niedziela, 28 listopada 2010

Obrazki spod ściany

Poniższy tekst napisany został niemal tydzień temu, a w miniony piątek można go było poczytać w Warszawskiej Gazecie. Oczywiscie wszystko się szybko zmienia, ale co nam szkodzi spojrzeć nieco wstecz. Zapraszam.


Okres powyborczy, z którym mamy dziś do czynienia jest o tyle szczególny, że skupia w sobie kilka kwestii na tyle istotnych, że każda z nich właściwie mogłaby stanowić temat sam w sobie. Kłopot więc polega na tym, że jeśli chce się skomentować na bieżąco mijający tydzień, siłą rzeczy musi powstać pewna kompilacja. Pewien dość chaotyczny obraz czasów i tak już mocno chaotycznych. No ale, mamy pewne zobowiązania i pewne ambicje, a więc nie można w żaden sposób zostawić tej sprawy nie załatwionej. Nawet jeśli dziś wyjątkowo ten felieton stanie się czymś bardzo – może zbyt bardzo – wielowątkowym.
Już na swoim blogu parokrotnie zwracałem uwagę na z jednej strony bardzo dziwaczną szczególność lokalnych wyborów akurat w naszym kraju. Chodziło mi mianowicie o to, że z jednej strony oficjalna polityka władz – a za nią oficjalna propaganda – zmierza do tego, by polskie państwo scedowało wszelką odpowiedzialność na poziom lokalny, a z drugiej, z powodu dramatycznego stanu polskich elit politycznych, coś takiego jak poziom lokalny praktycznie nie istnieje. Zamiast tego mamy wyłącznie skorumpowane, niekompetentne i często całkowicie przypadkowe władze miast, gmin i dzielnic. Nawet jeśli gdzieniegdzie miejscowe środowiska polityczne czy samorządowe zdołają wyłonić tę jedną osobę, która okaże się sprawnym i zdolnym urzędnikiem, i tak cała reszta rozbije się o tę nigdy niekończącą się ścianę pustogłowa i najbardziej ordynarnego egoizmu.
Mimo to, jak już wspomniałem, tendencja jest taka, by myśl o potrzebie rozwijania wszechpotężnej władzy lokalnej stała się powszechna i jedynie słuszna. Po to właśnie, by możliwie każdy obywatel zapamiętał, że cóż tam jakieś parlamenty, cóż partie, cóż gabinetowe przepychanki. Tak naprawdę zwykły człowiek ma w nosie politykę, a to go co prawdziwie pasjonuje, to ten most, to boisko, ten podjazd, ta droga. No i przede wszystkim ten jeden, jedyny, prawdziwy, kompetentny i przede wszystkim bezpartyjny samorządowiec. Jest to oczywiście straszne i bezwzględne kłamstwo, a potworność tego kłamstwa jest tym większa, że jego autorzy wbijają nam je w głowy w ramach czystej i jednoznacznej polityki, do tego polityki jak najbardziej partyjnej.
Dlaczego twierdzę, że całe to gadanie o bezpartyjnych regionach to kłamstwo. Z tego prostego powodu, że mam swoje oczy, swoje uszy i swój własny rozum, i wiem co się dookoła dzieje. Dziś na przykład poszedłem pod mój lokal wyborczy, żeby sobie poczytać, jakie wyniki wyborów uzyskał ten mój katowicki, tak bardzo chwalony w mediach, region. Tych kartek tam było mnóstwo i wszystkie do kupy tworzą pełny chaos, więc chciałbym zwrócić tu uwagę tylko na trzy elementy, które, moim zdaniem świetnie uzasadniają moją tezę. Otóż w Katowicach prezydentem został już w pierwszej turze Piotr Uszok. Bezpartyjny, niezależny – i to chyba rzeczywiście niezależny – urzędnik. Czy dobry, najlepszy, kompetentny? Myślę, że nie najgorszy, ale to akurat nie ma tu żadnego znaczenia. Wygrał Uszok, w pierwszej turze pokonał kandydata Platformy Obywatelskiej, i wieść poszła taka, że oczywiście stało się tak a nie inaczej, bo ludzie partii nie lubią, natomiast to co się liczy to bezpartyjna fachowość.
Jeśli jednak przyjrzeć się wynikom wyborów dokładniej, natychmiast się okaże, że ugrupowanie popierające Uszoka – komitet przynajmniej oficjalnie całkowicie bezpartyjny i politycznie niezależny – w tych wyborach całkowicie poległ. Mieszkańcy Katowic uznali, ze Uszok jest świetnym, znakomitym i jedynym kandydatem na prezydenta miasta, natomiast jego ludzie – ci, którzy go na to stanowisko rekomendowali – to banda nieudaczników. Natomiast zdaniem mieszkańców Katowic, najlepiej o nasze miasto zadbają politycy Platformy Obywatelskiej, a więc te same osoby, które jedyne co były w stanie spośród siebie wygrzebać na poziomie władzy bezpośredniej, to jakiś jąkający się bałwan z ambicjami rządzenia wielkim miastem. Mało tego. Mieszkańcy Katowic uznali, że absolutnie najlepszym ze wszystkich kandydatów Platformy Obywatelskiej nie będzie żadna z tych eksponowanych na plakatach wyborczych osób z poważnymi samorządowymi, gospodarczymi, społecznikowskimi i biznesowymi rekomendacjami, ale niejaki Andrzej Zydorowicz – sportowy dziennikarz od lat na emeryturze. W dodatku ten sam Andrzej Zydorowicz, który w powszechnej opinii od dwóch już kadencji uchodzi za najbardziej leniwego radnego. Za kogoś kto w najbardziej bezczelny sposób, jeśli w ogóle przychodzi do Ratusza, to wyłącznie po to, żeby załatwić jakiś interes, albo odebrać pieniądze. Dlaczego nienawidzący polityki, ale kochający Platformę Obywatelską mieszkańcy Katowic tak go pokochali? Nie mam pojęcia. Jedyna odpowiedź, jaka mi przychodzi do głowy, to ta, że to TEN Zydorowicz.
Ja wiem, że w Katowicach Prawo i Sprawiedliwość to ugrupowanie powszechnie znienawidzone. Wiem też, że tu z jakiegoś powodu zawsze wybierano takie firmy jak kiedyś Unia Wolności i Związek Górnośląski, czy dziś Platforma Obywatelska, i takich polityków jak Buzek, Religa, czy Kutz. A więc twarze i projekty mocno osadzone w najbardziej ordynarnym mainstreamie. A zatem nie mam ochoty się tu spierać i komukolwiek zarzucać brak rozumu, czy serca. Ich sprawa, ich wybór. Chodzi mi o to jedynie, że – przynajmniej jeśli idzie o moje Katowice – sytuacja jest taka, że ludzie głosują na to, na co im każe głosować telewizor i gazeta. Jeśli to będzie polityk, niech będzie polityk, jeśli to będzie dziennikarz sportowy, może być dziennikarz, jeśli to będzie urzędnik bez przydziału – proszę bardzo, niech będzie i on. A jeśli to będzie brutalna, bezwzględna, polityczna partia, o czysto partyjnych ambicjach i idealnie politycznym programie – może być partia.
Wczoraj w telewizji Grzegorz Miecugow zastanawiał się, jak to się stało, że Warszawiacy na swojego prezydenta tak przygniatającą większością wybrali partyjnego funkcjonariusza, zamiast bezpartyjnego fachowca. Oczywiście, słowem nie pisnął na ten temat, że Hanna Gronkiewicz Waltz to, nawet nie przy Bieleckim, ale w ogóle, absolutna porażka. Mimo to widać było, że go ta cała sytuacja zwyczajnie rozbawiła. Ale od razu odpowiedział sam sobie, że to niby Warszawa jest taka szczególna. W innym momencie pojawił się problem, dlaczego mieszkańcy Olsztyna w wyborach prezydenckich dali najwięcej swoich głosów człowiekowi, którego jeszcze niedawno odwołali w lokalnym referendum za to że zgwałcił swoją pracownicę. I znów odpowiedź była taka, że może oni po prostu tam w tym Olsztynie tacy są. Ja bym jeszcze mógł zadać wiele tego typu pytań, na które odpowiedź będzie zawsze taka sama: Bo może oni tacy są. Ale jestem pewien, że to jest odpowiedź tylko częściowo słuszna. Oczywiście, oni tacy są, ale dobrze by było wiedzieć, dlaczego? I dlaczego większość z nas właśnie jest taka jakaś dziwna? Wydaje mi się, że mam na to odpowiedź, ale żeby jej udzielić chciałbym opowiedzieć słowo o Bogatyni.
Otóż w minionych wyborach mieszkańcy Bogatyni, miasta szczególnie doświadczonego przez tegoroczne powodzie, ludzie często pozbawieniu domów i majątku, biedni, ciężko pokaleczeni ludzie, poszli gremialnie do wyborów i przy ponad 60 procentowej frekwencji na swojego burmistrza wybrali pisowskiego kandydata, dotychczasowego burmistrza, Andrzeja Grzmielewicza, a jak by ktoś myślał, że oni go polubili, bo był dla nich jakąś lokalną gwiazdą, to niech wie, że oprócz niego wybory też wygrało jego – jak najbardziej pisowskie ugrupowanie. Jeśli też ktoś myśli, że im się coś w głowach poprzewracało przez tę powódź, niech może też zwróci uwagę na fakt, ze na tego Grzmielewicza głosowało też dużo ośrodków w ogóle przez powódź nie ruszonych. Po prostu, ludzie w tej Bogatyni, uznali, że im się podoba prezydent z PiS-u, a więc też logicznie podjęli decyzję, żeby i do Rasy Gminy też głosować na PiS, i w ten sposób zachowali przynajmniej intelektualny i ludzki ład, a więc coś, czego Grzegorz Miecugow i wielu innych komentatorów tak bardzo wszędzie bezskutecznie poszukuje.
Co więc różni ludzi w Bogatyni od ludzi w Katowicach i w większości regionów w Polsce. Moim zdaniem to, że albo przez swój niezbadany charakter, albo może przez to swoje straszne doświadczenie, oni uznali, że osiągnęli ten stan, kiedy mogą myśleć samodzielnie. Że im nikt nic nie będzie suflował. Że choćby nawet do nich helikopterem przyleciała Małgorzata Foremniak z Kubą Wojewódzkim i zaczęli im za darmo rozdawać mikrofalowe kuchenki, to oni ich potraktują jak obcych. A więc z grzeczną uwagą i z niczym więcej. Bo oni akurat co mają wiedzieć, już wiedzą, i z tej wiedzy wyciągają wnioski.
Otóż problem Katowic, Warszawy, Olsztyna i wielu innych miejsc w Polsce jest taki, że ich mieszkańcy, skutkiem z jednej strony wieloletniej propagandy, a z drugiej jakiegoś fatalnego, niewyjaśnianego rozpaskudzenia, przestali być ludźmi, a stali się wyłącznie konsumentami. Bardzo brutalna i ściśle kontrolowana polityka Systemu doprowadziła ich do tego stanu, że oni wiedzą wyłącznie to, co wiedzieli już wcześniej, ale jednocześnie coś co im wiedzieć dalej pozwoli System. To jest trochę tak, jak ten bałwan z Rejsu, który mówi, że on słucha tylko tych piosenek, które już zna. W Katowicach ludzie wiedzą, że jest Uszok, i choć to nieznane im dziwadło z Platformy jest od niego – jak mówią na mieście – lepsze, to głosowanie na Uszoka jest bezpieczniejsze, a przede wszystkim dozwolone. Im jakimś cudem nikt nie powiedział, że na Uszoka nie wolno. Głosują na Platformę, bo na Platformę głosować trzeba, a głosują na Zydorowicza, bo na Zydorowicza pozwolili, a poza tym oni go znają z telewizji. Oczywiście wśród nich są obywatele bardziej uświadomieni i karni. Ci nie mają wątpliwości. Głosują na Platformę, na ich prezydenta i na ich numer jeden na liście.
Na Warszawie nie bardzo się znam. Natomiast podejrzewam, że tam mechanizm jest daleko bardziej prosty. Chodzi o to, że nie głosujemy na PiS. Głosujemy na Establishment. Czy gdyby swoją kandydaturę na prezydenta stolicy zgłosił Andrzej Wajda, albo Maja Komorowska, to oni by z Gronkiewicz wygrali? Zależy. Gdyby Establishment zadecydował, że bierzemy Wajdę – wzięliby Wajdę. No albo kogokolwiek innego. No a co by było, gdyby Establishment pozostawiłby Warszawiakom wolną rękę? Kiedyś, jak dobrze pamiętamy, wybrali Lecha Kaczyńskiego, a wcześniej najlepszy wynik w wyborach do Sejmu zrobił tam Jarosław Kaczyński. No ale dziś mamy czasy inne. Nowoczesne. Więcej wokół supermarketów, więcej bankomatów, a i telewizory są też lepsze. Więc albo by nie poszli do wyborów, albo zaczęliby świrować. Jak mieszkańcy Olsztyna. Czy bliżej nas – Mysłowic.
O co więc chodzi? Mianowicie jak zawsze o nienawiść. Jedyne co ludzie w Polsce wiedzą, to to, że trzeba nienawidzić PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego. To jest jedyny przekaz i jedyny obowiązek. Trzeba nienawidzić PiS-u i wszystko co się robi, robić z tym założeniem. Że nie wolno wykonać jednego przyjaznego gestu pod adresem „kaczyzmu”. A poza tym można wszystko. Można nawet być idiotą. Idą zresztą czasy, kiedy to ostatnie będzie wręcz mile oczekiwane. O tak! Bycie idiotą może być już niedługo nawet warunkiem uzyskania pewnych, nieznanych dziś jeszcze, bonusów.
Patrzę na ten krajobraz po wyborach i widzę pełny, idealny, cuchnący jak siedem szatanów chaos. Nawet jeśli gdzieniegdzie można dojrzeć ślady jakiegoś pozornego choćby ładu, on jest natychmiast zasypywany stertą śmieci. Nie ulega bowiem wątpliwości, że doszło do tego, ze gdyby nie Prawo i Sprawiedliwość, za pozwoleniem Brukseli czy Strasburga, wybory w ogóle prawdopodobnie można by po prostu zlikwidować. Jeśli państwo wciąż poświęca pieniądze, czas i siły na to, by zorganizować nam raz na jakiś czas to święto demokracji, to tylko po to, by jeszcze raz spróbować zablokować PiS-owi dostąp do publicznej domeny. Oczywiście można by zrobić to wszystko szybciej i sprawniej, czyli po prostu zabić Jarosława Kaczyńskiego, ale jakoś czy to nie staje odwagi, czy stanowi to po prostu zbyt duże przedsięwzięcie.
Ale fakty są jednoznaczne. Z punktu widzenia państwa i jego służb, nie ma w tej chwili dla Polski ważniejszej rzeczy niż usunięcie Jarosława Kaczynskiego i jego projektu ze sceny. Proszę spojrzeć, co się dzieje wokół nowego ugrupowania Joanny Kluzik Rostkowskiej. Nie ma takiej części Systemu, ale i też fragmentu sfery zewnętrznej, karmionej i karmiącej System, które by w jakikolwiek sposób źle się wypowiedziały o tej nowej partii, lub o którymkolwiek z jej przedstawicieli. Ja dziś patrzyłem w telewizji, jak oni pozowali do jakiegoś zdjęcia, i wokół widziałem twarze dziennikarzy. Oni wszyscy byli w stanie krańcowego uniesienia. Wczoraj Monika Olejnik rozmawiała z Januszem Palikotem i oboje aż prześcigali się wzajemnie, żeby powiedzieć coś dobrego o tych ludziach, niedawno jeszcze publicznie potępionych wiecznie i do końca. Niedawno Stefan Niesiołowski pozwolił sobie na to, by nazwać ich ludźmi sensownymi i inteligentnymi. Jeszcze wcześniej parę dobrych słów poświęcił im i zadeklarował swoje poparcie Lech Wałęsa.
Ja rozumiem, że to wszystko polityka i – wbrew tej całej gadce o lokalnej władzy i o budowaniu – tylko o nią tu chodzi. Są jednak pewne granice. Dotychczas było tak, że w tego typu sytuacjach, w celu zachowania pozorów, pewne elementy Systemu były proszone o zachowywanie dyskrecji. Żeby zwyczajnie nie spalić akcji. Przypomnijmy sobie, co się działo, kiedy z PiS-u odchodził Marek Jurek i Artur Zawisza z kumplami. Przecież było nie do pomyślenia, żeby Lech Wałęsa, czy Jerzy Urban oferowali im swoje usługi. Nie dlatego, że ich oferować nie chcieli – bo jak najbardziej chcieli i mogli – ale po prostu jednym i drugim nie wypadało. Dziś już nie tylko Lech Wałęsa, nie tylko komuniści, nie tylko Monika Olejnik, nie tylko banda sprzedajnych jej kolegów po fachu, ale nawet Janusz Palikot im otwarcie kibicuje. Doszło do tego, że ten własnie Palikot otwarcie i jednoznacznie opowiada, jak on jeszcze we wrześniu spotykał się z Kluzik, żeby z nią rozprawiać na temat sposobów zniszczenia Jarosława Kaczyńskiego – ten sam Palikot, który niedawno na swoim blogu opublikował komiks nawołujący bezpośrednio do krwawej i najbardziej okrutnej fizycznej eliminacji poszczególnych polityków PiS-u – a opinia publiczna nie widzi w tym nic niestosownego. Więcej – nikt z zaangażowanych w to bezpośrednio polityków i dziennikarzy nie widzi w tym nic niestosownego. Ja się autentycznie nie zdziwię, jeśli za tydzień czy dwa, u Rymanowskiego w programie wystąpi Poncyljusz z Urbanem, i na dokładkę z Kiszczakiem na ekranie studyjnego telewizora, i cała czwórka będzie debatować na temat ostatecznego końca języka nienawiści.
O czym to może świadczyć? Tylko o jednym. Oni doszli do ściany. Wiedzą, że dopóki Jarosław Kaczyński żyje, nie mają żadnych szans. A zabić go z jakiegoś powodu nie mogą. Demokratycznie pokonać też nie. Zamknąć mu ust też nie. Rozbić mu partię – bardzo na to liczą, robią co mogą, ale już widać, że z tego też nic nie będzie. Sytuacja jest zupełnie niezwykła. Myślę sobie dziś, jak to co się dziś dzieje będzie relacjonowane przez historyków za ileś tam lat, i przychodzi mi do głowy tylko jedna opcja. Te lata zostaną opisane jako wojna mafii z polskim narodem, czy może polskim państwem, a może z polskim patriotyzmem. Zwał jak zwał. Obojętne. Obraz jest jasny. Z jednej strony Polska, z drugiej mafia. I tak już to musi pozostać. Przynajmniej na razie.

6 komentarzy:

  1. Autorze, powiedz mi jedną rzecz. Po co PO miałaby usuwać Jarosława?

    OdpowiedzUsuń
  2. @japo16
    Jeśli dotychczas sam tego nie zgadłeś, to moje wyjaśnienia zdadzą Ci się jak psu na budę.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah

    Ja odbieram wszystko co się aktualnie dzieje na polskiej scenie politycznej jako beznadziejne miotanie się. Polityka bez ładu i składu, bez wektora i celu.
    Jakaś taka beznadziejna sytuacja się wytwarza jak w latach 80-tych po stanie wojennym.


    Ps. Sława i chwała twórcom Wiki-leak. Dobre jest wszystko co osłabia światowy system.

    OdpowiedzUsuń
  4. @jazgdyni
    Ja mało wierzę, że System można osłabić, rozpuszczając plotki o tym że Amerykanie brzydko mówią o Niemcach a Niemcy o Amerykanach. To jest tak jakby nagle okazało się że Pawlak powiedział o Tusku, że to głupek, a Tusk o Pawlaku - że to wiejski burak. Bez znaczenia. Wszyscy i tak jedzą z jednego talerza.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Toyah
    @Jazgdyni
    To chyba nie tylko plotki, ale też spiski. Z takiej ilości dokumentów musi się wyłonić obraz działania systemu. Tyle że to się dostało w ręce uczestniczących w systemie gazet, które będą serwować to co zechcą.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Marylka
    No właśnie. Do tego jeszcze te media. A one akurat są często jeszcze gorsze.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.