wtorek, 24 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 3

Dziś kolejne refleksje śp. Zyty Gilowskiej. Brak słów.

Szanowny Panie Krzysztofie,
Pana wpis o „Vivie” i obywatelce Katarzynie Glince (http://toyah1.blogspot.com/2011/12/o-kurwach-idiotach-i-czarnym-libido.html) zrobił mi wielką przyjemność, piękna sprawa. Czytałam mężowi na głos i od razu poczułam się lepiej. Niestety, od Wigilii choruję. W samo rozdawanie prezentów (w naszej rodzinie mamy tak samo jak u Was – dużo, dużo pod choinką, dzieci roznoszą dorosłym, co jest proste tylko do czasu, ponieważ w trakcie rozdawania zawsze jakieś karteczki się pourywają i dorośli zbiorowo odgadują kogóż to Gwiazdor tym osamotnionym pakunkiem chciał obdarować) zaczęłam intensywnie kaszleć, słabnąć, itd. itp. Prawie że popsułam to rozdawanie, ale jednak dobrze zorganizowana rodzina może wszystko, nawet chorego zmusić do entuzjazmu. A dzisiaj napisał Pan naprawdę przenikliwy tekst, odważny i dojrzały do bólu (http://toyah1.blogspot.com/2011/12/pfizer-vs-zus-remis-ze-wskazaniem.html). Mnie w chorobie zawsze jest smutno i smutniej. Wiem skąd się bierze (niby z przemęczenia, ale coraz częściej się „przemęczam” pomimo różnych ostrożności moich bliskich i mnie samej), wiem dlaczego się rozwija (dołącza się proces zapalny), wiem jak przebiega (organizm musi się odciążyć), brr... Po liście Pana leków zorientowałam się, że ma Pan ciut za wysokie ciśnienie i za wysoki poziom cholesterolu, da się z tym żyć (moja ś.p. Teściowa z takimi problemami dożyła do 91 lat). Proszę się dobrze namyśleć nad tym Sortisem, ponieważ ostatnio podnoszą się głosy, że farmakologiczne obniżanie poziomu cholesterolu jest bardziej szkodliwe niż ów cholesterol, też zresztą niejednoznacznie szkodliwy. Oczywiście, nie jestem lekarzem, ale miałam tak potężne przeprawy z medycyną, że w kilku sprawach nabyłam wiedzę superspecjalistyczną, dostępną nielicznym (zwłaszcza w Polsce), niestety zawsze „po fakcie”. Tychże faktów, z których każdy odrębnie kwalifikowałby się na całkiem malowniczy proces, ale nie w naszych realiach, było kilka i w sumie nieodwracalnie zepsuły mi układ krążenia. Potrzebowałam 4 lat, żeby się z sideł medycyny wysupłać i niestety, natychmiast wpadłam w następne. Nie wiem co było przyczyną takiej naiwności – może „przekleństwo profesorów, że wierzą innym profesorom?”, a może Poeta mądrze napisał, że „każdy takie widzi świata koło...”. Problem lekarstw jest jasny – lekarstwa kupujemy, znamy je, czytamy ulotki. Dużo ciemniejszą sprawą jest problem aparatury medycznej, różnych wszczepianych urządzeń, implantów, płynów, drutów, stawów, to są potężne pieniądze, ciche zamówienia, wielkie szpitale, wielkie cierpienia i równie wielkie oszustwa. Wobec medycyny człowiek staje jak niegdyś wobec wioskowego szamana, pełen strachu i nadziei. Ja obecnie jestem całkowicie „na nie”, odmawiam „współpracy”, a po 10-dniowym pobycie na oddziale intensywnej terapii (dla „dyskrecji”, bo aż taka chora to nie byłam) i przyjrzeniu się z bliska okolicznościom „ratowania życia”, odmawiam udania się nawet w pobliże jakiegokolwiek szpitala. Naturalnie, w międzyczasie medycyna faszerowała mnie zbędnymi chemikaliami i jak już zaczęłam „im” nie wierzyć, to na całego. Przy okazji dowiedziałam się, jak kiepsko działają, gdy są potrzebne. Przypuszczam, że najsilniej działa sygnalizacja genetyczna oraz ruch. A także – co chyba najważniejsze – poczucie zadowolenia z życia. Na brak szczęścia jest tylko miłość. I tego Panu NAJSERDECZNIEJ ŻYCZĘ.
Pozdrawiam,
Zyta Gilowska

Zapraszam jak zwykle do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam najszczerzej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz