wtorek, 10 maja 2016

Matura Petru, czyli ile tabliczek z napisem "Duda na Wawel" mieści się na metrze kwadratowym?

Od minionej soboty cała Polska jest zajęta rozgryzaniem zagadki dotyczącej faktycznej wielkości warszawskiej demonstracji KOD-u z przyległościami i wygląda na to, że miną tydzień, dwa, trzy, miesiąc, miną lata, a i tak na końcu tej debaty podręczniki historii, zależnie od tego, czy przygotowane przez jedną, czy drugą stroną politycznego sporu, będą informować, że największa antyrządowa demonstracja zgromadziła a to półtora miliona, a to zaledwie 45 tysięcy uczestników.
Problem przed jakim stoimy my, obserwatorzy z zewnątrz, jest taki, że to co otrzymujemy to przede wszystkim telewizyjny obraz z helikoptera, na którym widać dużo ludzi zgromadzonych w jednym miejscu. Bardzo dużo ludzi, a nasze możliwości oceny owego obrazu nie wychodzą w najmniejszym stopniu poza to, że jeśli ktoś nam powie, że tam jest milion osób, to my to przyjmiemy za fakt, ale tak samo za fakt przyjmiemy to, że ktoś nas poinformuje, że tych ludzi jest 20, 30, czy 40 tysięcy. Popatrzmy na przeciętny stadion piłkarski w Wielkiej Brytanii. Widzimy tę czarno-szarą plamę ludzi i naprawdę większość z nas nie jest w stanie ocenić, czy ich tam jest 30 tysięcy, czy dwa razy więcej. Dużo i kropka. Gdybyśmy nie byli kibicami i nie wiedzieli, że na przeciętnym stadionie nie ma 100 tysięcy miejsc, pewnie część z nas mogłaby nawet uznać, że tam siedzi i śpiewa 100 tysięcy osób.
A zatem nie wiemy nic poza tym, że oto w jednym miejscu pojawiło się bardzo dużo ludzi. I w tym momencie w Warszawie dochodzi do antyrządowej demonstracji, od dłuższego już czasu zapowiadanej, jako największy antyrządowy protest w najnowszej historii Polski, widzimy ten nieprzeliczony tłum, dowiadujemy się, z jednej strony, że tam jest 250 tysięcy ludzi, a z drugiej, że zaledwie 45 tysięcy i jedyne co możemy, to drapać się po głowie i zastanawiać, czy to jest więcej, niż na stadionie piłkarskim, czy mniej. No i możemy jeszcze coś, a mianowicie apelować do tych, co liczą, by nam pokazali, w jaki sposób oni liczyli. No ale i tu też, pod warunkiem że nie jesteśmy politycznie odpowiednio sformatowani, sytuacja nie jest prosta, bo właściwie jedni i drudzy powołują się na argumenty, które z naszego punktu widzenia brzmią równie przekonująco. I nie zmieni tego nawet to, że ktoś przyjdzie i da słowo honoru, że on ich wszystkich policzył zupełnie tak samo, jak John Lennon policzył 10 tysięcy maleńkich dziur w miejscowości Blackburn w hrabstwie Lancashire, bo my mu i tak albo uwierzymy, albo nie.
Czy więc naprawdę nie ma dla nas już żadnej nadziei? Czy już zawsze część z nas będzie musiała wierzyć temu, co mówi Leszek Balcerowicz z rodziną, Władysław Frasyniuk, lub posłanka Pihowicz, a część dziennikarzom TVP i zaproszonym przez nich redaktorom tygodnika „W Sieci”? A więc tak by się wydawało, gdyby nie jeden mały szczegół, na który ja akurat zwróciłem uwagę jeszcze w dzień wspomnianego marszu i dzięki czemu mam święty spokój. Otóż w pewnym momencie przedstawiciel warszawskiego Ratusza, broniąc swoich szacunków, poinformował, że oni najpierw przyjęli założenie, że na jednym metrze kwadratowym pochodu zwykle mieszczą się średnio trzy osoby – czasem dwie, innym razem cztery, ale statystycznie to są zawsze trzy osoby – następnie sprawdzili, ile metrów kwadratowych zajmuje ulica, po której idą ludzie, plus okoliczne uliczki, gdzie przecież też potencjalni demonstranci mogą się znajdować, wszystko pomnożył razy trzy i mu wyszło 240 tysięcy obywateli.
Mnie z tego wszystkiego zainteresowały wyłącznie te dwie, trzy, cztery osoby na metr. Ja wprawdzie z zasady nie biorę udziału w tego typu okazjach, a więc jedyne doświadczenie jakie posiadam w tej mierze, to wizyta papieża Bendykta w Krakowie, kiedy to w przejściu podziemnym między Pantami a dworcem, znalazłem się z trzema innymi osobami w kwadracie metr na metr i do dziś Bogu dziękuję, że przeżyłem, oraz coroczna Droga Krzyżowa w przedwielkanocny piątek, a to drugie doświadczenie mi mówi, że gdybym ja tylko spróbował się wbić w dowolny kwadrat metr na metr, to osoba ów kwadrat zajmująca, choćby nie wiadomo jak pobożna, by się dyskretnie odsunęła, albo mi powiedziała, żebym się nie pchał. Moje doświadczenie, jakie wnoszę z Drogi Krzyżowej mówi mi, że kiedy ludzie idą w ulicznym pochodzie, to każdy z nich ma dla siebie jakieś dwa metry kwadratowe. No może z wyjątkiem sytuacji, gdy idzie ojciec z małym dzieckiem, albo zakochani i trzymają się za ręce, to wtedy te dwa metry zgodnie dzielą między siebie.
A zatem, jeśli poważny człowiek z warszawskiego Ratusza staje przed kamerą i mówi mi, że spokojny, idący szeroką ulicą pochód jest z reguły stłoczony tak gęsto, że każdy kolejny metr kwadratowy dzielą między siebie dwie, trzy, albo cztery osoby, to ja wiem, że mam do czynienia albo z bezczelnym cwaniakiem, albo idiotą. I mu nie wierzę. I każdy wynik, jaki on mi podaje dzielę natychmiast przez cztery. I daję słowo, że nie potrzebuję już nic więcej. W momencie gdy on już przyznał, że jako podstawę swojej metody przyjął przekonanie, że na jednym metrze kwadratowym spokojnego pochodu znajdują się średnio trzy osoby, to nawet jeśli padnie na kolana, położy dwa palce na sercu i przyrzeknie mi uroczyście, że on tych ludzi dla pewności policzył jeszcze przy pomocy chińskiego wskaźnika laserowego, to ja i tak będą miał w głowie już tylko tych przytulonych do siebie demonstrantów z flagą i tabliczką z napisem „Duda na Wawel”.
A zatem, mam propozycję do wszystkich. Dajmy już spokój z tym nieszczęsnym pochodem i tą desperacją ludzi złych, podłych i gnuśnych. Przede wszystkim gnuśnych. Jestem pewien, że to owa gnuśność ich zabije. A ja wtedy kupię sobie jakąś lepszą flaszkę. Oczywiście z czystej nienawiści.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić książki moje, Coryllusa i wielu innych autorów. Polecam gorąco i szczerze.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz