zawsze ma wytwornie zdobiony, modny kubraczek.

    OdpowiedzUsuń
  3. @krzychoppp
    Owszem. Bez kobiet jednak by się to wszystko zawaliło.

    OdpowiedzUsuń
  4. @orjan
    On by się świetnie prezentował na tych obślinionych lansem billboardach.

    OdpowiedzUsuń
  5. @orjan
    Pewnie że jest. Tyle że przebrany. Ja bym go wolał w tym zdobionym kubraczku.

    OdpowiedzUsuń
  6. @toyah

    Jest taki pan, który nazywa się Krzysztof Kłopotowski: krytyk filmowy usiłujacy filozofować i eksperymentujący z psychologią głębi Junga. Typowy okaz klerka, który myśli, że jeśli siedzi na płocie okrakiem, to nie dopuszcza sie zdrady, a intelektualne prowokacje (także na płaszczyźnie politycznej), są dla społeczeństwa ożywcze.
    I oto ten człowiek popełnia następujący tekst:

    "Należy też docenić i uszanować lud... Kilka dni temu przechodziłem obok pałacu prezydenckiego. W kącie przy Kordegardzie stał starszy, wąsaty mężczyzna trzymajac przed sobą drewniany krzyż swojej wysokości. Przed nim stał na chodniku drugi obrońca krzyża, ten był wysoki, miał około 40 lat, trochę zniszczony życiem, spokojny. Uderzyło mnie jego piękno: wewnętrznej siły, dumnej postawy, czystości błękitu oczu. Po prostu na Krakowskim Przedmieściu spotkałem najprawdziwszego Polaka, jakiego znamy z obrazów Grottgera, a który czasem się objawia w chwilach historyczych. Tacy ludzie chodzili do kolejnych powstań. Broniąc krzyża przed pałacem prezydenckim bronią Polski najlepiej, jak potrafią. Czują, że państwo musi być śmiertelnie zagrożone, skoro zginęła elita patriotyczna, więc bronią jak broni się zmarłych - modlitwą.

    Obrońcy krzyża, czy słuchacze Radia Maryja, to są ludzie jak chleb. Dzięki nim, tacy jak ja mogą uprawiać swe eksperymenty z wartościami mając pewność, że świat się nie zawali. Ktoś czuwa, by wstały ranne zorze."

    Nie wytrzymał ciśnienia zła?
    Zmądrzał?
    Prowokuje?
    To zresztą nieważne. Bo ostatni akapit, bez względu na stopień szczerości Kłopotowskiego, wyraża prawdę ponadczasową.

    Całość:
    Po co PiS? - Krzysztof Kłopotowski: "sam sobie sterem" - Salon24

    OdpowiedzUsuń
  7. Księże kochany,

    to jest rozłam kulturowy, a potem dopiero, z niego wynikający, polityczny. Ty (pardon, mogę?) masz matrycę Grottgera, a taki W. Mazowiecki ma za swoje światopoglądowe tło Komunistyczną Partię Polski. Czy tam Jakuba Wojewódzkiego. Co na jedno wychodzi, zresztą.
    Polska, i większość naszego kręgu kulturowego, pękła nieodwołalnie.

    Ja, Toyah, Ty, ściągniemy ze łba kaszkiet przed jedzeniem. W niedzielę lepsze portki na tyłek wzujemy. Taka różnica. A dalej, to już w postępie geometrycznym.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Don Paddington

    Ten enlightenment Kłopotowskiego świadczy o nim bardzo dobrze. Znaczy się, zachował wrażliwość.

    Ogień spod lawy, oby częściej!
    U innych też. Przypadków beznadziejnych bowiem nie ma, są tylko oporne.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Don Paddington
    Krzysztof Kłopotowski...
    On jest dla mnie jako człowiek za trudny. Nie podejmuję się objaśnienia. Jekyll i pan Hyde? Też pewnie nie.
    Ale ten tekst - ideał!
    Parę razy mu się zdarzyło. Parę.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Don Paddington

    Kłopotowski jest wystarczająco inteligentny i oczytany więc wybierając motto: "sam sobie sterem" chyba do czegoś świadomie nawiązał.

    Niemożliwe, by wykształcony człowiek jego pokolenia nie znał tych słów z ich oryginalnego kontekstu klucza.
    Ale, jeśli słowa te są autorską autodeklaracją, to sugerują ... dwuznaczność i pesymizm pogoni za żywiołkami drobniejszego płazu.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Don Paddington
    Pięknie napisał Kłopotowski, ale jedno mnie w tym cytacie nieprzyjemnie ukłuło: słowo "lud". W nim zawarł swój ogromny dystans i chłód, psujący całość. Jakby chciał zaznaczyć, że to rasa obca mu genetycznie, bo przecież on należy do tej lepszej, choć zdarzają mu się takie nagłe sentymenty. Parę lat temu też się ośmielił i dostał za swoje: w swoim programie filmowym zapytał trzech reżyserów tzw. młodego pokolenia (dobrze po 40), czy nie zechcieliby się zainteresować polską historią. Wszyscy trzej zrobili straszliwe grymasy, jakby za przeproszeniem wypuścił gazy w salonie, wydęli usta i tłumaczyli, że to ich nie interesuje, że to nie jest temat i w ogóle skąd taki idiotyczny pomysł. Biedak speszył się i nie wiedział, co powiedzieć. Potem chyba uznał, że lepiej się nie wychylać, co zwykle widać po jego blogu. A jednak znów nie wytrzymał, tyle że ten dystans... Jestem pewna, że w następnym wpisie - na pokutę za wyrażanie uczuć, które w nim buzują i których się boi - przywali Kaczyńskiemu.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Toyah
    Dla mnie najlepszym duszpasterzem była pani z kółka różańcowego, która zbierała na budowę kościoła w osiedlu. Przychodziła co parę miesięcy, przysiadała na krześle i zdawała sprawozdanie, jak jej idzie, co u niej słychać, a potem zaczynała mówić o Bogu. Można by to nazwać słowotokiem, bo nie mogła się zatrzymać, dopóki jej się nie przerwało. Na początku wzdychałam w duchu i zbroiłam się w cierpliwość, obiecując sobie, że za 10 minut jej przerwę. A potem siedziałam z nią i nie chciało mi się przerywać ani wtrącać, bo to nie była gadanina, ani pouczanie, ani działalność misjonarska. To były niezwykle piękne, mądre, własne, wypełnione miłością i chwilami olśniewające myśli. Po jej wyjściu miałam wrażenie, jakby wywietrzyła mi pokój i wpuściła świeże powietrze.

    OdpowiedzUsuń
  13. @toyah & tayfal & orjan

    No tak... Kłopotowski to przypadek człowieka, który sądzi, iż jest możliwe aby przez całe życie "nie lgnęła do niego fala, ani on do fali". Źle powiedziałem: on tak sądził (o ile oczywiście ostatnim swoim tekstem nie ściemnia). Do pewnego momentu mogło mu się wydawać, że możliwa jest całkowita neutralność polityczna, światopoglądowa, kulturowa i jaka tylko chcecie, a wszystko co jest w stanie zainteresować tak wysublimowany umysł, podlega niczym nieograniczonym, naznaczonym wieloznacznością intelektualnym zabawom.
    Aż tu nagle: "Puk! Puk! Panie Kłopotowski! To ja, pęknięty świat kultury, polityki, wartości. Stoi pan na moich dwóch połówkach, które za chwilę się rozjadą. Niech pan nie bedzie głupi i nie próbuje robić szpagatu. Już nie ten wiek na takie rzeczy. Poza tym, to nic nie da. Trzeba sie zdecydować albo na jedną połówkę, albo na drugą.
    Trzeba przylgnąć do jakiejś fali..."

    Piszę o tym wszystkim ze względu na wojnę światów, w czasie której nawet ktoś taki jak Kłopotowski, przestał pozować (daj Boże!) na neutralnego "Szwajcara".
    A najlepsze (i znamienne) jest w tym to, że w owej wojnie wysublimowanie umysłów rozmaitych Kłopotowskich (i być może naszych umysłów) jest niewiele znaczącym dla ostatecznego wyniku boju harcowaniem, a ludowa pobożność "ludzi jak chleb", to militarny, cieszący powonienie jak napalm o poranku high-tech.

    OdpowiedzUsuń
  14. @Marylka
    Powiem szczerze że ten "lud" zadziałał na mnie tak, że w pierwszej chwili sądziłem, że będziemy z Kłopotowskiego jak zawsze szydzić. A on taki tekst!
    Pewien nasz kolega mówi mi jednak że tym co mówi Kłopotowski nie powinniśmy się przejmować. Jeśli ma rację, to znaczy że z nim jest naprawdę źle. Bo to by był tylko zwykły teatr. A teatr na tym poziomie to prawdziwa rozpacz.

    OdpowiedzUsuń
  15. Takich "siedzących okrakiem" na płocie (bo jeszcze nie na barykadzie) jest znacznie więcej. I to dosyć przyzwoitych ludzi, jak choćby Igor Janke (tak mi się wydaje (że przyzwoity), choć Toyah powinien wiedzieć lepiej).
    Natomiast enigmą dla mnie jest w ostatnich dniach pani Kluzik Rostowska. Nie mogę skumać, o co tak dokładnie jej chodzi. Taka dosyc pokrętna (przepraszam wszystkie blogierki) kobieca logika. W rezultacie szkodzi jak cholera.

    No, ale jak już powiedziało się, że wojna, to trzeba się wyposażyć w wykrywacz f-f (z angielska - swój czy wróg). Nie ma miejsca na Szwajcarię.

    OdpowiedzUsuń
  16. Don Paddington
    Myślę sobie o tym Kłopotowskim, i ciekawi mnie bardzo ten fragment o tym, że kiedy lud się modli to Kłopotowski z kolegami mogą "eksperymentować z wartościami mając pewność, że świat się nie zawali". To jest chyba odpowiedź. On zwyczajnie się bawi. A co mu w tej układance wyjdzie, to już kwestia podmuchu.

    OdpowiedzUsuń
  17. @toyah

    Dobrze ujęte. Na to z nim wygląda.

    Ale nie tyle "on się bawi", co "on sobie na cudzy rachunek jaja robi".

    Tego "grottgerowskiego" otaksował niczym przedwojenny wachmistrz konia na maneżu. I tyle jego zaangażowania.

    W razie czego, obowiązkiem konia jest zawieźć do bezpiecznego domu.

    OdpowiedzUsuń
  18. @orjan
    Głupia sprawa z tym Kłopotowskim. Ja bym go chętnie oszczędził, bo mam wrażenie, że on się jednak stara.
    Spotkałem go dwa razy w życiu i za każdym razem on był sam. To znaczy nie plotkował z jakaś bandą swoich kumpli, ale stał zupełnie sam. Co więcej dało się z nim porozmawiać. Byle jak, owszem, ale przynajmniej nie nadymał się jak nie przymierzając Semka czy Ziemkiewicz.
    Ja podejrzewam że on może być uczciwy. Tyle że go nikt nie szanuje. Ani my, ani tym bardziej oni. Więc on tak stoi sam z tym kieliszkiem czerwonego wina i duma. No i coś tam zawsze wyduma. Teraz wydumał tego Grottgera. I wszyscy się pukają w czoło.
    No ale mogę się mylić. Jak zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  19. @toyah

    No, więc ja tak samo, bo - jak już wcześniej zaznaczyłem - doceniam tkwiący w nim potencjał. W sumie szkoda mi, że korzysta z niego tak, jak korzysta.

    Na pewno nie powiem, że jest taki-owaki, ale z mojego punktu widzenia, on marnuje się i marnuje swoje zdolności na byle co.
    Na pewno jest w nim jakiś nonkonformizm i odmowa płynięcia z brudnym prądem, a to już daje nadzieję.

    OdpowiedzUsuń
  20. @Toyah
    @Orjan
    Mam podobne odczucia. Jest mi go trochę żal. To stary typ inteligenta, który wierzy, niejako dziedzicznie, w prawdziwe wartości, i w życiu prywatnym się ich trzyma, ale uważa, że jest na tyle odporny, że może sobie pozwolić na kumanie się z wszelkim cholerstwem. Natomiast kompletnie nie zdaje sobie sprawy dokąd to już zaszło. I nie przesadzałabym z jego potencjałem, o którym pisze orjan. Gdyby go miał, jednak by się zorientował.

    OdpowiedzUsuń
  21. @Marylka

    A jeśli na to nakładałaby się mizantropia? To nawet, gdyby się zorientował, to i tak zostałby w miejscu.

    PS.: Czy my czekamy, aż PAP doniesie o przypadku czkawki?

    OdpowiedzUsuń
  22. @Orjan
    Jest jedno doniesienie, które odbiega od czkawkowej normy:
    http://www.salon24.pl/news/67080,jest-zawiadomienie-ws-niszczenia-wraku-tupolewa

    OdpowiedzUsuń
  23. @orjan
    Nie doniesie. To by wymagało naświetlenia sprawy. A to już się nikomu z nich nie opłaca.

    OdpowiedzUsuń
  24. @toyah

    Masz na myśli, że my tu gadamy, a tymczasem problem się przedawnił?

    Teraz wszystko takie ulotne ...

    OdpowiedzUsuń
  25. @Marylka
    Ojej! A kto to komu i na kogo doniósł? Czyż oni się teraz za bardzo nie zestresują?
    No i co na to powie ten niemiecki cieć? Sam swoim własnym uchem słyszałem jak on mówił, że można to wszystko w cholerę zniszczyć, bo i tak już wszystko wiadomo, co i jak. Ruscy mu wyjaśnili.

    OdpowiedzUsuń
  26. @orjan
    Nie. Chodzi o to że on był tylko z naszych durnych łbach.

    OdpowiedzUsuń
  27. @toyah

    No i co z tego, że tylko w łbach?

    Miałem takiego pułkownika, który ryczał:

    "Podchorążowie! U mnie, w przyrodzie nic nie ginie!"

    OdpowiedzUsuń
  28. @Toyah
    Rodziny doniosły do prokuratury. W tym Jarosław Kaczyński. PAP doniósł o doniesieniu.
    A kto to jest niemiecki cieć?

    OdpowiedzUsuń
  29. @Marylka

    To jest żaden news. On będzie, jak rodziny doniosą do prokuratury na prokuraturę.

    Uzasadnienie wydaje się zbędne.

    OdpowiedzUsuń
  30. Jak tytuł "O wojnie światów" to nie jest poniższe trollowaniem.

    Otóż w Salonie pani Teresa Bochwic omawia dobre rozważania Józefa Darskiego.
    A przede wszystkim, bardzo trafiającą mi do przekonania tezę,że
    nie ma wojny polsko - polskiej; jest wojna polsko - ruska.
    Oto drobny cytat z Józefa Darskiego:
    „Tymczasem trwa wojna polsko-sowiecka. Z jednej strony Polska niesowiecka usiłuje wytworzyć własne elity, odzyskać państwo i bronić swych interesów, z drugiej zaś postsowiecki establishment walczy o zachowanie monopolistycznych pozycji możliwych jedynie w demokracji fasadowej (...).Stąd wynika obrona interesów rosyjskich jak własnych i wszechogarniające kłamstwo.”

    Ciekawe podejście.
    Szczególnie mając przed oczami Tusku w żelaznym uścisku Putina i Buca przepraszającego za nic po rusku.

    OdpowiedzUsuń
  31. @jazgdyni
    Fakt. Podejście i ciekawe i celne. Pomysleć, że nawet nie przyszło mi do głowy. Tak to się często jednak dzieje z tym co oczywiste.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?