niedziela, 1 maja 2016

Zanim Jarosław Kaczyński zabierze nam telewizor, czyli niech się święci 1 maja

Dzisiejszy post jest o tyle szczególny, że składa się z dwóch tekstów, starego i nowego, jednak połączonych w jeden. Oba dotyczą naturalnie tej samej kwestii, ale ponieważ, jak się zdaje, jeden bez drugiego istnieć nie może, bardzo proszę przeczytać to, co zostało tu wrzucone jeszcze dwa lata temu, a potem, swego rodzaju komentarz z dzisiaj. A zapewniam, że przed nami sprawy ważne w sposób wyjątkowy.
Jak pewnie wszyscy mniej lub bardziej, jesteśmy tego świadomi, przekaz medialny w Polsce (a pewnie nie tylko w Polsce) dzieli się na trzy rodzaje wiadomości. Pierwszy z nich, ten najbardziej szeroki, to wiadomości, które pojawiają się w popularnym obiegu na jeden lub dwa dni, a następnie zostają wyparte przez inne, nowsze, a więc ciekawsze. A więc, jest to historia ugotowanego w samochodzie dziecka, jakiegoś Jacka z Ciechanowa, który się przebrał za rabina, czy informacja o tym, że prokuratura nie chce postawić zarzutów jakiemuś gangsterowi.
Drugi typ wiadomości, to te, które żyją całymi tygodniami i nawet na moment nie schodzą z czołówek gazet i telewizyjnych programów informacyjnych. To są rewelacje związane z tym, że posłanka Pawłowicz nazwała Władysława Bartoszewskiego pastuchem, że kolejny ksiądz okazał się pedofilem, czy ewentualnie, że mieszkańcy Jasienicy wciąż nie mogą się pogodzić z decyzją o odwołaniu swojego proboszcza. To jest ten rodzaj newsa, który będzie wklejany w popularną świadomość tak długo, aż ludzie zaczną tą informacją zwyczajnie wymiotować – wtedy poszuka się czegoś nowego.
No i jest oczywiście jeszcze ten rodzaj informacji, gdzie o zdarzeniu słyszymy raz… i już nigdy więcej. Kiedy już zostanie stworzone owo alibi, sprawa zostaje natychmiast zamknięta i nie ma na całym świecie jednego dziennikarza, który uznałby za stosowne temat pociągnąć. Wbrew pozorom, w dzisiejszym, bardzo otwartym, świecie, gdzie różnego rodzaju idee krążą praktycznie bez przeszkód, tego typu news faktycznie nie istnieje. Tak naprawdę, jeśli się zastanowić, chyba nie ma takiej możliwości, by gdziekolwiek, kiedykolwiek i cokolwiek zdołało się ukryć przed dociekliwym spojrzeniem człowieka. Pamiętamy, jak kilka lat temu w Bangladeszu runął wielki budynek, w którym lokalni niewolnicy produkowali odzież dla największych światowych sieci i zginęły tysiące ludzi. Oczywiście, dzięki gwałtownej interwencji Systemu, mimo że z dnia na dzień liczba ofiar rosła w tempie zastraszającym, światowe media tematu posłusznie nie ruszały, no ale już zarówno Wikipedia, jak i znany nam portal boston.com zareagowały w jednej chwili, a więc kto miał oczy i uszy odpowiednio otwarte, o tym co się stało gdzieś w dalekim i egzotycznym Bangladeszu, usłyszał. A to akurat, co z tą informacją zrobił, to już inna historia. W każdym razie efekt tego nieszczęścia był taki, że takie marki, jak na przykład polski Reserved zdecydował na swoich produktach nie umieszczać informacji o tym, gdzie ich towar jest wytwarzany. A więc nawet to, nawet coś na tym poziomie czarnego biznesu, też się nie dało rady ukryć.
Ale popatrzmy na poziom bardziej nam bliski i prosty, tak niemal bliski i prosty, jak szczere spojrzenie Henryka Wujca. Oto też już parę lat temu wspomniany Wujec jechał samochodem, potrącił na przejściu człowieka, podobno go ciężko poturbował… i w tym momencie sprawa została skutecznie wyciszona. A nie da się ukryć, że było o czym dyskutować. Rzecz w tym, że Wujec, skutkiem wcześniejszego, również samochodowego, wypadku, ma tylko jedno oko, a więc kiedy spowodował ów tajemniczy wypadek, jak się zdaje, w ogóle nie powinien był kierować. Rzecz też w tym, że z jednej strony, jako ważna postać współczesnej polskiej historii, a także pracownik kancelarii prezydenta RP i – co tu dużo mówić – autorytet pełną gębą, on powinien być tu w znacznie trudniejszej sytuacji, niż jakiś choćby i głupi licealista, który ukradł rodzicom auto i spowodował nieszczęście. Nic z tego. Po tym, jak w pierwszym dniu sprawa dostała się do ogólnopolskich mediów, nastąpiła cisza, która trwa do dziś. O tym, co z Wujcem, co z tym przechodzącym po pasach człowiekiem, nie powie nam nikt: ani „Newsweek”, ani „Polityka”, ani „Wprost”, ani portal wpolityce.pl, ani Telewizja Republika, ani „Gość Niedzielny”. W całym kraju nie znajdzie się jeden dziennikarz, jednak redakcja, jedne środowisko, które zainteresuje się losem tych dwojga ludzi i tego jednego wypadku. Nie muszę tu oczywiście dodawać, że gdyby za kierownicą tego samochodu nie siedział Henryk Wujec, a dajmy na to poseł Suski, nawet kryzys konstytucyjny zszedłby na dalszy plan.
No ale mamy tu z jednej strony ten Bangladesz, a więc wymiar globalny, a z drugiej jakieś resztki po tak zwanej „solidarnościowej rewolucji”, która z pewnych nieistotnych dla tego akurat tematu przyczyn wciąż jest reżimowi przydatna. Jest jednak coś idealnie po środku, a więc wydarzenie o rozmiarze, owszem, lokalnym, ale jednak obejmujące przestrzeń znacznie bardziej szeroką od Henryka Wujca i jego zaledwie odrobinę ważniejszych od niego protektorów. Mam tu na myśli kwestię tak zwanego „podatku telewizyjnego”.
Szczerze powiedziawszy nie wiem, czy ów news sprzed paru lat dotyczący urzędowej decyzji, że abonament radiowo-telewizyjny zostaje zachowany, a wszyscy ci, którzy za podpuszczeniem premiera Tuska przestali go płacić, mają swoje zobowiązania uregulować pod groźbą egzekucji skarbowej, oraz decyzji owej praktycznych implikacji, wykroczył poza przestrzenie wyznaczane przez domowe gospodarstwa. Domyślam się, że coś tam i gdzieś tam na ten temat w publicznej przestrzeni się ukazało, jeśli jednak idzie o mnie, to ja o wszystkim dowiedziałem się od mojego teścia, który któregoś dnia mnie poinformował, że on właśnie dostał polecenie zapłaty zaległego abonamentu za radio i telewizor za minione pięć lat, no i że właśnie bardzo grzecznie poszedł z tymi pieniędzmi na pocztę.
Opowiem może trochę o moim teściu. Otóż jest to przede wszystkim człowiek, który nigdy w życiu nie miał żadnych długów, który zawsze wszystkie swoje rachunki płacił w terminie, krótko mówiąc, jest to ten typ obywatela, który, jeśli idzie o relacje z Państwem, prowadzi specjalną księgowość, do której nie może się wkraść choćby jedna nieścisłość. To jest ktoś taki, kto, gdyby specjalnie dla niego szukać odpowiednika w popularnej kulturze, stanowi wręcz parodię ojca z klasycznego dziś już serialu „Wojna domowa”. To po pierwsze. Druga rzecz jest taka, że politycznie on jest w takim miejscu, gdzie jeśli premier Tusk, a za nim telewizja TVN24, mówią mu, że telewizyjnego abonamentu płacić nie należy, bo to są pieniądze wydane na najbliższą wyborczą kampanie Kaczyńsssssssskiego, on, choćby nie wiadomo jak wbrew swojemu wrodzonemu charakterowi, informacje tę przyjmuje z całym dobrodziejstwem inwentarza i posłusznie nie płaci.
No i stało się tak, że któregoś dnia mój teść otrzymał wezwanie do natychmiastowego, pod groźbą egzekucji skarbowej, uregulowania zaległości wobec PiSssssssssowskiej telewizji, i ją w jednej chwili uregulował. Nie przez Internet, bo akurat nie korzysta, nie przez jakieś bankowe przelewy, ale normalnie, udając się na pocztę i przynosząc im te pieniądze w przysłowiowych zębach.
A co u mnie? Otóż ja, owszem, przez minione lata również nie płaciłem abonamentu radiowo-telewizyjnego, tyle że moje argumenty były zupełnie inne od tych, podawanych przez mojego teścia. Ja przestałem płacić abonament dlatego, że przede wszystkim nie miałem pieniędzy, pod drugie nie miałem głowy, by wobec znacznie poważniejszych długów zajmować się takim głupstwem, jak te 15, czy 30 złotych co miesiąc, czy dwa, no i wreszcie po trzecie, gdy idzie o to na co mam wydawać swoje ciężko zarobione grosze, to jeśli ktoś tak dobrze poinformowany jak Donald Tusk mi choćby sugeruje, że tu czy tam mogę sobie odpuścić, to ja oczywiście sobie odpuszczam. W mojej dramatycznie nędznej sytuacji ekonomicznej, jeśli premier polskiego rządu informuje mnie najwyraźniej, jak tylko na to pozwala mu zajmowane przez siebie stanowisko, że nadszedł czas obywatelskiego nieposłuszeństwa, ja – nie ze względu na niego i moje dla niego oddanie, ale przez zwykły finansowy rozsądek – płacić przestaję.
Ja, podobnie jak mój teść nieco wcześniej, również dostałem nakaz zwrócenia Państwu tych około 1500 złotych za minione pięć lat. Różnica była tylko taka, że ja ze swoim długiem nigdzie nie pobiegłem. Ja pismo z Poczty Polskiej ostrzegające mnie przed tym, co się może stać, jeśli się będę stawiał, wyrzuciłem do śmieci. Dlaczego? Z dwóch z kolei względów. Przede wszystkim, mimo że wiedziałem, że ów protest mogę sobie wsadzić w dowolną dziurę, postanowiłem, że w sytuacji, jaką mamy, ja im dobrowolnie tych pieniędzy nie dam. Skoro sam premier Tusk zapewniał mnie, że on osobiście dopilnuje, by ten abonament został zlikwidowany, ja w sposób zupełnie naturalny mogłem uznać, że każdy grosz, jaki zaniosę na pocztę, będzie groszem wyrzuconym w błoto. Ja musiałem tę informacje zrozumieć w ten sposób, że jeśli, mimo zapowiedzi premiera, będę płacił bez sensu ten abonament, kiedy już Trybunał Konstytucyjny i wszystkie inne autorytety prawne ogłoszą, że ten akurat podatek od początku był bezprawny, nikt mi nigdy tego co zapłaciłem nie odda. A więc protest.
Drugi powód, dla którego pismo z Poczty Polskiej zlekceważyłem, był już bardziej praktyczny. Ja zwyczajnie nie miałem fizycznej możliwości, poza oczywiście wzięciem tak zwanej „chwilówki”, by te 1500 złotych skądś wytrzasnąć. Moje życie w ostatnich latach jest tak ułożone, że jeśli ja gdzieś trafię 1500 złotych, to ja z nimi idę do tych, co przy moim gardle trzymają pięknie naostrzony nóż, a nie na pocztę, bo okazało się, że polityczni doradcy Donalda Tuska coś tam przekombinowali.
A zatem zaległości wobec KRRiT nie uregulowałem i spokojnie czekałem na rozwój wypadków. Po jakimś czasie otrzymałem pismo z mojego Urzędu Skarbowego. Grube jak jasna cholera, albo, że się tak wyrażę, jak owe pięć lat, kiedy to polski rząd prowadził swoją grę, a w środku informacja, że oni zajmują mi konto, żeby ściągnąć te telewizyjne pieniądze. A ja w tej sytuacji mogę tylko powtórzyć za artystą, że „wiedziałem, że tak będzie”. Bo taka jest prawda. Ja wiedziałem, że przyjdzie nowy rok, że któregoś dnia oni będą mi chcieli z konta zabrać te pieniądze, że ja oczywiście na tym koncie akurat nie będę miał ani grosza, a jeśli nagle jakimś cudem pojawi się tam coś większego i oni to zajmą, to przynajmniej nikt mi nie powie, że się przestraszyłem, albo że uznałem swoją winę i się ukorzyłem.
Stało się więc jak się stało. Oni mi zablokowali konto do czasu aż udało im się wreszcie odebrać mi te 1500 złotych, a ja się do dziś zastanawiam już tylko nad jednym: czy Donald Tusk, albo jego żona, przez ubiegłe pięć lat płacili ten abonament? Czy istnieje taka możliwość, że on z jednej strony namawiał nas, żebyśmy się nie zachowywali jak ciemna pisowska masa i żebyśmy jednego grosza nie dali na tę rzekomo publiczną telewizję, a z drugiej regularnie, co dwa miesiące chodzili, on albo ona, na pocztę i regulowali to co wiedzieli, że regulować trzeba teraz i z pewnością będzie trzeba w przyszłości? I nie chodzi mi o to, że ja się czuję pokrzywdzony, że twierdzę, że polska władza mnie oszukała; gdyby moja sytuacja finansowa była lepsza, ja bym ten abonament nawet wbrew reżimowej propagandzie płacił. Chcę natomiast tylko wiedzieć, czy Donald Tusk, podobnie jak mój teść, pewnego dnia zeszłego roku otrzymał owo wezwanie do zapłaty zaległych opłat.
No i jeszcze jedno. Ja nawet nie działam w imieniu mojego teścia i innych, jemu podobnych starszych panów, którzy przez swoją nienawiść do PiS-u musieli się nagle któregoś dnia dodatkowo wykosztować. Ich sprawa – ich problem. Te jakieś 1500 złotych to był mój dług, który musiałem spłacić, i który był wynikiem mojej własnej beztroski, niezaradności, czy jak to tam nazwiemy, taki sam, jak te wszystkie kredyty, zusowskie składki, czy zaległości w prostych comiesięcznych rachunkach i szkoda na to wszystko słów.
Tylko to jedno mnie dręczy: czy Donald Tusk dostał to wezwanie? No i jeszcze coś. Skąd ta cholerna cisza? Czyżby to ona była tu prawdziwym problemem.
Otóż, jak się wydaje, ona faktycznie jest problemem w tym sensie, że gdyby nie ona, nie byłoby najmniejszego sensu, by w ogóle do sprawy wracać. A tymczasem jest tak, że przestrzeń, w jakiej żyjemy, zaczyna ubogacać kwestia tak zwanego „podatku za telewizor”, jaki to faszystowski rząd Prawa i Sprawiedliwości ma zamiar najpierw nałożyć na Bogu ducha winnych obywateli, a następnie go skutecznie egzekwować. Okazuje się, że wspomniany wcześnie faszystowski reżim uznał za stosowne przyjąć, że państwowe radio i telewizja to wartość powszechna i zwrócił się do ogółu o to, by każda rodzina dołożyła się do tej wartości sumą 15 zł. miesięcznie.
W związku z rwetesem, jaki się podniósł to tu i tam, oraz deklaracjami, że PiSsssssss nie dostanie od nas ani grosza, chciałbym wszystkich poinformować, że w czasach, które wyżej opisywałem, a które były wyznaczane przez rządy Platformy Obywatelskiej miałem w domu trzy wizyty pracowników Urzędu Skarbowego, wszystkie bez zapowiedzi i wszystkie w związku z niezapłaconym przez mnie podatkiem za telewizor. Pierwszy raz pojawił się u mnie pan, żeby sprawdzić, w jakich warunkach żyję, że nie jestem w stanie uiścić wspomnianego wcześniej 1500 za również wcześniej wspomniany telewizor, za drugim razem pojawił się kolejny pan, by mi wręczyć odpowiednie pismo, a przy trzeciej okazji, kiedy wszystko już było uregulowane, a moje konto w banku odblokowane, z samego rana pojawił się kolejny urzędnik, który zażyczył sobie 35 złotych, jakie ja jeszcze państwu Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego, jak się okazało wciąż jeszcze zalegałem. Ponieważ akurat nie miałem w domu zażyczonej gotówki, a urzędnik Urzędu Skarbowego powiedział, że on bierze wszystko, co jest pieniądzem, to dałem mu pozostałe nam po wyprawie do Budapesztu 2 tys. forintów, dołożyłem do tego parę złotych i w ten sposób rozliczyłem się z władzą Platformy Obywatelskiej.
I nie skarżyłbym się oczywiście na owe trzy wizyty, gdyby nie fakt, że teraz nagle okazuje się, że Polska wpadła w czasy terroru Urzędów Skarbowych. Otóż to, z czym mamy do czynienia dziś, to jedyne sensowne wyjście z owego przedziwnego stanu, z jakim mamy do czynienia od zawsze. Żeby dziś tych, którzy jako pierwsi postanowili zaproponować sensowne wyjście z tego absurdu obrzucać najgorszymi obelgami, trzeba mieć w sobie coś specjalnego. A to, że oni to coś mają, zdążyliśmy się przekonać przez minione miesiące.

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69. Zapewniam, że to jest ostatnia stacja, a na niej również moje książki. Serdecznie polecam.

2 komentarze:

  1. Dzień dobry,
    To jest chyba mój pierwszy komentarz na Pana blogu, choć czytam go od dosyć dawna. Mój wujek, samotny kawaler dostał podobne wezwanie od urzędu skarbowego, a ja pomagając mu rozwiązać sprawę zainteresowałem się ta kwestia. Według tego co wyczytałem w sieci, aby poczta ściągnela ten abonament musi najpierw mieć zajestrowany odbiornik albo radiowy albo telewizyjny. W praktyce odbiornik musi mieć przyporządkowany numerek. No i cały paradoks polega na tym ze poczta to do ludzi wysyła i w świetle prawa nie musi mieć podpisu danej osoby potwierdzającego zajestrowany odbiornik. Wystarczy ze stwierdzi ze powiadomienie zostało wysłane i cześć. Jest nawet strona www opisująca cały proceder i instruujaca ludzi jak mogą się bronić. Ludzie wymienia się doświadczeniem na forum.
    Z wyrazami szacunku pozdrawiam - czytelnik

    OdpowiedzUsuń
  2. @flexybily82
    Miło mi bardzo Pana tu widzieć. Co do sameego tematu, to wszystko nie ma znaczenia, w momencie gdy pojawia się Urząd Skarbowy.

    OdpowiedzUsuń