niedziela, 5 czerwca 2011

Adele vs. John Lennon 7:1

Film Rolanda Joffe – tego od ‘Misji’ – zatytułowany ‘Killing Fields’, jak ci, którzy mieli go okazję oglądać, wiedzą, traktuje o komunistycznej rewolucji w Kambodży. ‘Killing Fields’ to film znakomity. Bardzo poruszający, a w niektórych momentach tak okrutny, jak okrutny był ów szczególny projekt. To jednak, co na mnie osobiście zrobiło tam wrażenie największe, to scena, która właściwie film zamyka. Lub może jeszcze inaczej. Scena, która następuje po tym, jak już wszystko się kończy. Otóż kiedy jesteśmy już poza ostatnią sceną z tego filmu, siedzimy wbici w swoje fotele, i nie potrafimy ani nic powiedzieć, ani nawet mrugnąć okiem, zaczynają płynąć dźwięki tej piosenki. Piosenki, która przez tyle lat była symbolem tego wszystkiego, co w muzyce pop najpiękniejsze i najbardziej wybitne. Ale też symbolem tego, czym dla wielu muzyka pop jest nawet i dziś – mianowicie przesłaniem miłości, pokoju i przyjaźni. Otóż film Rolanda Joffe kończy się piosenką Johna Lennona ‘Imagine’.
Jak mówię, cały film jest wart obejrzenia, a każda jego scena odpowiedniego przeżycia, natomiast to co Joffe postanowił zrobić Lennonowi na koniec swojego filmu, stanowi przykład tak cudownie brutalnego szyderstwa, że reakcja na nie może być tylko dwojaka – albo nieskończony podziw, albo zazdrość, że nikomu z nas, którzy przecież nie od dziś wiedzą, z jakim to umysłem mieliśmy do czynienia, nie udało się pokazać tego, czym jest komunizm i co on potrafi zrobić z człowiekiem… no, może faktycznie, nie do końca intelektualnie sprawnym, niemniej jednak – człowiekiem.
Nie mam zamiaru tłumaczyć tu, w jaki sposób eksperyment jaki Pol Pot przeprowadził na swoim narodzie stanowił modelowy przykład komunistycznej rewolucji, ani tym bardziej też nie mam ochoty wchodzić tu w szczegóły tego strasznego eksperymentu. Nie planuję też opowiadać czytelnikom tego bloga, co takiego John Lennon postanowił przekazać światu w swoim wielkim przeboju, i w jaki sposób ów przekaz sprowokował Rolanda Joffe do tego, by zamykając swój film, w tak okrutny sposób wykorzystać ten szczególny popis nie tyle artystycznego – bo co by nie mówić, John Lennon jakiś tam artystą przynajmniej od czasu do czasu był – co ludzkiego geniuszu tego nieszczęśnika. Zakładam, że skoro już ktoś uznał za stosowne czytać to, co tu powstaje, to i jedno i drugie albo wie beze mnie, albo jest w stanie sobie wszystko skutecznie sprawdzić. Pisząc ten tekst bowiem, mam na uwadze nie tyle komunistyczne obsesje jego twórców i jego słynnych sympatyków, lecz relacji między nami, tak zwanymi konsumentami sztuki, a sztuki tej dostarczycielami.
Wielokrotnie, jak na blog polityczny przecież przede wszystkim, dawałem tu do zrozumienia, że od wszelkiego typu artystów – czy są nimi aktorzy, piosenkarze, muzycy, czy nawet i literaci – wymagam jednego: żeby każdy z nich mnie bawił, wzruszał, lub zachwycał pod względem czysto estetycznym. Z mojego punktu widzenia, rola artysty powinna się właśnie sprowadzać do tych, i tylko tych, paru elementów. Jak idzie o Andrzeja Wajdę, czy Daniela Olbrychskiego, czy nawet Rolanda Joffe, lub Roberta deNiro – tak znakomicie występującego we wspomnianej na początku ‘Misji’ – ja nie mam w stosunku do nich żadnych innych wymagań, jak tylko te związane z tym, co oni robią w ramach swojej działalności zawodowej. Powiem więcej, mam bardzo mocne przekonanie – którego do dziś zresztą nie udało mi się do końca zracjonalizować – że artyści akurat stanowią tę grupę społeczną, od której, na poziomie pozaartystycznym, wymagać akurat należy znacznie mniej niż od innych. A jeśli tak się zdarzy, że któryś z nich mnie miło zaskoczy – tym lepiej i dla mnie i dla nich.
I oto przed nami dwóch twórców. Z jednej strony, reżyser filmowy Roland Joffe, a z drugiej – piosenkarz i kompozytor John Lennon. Jakim człowiekiem po wyjściu ze studia nagraniowego był John Lennon, wiem aż nazbyt dobrze. Z tego co zdążyłem przez wszystkie tamte lata, kiedy on był jeszcze wśród nas, i to był jak najbardziej aktywnie, zauważyć, mam o nim opinie jedną: John Lennon był nadętym bucem, durniem i tandeciarzem. On, nawet jako samodzielnie występujący artysta, poza paroma wypadkami, nie wykazał się niczym szczególnym, a może nawet, jeśli wziąć pod uwagę takie piosenki jak ‘Jealous Guy’, to pokazał, że jest w stanie osiągnąć niekiedy poziom jeszcze niższy, niż jego polscy epigoni, występujący onegdaj pod nazwą ‘Universe’. Ale niech już mu będzie. Tych parę piosenek – jeśli tylko postaramy się nie słuchać ich tekstów – są jego i nikt mu ich nie odbierze, natomiast cała reszta, to eksplozja takiego skretynienia, że to iż on potrafił się jakoś uczepić tej starej pudernicy Yoko i przeżyć jakoś przy niej tych kilka dobrych lat, trzeba mu zaliczyć jako i tak już wielki sukces. Natomiast fakt, ze w pewnych środowiskach on do dziś funkcjonuje jako autorytet, to już akurat kwestia w ogóle upadku tego świata, i nie powinniśmy się temu za bardzo dziwić. Jeśli autentycznym autorytetem jest Lech Wałęsa, to czemu nie John Lennon?
Jakim człowiekiem jest Roland Joffe – nie mam pojęcia. Czy jest kimś miłym, czy niesympatycznym, mądrym czy głupim, porządnym, czy wręcz przeciwnie – diabli go wiedzą. Nie wiem nawet, co on sądzi o wszystkich tych sprawach, które nam tutaj nie dają spokojnie zmrużyć oka. I, powiem uczciwie, nie za bardzo mnie to w ogóle interesuje. To co o nim natomiast wiem, to to, że z całą pewnością nakręcił dwa wybitne filmy i kilka marnych, no i to, że kręcąc c film o tym zabójczym eksperymencie w Kambodży, nie zrobił tego, co by pewnie zrobiłby jakiś Oliver Stone, czy jakiś Steven Spielberg. A mianowicie puścił to ‘Imagine’, jako apel do prezydenta Stanów Zjednoczonych o opamiętanie, lub szalenie błyskotliwą sugestię, ze człowiek niestety nie chce się przyczynić do tego, by piękne marzenie Johna Lennona się ziściło, ale może w przyszłości, jak już przybędą tu kosmici, to świat znormalnieje. On zrobił coś zupełnie przeciwnego. Swój film zakończył tym cudownym i tak bardzo inteligentnym przesłaniem, oraz refleksją na temat tego, co w dzisiejszym świecie rujnuje zarówno człowieka, jak i jego dzieło – a mianowicie socjalizm. I za to go lubię. Lennona nie lubię, a Joffe owszem.
Niniejszy tekst, podobnie jak jeden z poprzednich, również postaje na swego rodzaju zlecenie. I to zlecenie ze strony jednej osoby – mojego kolegi Kozika. To on – kiedyś, jak sam przyznaje, wielki fan Johna Lennona – poprosił mnie, bym coś o tym Lennonie napisał. Bardzo to trudna sprawa. Cóż można pisać o człowieku, którego największe artystyczne osiągnięcie sprowadza się do ułożenia następujących słów:
Wyobraź sobie, że nie ma państw
To nie jest wcale takie trudne
Nie ma zabijania ani umierania
I religii nie ma też”?
No ale, jak widzisz, Przyjacielu, staram się. A na koniec chciałem Ci zaproponować coś bardzo, ale to bardzo innego od tego Lennona. Mam na mysli piosenkarkę o imieniu Adele. Podobnie jak to się ma z Rolandem Joffe, nie wiem o niej niemal nic, poza tym, że nagrała dwie bardzo dobre płyty i ma świetny głos. Że, moim zdaniem, wygląda okay i nie jest chuda. I że, kiedy ją zapytano o opinię na ten właśnie temat, odpowiedziała w ten sposób:
Uwielbiam dobrze zjeść i nie znoszę się gimnastykować. Nie mam czasu, żeby chodzić na siłownię… Nie chcę być na okładce Playboya, czy Vogue. Chcę być na okładce Rolling Stone lub Q. Nie tworzę trendów… Jestem piosenkarką… Wolę ważyć tonę i nagrać świetny album, niż wyglądać jak Nicole Richie i zrobić jakieś gówno. Moim celem w życiu jest nigdy nie schudnąć”.
I to jest dla mnie to, czego wymagam od artysty., żeby śpiewał piosenki takie jak spiewa Adele, żeby je śpiewał tak jak je śpiewa Adele, a jeśli już się chce odzywać w sprawach ogólnych, to żeby mówił rzeczy takie jak mówi Adele. Ponieważ kiedy czytam słowa takie jak te, które przytoczyłem powyżej, wiem, że za nimi stoi myśl, która w dzisiejszym świecie jest absolutnie bezcenna. Tyle że to już jest temat na osobny tekst. Jak komuś mało, to zachęcam do czytania notki sprzed paru dni, zatytułowanej Paint It Black. To jest właśnie mniej więcej o tym samym. A jeśli komuś ten wpis się spodoba, to bardzo proszę o łaskawe wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta.

37 komentarzy:

  1. @toyah
    Wiesz jest ze mną pewien kłopot, nie specjalnie przyznaję się do tego publicznie, otóż nie mam specjalnego talentu do języków obcych w tym również do angielskiego. W całej twórczości piosenkarskiej zagranicznej zazwyczaj wsłuchiwałem się w melodie a słowa były zazwyczaj nie do końca zrozumiałe. I tak rozumiem oczywiście co to znaczy love, you , me, sorrow, baby itd.
    I tak podchodziłem do muzyki śpiewanej, ważne aby linia melodyczne była przyjemna i słowa też się w tym przyjemnie układały.
    No trochę zwracałem uwagę co w życiu ulubieni przeze mnie artyści robią.
    Kiedyś coś mnie podkusiło i zacząłem poszukiwać tłumaczeń pewnych piosenek, no i się przeraziłem. Przeczytałem też tłumaczenie Imagine...
    Tak o to sączy się jad nihilizmu.


    Na wszelki wypadek pozostałem przy Cat Stevens'ie i Barry White'cie.

    Piękny tekst - jak zwykle zresztą

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, tak.

    Adele słuchałem pasjami jak się pokazała pierwsza płyta "19". Zauroczenie zaczęło się od "Chasing pavements", potem było "Hometown Glory", dylanowskie "Make You Feel My Love" i dalej cała płyta co do jednego kawałka. "21" też świetna. Naturalna dziewczyna, o lata świetlne oddalona od pudrowanych gwiazdek kręcących tyłkiem.
    Zdaje się, że za to samo co Adele polubiłem Elizę Doolittle, a zaczęło się od pewnego filmiku z "Puck up" w wersji unplugged.

    http://www.youtube.com/watch?v=k9lfOWqligQ

    Adele w wersji unplugged też jest doskonała.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli się dobrze zastanowić, to ta piosenka Imagine jest o śmierci.

    Tylko śmierć spełnia wyrażone tam oczekiwania.

    Piękna muzyka dla chorej treści.

    OdpowiedzUsuń
  4. @raven59
    Cat Stevens i Barry White? Okay. Świetny wybór.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Kazef
    Ja mam 19 w dwudyskowym wydaniu. I tam jest ten koncert akustyczny.

    OdpowiedzUsuń
  6. @orjan
    Ja jestem na to Imagine tak uczulony, że nawet tej muzyki nie znoszę. Po Jealous Guy, najgorsza piosenka na płycie. Cała ta płyta jest do bani.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mogę na ten tekst odpowiedzieć dwoma swoimi dawnymi przemyśleniami:
    http://kolatka.blogspot.com/2010/10/lennon.html

    http://kolatka.blogspot.com/2009/08/relacja-z-drugiej-reki-czyli-wojna-w.html

    Co do Lennona to zaczyna mnie ostatnio wkurzać. Jego dorobek w Beatlesach polegał na tym, że razem z Paulem tworzyli dokonały duet autorski uzupełniając się.
    Kiedyś matka Paula podobno miała mu powiedzieć: "Nie zadawaj się synu z tym Lennonem, bo zobaczysz, że źle skończysz."

    A to rzecz arcyciekawa jako odtrutka na lewackie poglądy w wykonaniu innego Beatlesa
    http://kolatka.blogspot.com/2010/03/pranie-mozgu.html

    OdpowiedzUsuń
  8. @Toyah

    Bardzo, bardzo dziękuję.

    To dla mnie zaszczyt, naprawdę prawdziwy zaszczyt być wymienionym w Twoich tekstach. Mam też nadzieję, że moje naleganie na poruszenie tego tematu potraktowałeś bardziej jako pomysł niż zamówienie. Filmu "Killing Fields" nie znam więc obejrzę (dzięki Tobie obejrzałem Gran Torino i to było wydarzenie. A na "King's Speech" byłem dwa razy).

    Jednym z pierwszych w ogóle Twoich tekstów jakie przeczytałem był ten napisany po śmierci Michaela Jacksona (That's Entertainment - polecam tym, którzy nie czytali)

    Nikt nie pisze o popie tak jak Ty.

    Wielkie dzięki i ukłony.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Andrzej
    Tekst o Lennonie nie podoba mi się. Uważam że go realizujesz. I to w dodatku w sposób okropnie mało wyszukany.
    Co do Harrisona, powiem tylko, że moja córka bardzo się cieszy, że ona pokochała Beatlesów już po jego śmierci. Bo, jak twierdzi, a ja to wiem, ona by tego nie przeżyła. Ja go też Zawszę lubiłem najbardziej.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Andrzej
    Miało być 'idealizujesz'. Pieprzony edytor.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Andrzej @toyah

    Na początku ich popularności była taka moda, że każdy fan obierał sobie swojego ulubionego bitlesa. Ja akurat wolałem Stonsów, ale jeśli już, to Harrisona. Za Norwegian Wood i za While My Guitar Gently Weeps.

    Co do formacji rozumowej (wyłączywszy Ringa), to moim zdaniem, świat się nieco za bardzo dla nich otworzył w stosunku do ich ograniczeń umysłowych. Te zaś wynikały z przewagi czasu poświęconego wydawaniu dźwięków nad czasem pobierania wiedzy.

    Na jakimś etapie, gdy stali się "jak Jezus Chrystus", stać ich już było tylko na szukanie prostych wyjaśnień. Ewangelia była już za trudna.

    Moda przesłoniła głupotę wyborów myślowych. Same old story.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Toyah

    Lennon autorytetem? Weźcie na wstrzymanie. Nawet gdy zawężymy - autorytetem w dziedzinie..., to też pytanie w jakiej dziedzinie? Jak spędzić przyjemnie tydzień w łóżku?

    Dlaczego ludzie żądają, żeby ktoś, kto się im ewentualnie podoba, był od razu autorytetem.

    Bardzo często samym artystom odbija i twórca takiego dobrego "Pepe wróć" ustawia siebie na miejscu wyroczni.

    Ale podążając śladem Imagine, a to właśnie czynisz w swoim tekście, po prosu chcemy, żeby wszystko było normalnie i miało swoją odpowiednią miarę.

    Więc artyści są do rozbawiania i wzruszania i nic więcej.
    Czy Lennon, czy Joffe.

    OdpowiedzUsuń
  13. @orjan
    Norwegian Wood to był chyba Lennon? Harrison tam tylko pinkolił na sitarze?

    OdpowiedzUsuń
  14. @jazgdyni
    Biorąc pod uwagę to, jaką ta kobieta była potworą, to nawet tu nie był ekspertem.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Toyah

    A pozatym, co żeś się tak uczepił tego Jealous Gay? Od razu widać, że nigdy nie byłeś poważnie i mocno zakochany. Ja to akurat lubię, ale nie w marnej wersji Lennona, tylko Biana Ferrego.

    A w czasach, gdy wszyscy szaleli za bitelsami, to mi dawali kopa Troggsi z Wild Thing, Animalsi i Kingsi.
    Nie bitelsi czy jakieś Mamas & Papas.

    I ciekawostka - nigdy mnie nie rajcowali Stonsi.

    OdpowiedzUsuń
  16. @toyah

    No popatrz, tyle lat żyłem w błędzie. Może dlatego, że wtedy mnie uwiodło to brzdąkanie na sitarze skojarzone z marzeniem ściętej głowy o opuszczeniu komunizmu autostopem do Kathmandu, itd.

    Z rozpaczy przygłodziłem się nieco i kupiłem sobie takiego podwójnego Ravi Shankara. To dopiero była porcja brzdąkania!

    W końcu za psie pieniądze trafiłem dwie płyty takiego duetu Sonny Terry & Brownie McGhee i mnie naprostowało.

    OdpowiedzUsuń
  17. @jazgdyni
    Jak ja byłem zakochany, to sUłuchałem 'I Want You' Dylana, a w najgorszym wypadku 'Waiting In Vain' Marleya. Błąd który zrobiłeś z tym gejem jest bardzo znamienny. Jeśli to jest piosenka dla zakochanych, to najwyżej dla zakochanych gejów. I to też raczej tych mniej wybrednych, bo pedali bardziej ambitni płakali raczej na Hey Jude.

    OdpowiedzUsuń
  18. @orjan
    No tak. Na ten rodzaj oszustwa jakim był Ravi Shankar, nawet Led Zeppelin by nie pomogli. Tu już tyko można było się schronić w najbardziej chamskim bluesie.

    OdpowiedzUsuń
  19. @toyah

    A żebyś wiedział! Pomogło do dzisiaj.

    Wtedy mieszkałem we Wrocku, gdzie wkrótce, szybciej niż w reszcie kraju, przyszedł soul i inne takie do rozładowania zmysłów.

    No, poza tym, porządny rock, w tym te cepy, ale dla mnie jakoś tylko do drugiej płyty włącznie.

    W każdym razie, moje ostatnie zorganizowane spotkanie z Beatlesami, to podłoga u mojej koleżanki przy sierżancie plus ze 20 innych osób.

    Żyło się!

    OdpowiedzUsuń
  20. @jazgdyni

    Ferry'ego to i ja lubię. Poza tym, mi też covery Beatlesów podobają mi się bardziej niż oryginały (zazwyczaj!)

    OdpowiedzUsuń
  21. @orjan
    Racja. Żyło się jak nie wiem!

    OdpowiedzUsuń
  22. @orjan
    Ponosi Cię. Jednak Beatlesi i Lennon, to niebo a ziemia.

    OdpowiedzUsuń
  23. Drogi toyah'u,

    dla mnie TA piosenka Lennona, mimo jej szeroko pojętej wzniosłej aspiracji, zawsze była świadectwem głupoty ludzkiej w sensie 'two wrongs do not make a right' czyli w tym wypadku 'czym bardziej głupi będziemy tym bardziej staniemy się mądrzy i dobrzy i wszystko będzie git.' Tylko na jakiej podstawie skoro bez Boga i wynikającej z tego miłości do bliźniego cholera go wie?

    Mnie natomiast w roku 1991 zauroczyła ta modlitwa http://www.youtube.com/watch?v=hVhAwWkshSg&feature=related napisana przez Prince'a dla Martiki. Właśnie dziś po twoim wpisie pierwszy raz obejrzałem video tej piosenki, i mimo świeckiego stylu jej produkcji, krzyż i słowa tej modlitwy są dalej tak mocne jak zawsze.

    Love, thy will be done
    I can no longer hide
    I can no longer run
    No longer can I resist your guiding light
    That gives me the power to keep up the fight
    No longer
    Love...thy will be done
    Since I have found you my life has just begun
    And I see all of your creations as one perfect complex
    No one less beautiful or more special than the next
    We are all blessed and so wise to accept
    Thy will love be done

    Love, thy will be mine
    And make me strive for the glorious and divine
    I could not be no more satisfied (satisfied...)
    Even when there's no peace outside my window there's peace
    Inside and that's why I no longer run (No longer...)
    Love thy will be done

    Love, thy will be done
    I can no longer hide
    I can no longer run (no longer...)
    Love, thy will be done
    Thy will love be done

    Oooh, no longer can I resist (no..) the guiding light (guiding light)
    The light that gives me the power to keep up the fight
    I couldn't be more satisfied (no...)
    Even when there's no peace outside my window there is peace inside
    And that's why I can no longer run
    Love thy will be done (thy will be done, love, love thy will be done...)

    Love, thy will be done
    I can no longer hide
    I can no longer run
    Love, thy will be done
    Thy will love be done

    Love, thy will be done
    I can no longer hide
    I can no longer run (no, no, no)
    Love, thy will be done
    Thy will love be done...
    Thy will love be done...
    Thy will love be done

    OdpowiedzUsuń
  24. @adthelad
    Prince jest niesamowity. Ona też, ale Prince jest niesamowity.

    OdpowiedzUsuń
  25. Rzeczywiście jest niesamowity. A w tym wideo obraz Matki Boskiej z Guadalupe to po prostu kropka nad i (jeżeli można się w ten sposób wyrazić).

    OdpowiedzUsuń
  26. Jak śpiewał bardzo ironicznie Marc Bolan: "I got Rolls-Royce, cos it's good for my voice" [Children of The Revolution].
    Co to lewackości Lennona nie ma co się spierać, jest oczywista i również oczywiście zaindukowana przez Ono.
    Ale... co do muzyki? Lennon był na pewno najlepszym muzykiem z Beatlesów, jego piosenki niosą emocje, tak jak PMcC wyłącznie estetykę.
    Oczywiście, jak zwykle, zawsze można użyć starego, "co się komu podoba", bo to też istotne.

    Ja z kolei uwielbiam muzykę Zappy, a jego poglądy to dla mnie zlepek lewactwa z niewiadomo czym - pewnie polityczną głupotą :)
    Keep On Rocking In The Free World!
    [lewacki Neil Young]

    OdpowiedzUsuń
  27. @Muni
    Co tak to jakoś się porobiło, że większość tak zwanych artystów to lewacy. Dlaczego tak jest, to dłuższy temat. Ale jest jak jest. Nam tylko pozostaje podziwiać tych, którzy mają talent i tępić tych, co go nie mają, lub go marnują.
    Co do Zappy, on go notorycznie i w sposób przestępczy marnował.

    OdpowiedzUsuń
  28. @Toyah

    No nie! Brian Ferry pedałem?
    Skąd ty to wszystko wiesz kurcze?

    OdpowiedzUsuń
  29. @Muni

    Zappa był spoko. Lecz on zawsze uczciwie wysyłał wystarczające sygnały, by nie traktować go poważnie. A jeśli już, to po głęboookim namyśle, a nie tylko na skutek baraniej mody.

    @toyah

    Ja też uważałem, że Zappa oddał talent za robienie sobie jaj. Zmieniłem zdanie, gdy rozpowszechniły się nagrania video z jego występów. W stosunku do wrażeń z płyt wcześniej przerabianych na gramofonie, zapis video mocno dodaje Zappie sensu.

    Ja bym tego nawet nie sprawdził, ale w ramach edukacji muzycznej syna łatwiej mi było znaleźć Zappę na DVD. Może też spróbuj z DVD, jeśli pamiętasz go tylko z gramofonu.

    To jest szurnięte, ale ma sens.

    OdpowiedzUsuń
  30. @jazgdyni
    Nie napisałem, że Ferry to pedał. Ja takich rzeczy nie robię. To Ty zrobiłeś błąd w pisowni i wyszło na to, że piosenka Lennona nosi tytuł 'Zazdrosny gej'. A ja tylko zażartowałem, że jeśli to ma być piosenka miłosna, to chyba tyko dla zazdrosnych gejów.

    OdpowiedzUsuń
  31. @Toyah

    O cholera, rzeczywiście!
    Nigdy się nie podejrzewałem o gejowskie inklinacje. Już raczej może trochę libertyńskie. Ale zawsze hetero.

    OdpowiedzUsuń
  32. A taki kower?

    http://www.youtube.com/watch?v=FTHgO8F4V1I

    OdpowiedzUsuń
  33. @orjan
    No to, to ja rozumiem! Fajna piosenka. Trochę za bardzo przypomina Hey Jude Beatlesów, ale da się słuchać.

    OdpowiedzUsuń
  34. @toyah

    To przecież całkiem markowa kapela była to Assagai. Kolesie z Rodezji Południowej.

    Jak się tam zrobiło Zimbabwe, to chyba przestali grać (ze zgrozy?)

    http://www.youtube.com/watch?v=QYhHbPG97bM

    OdpowiedzUsuń
  35. @orjan
    Jestem w stanie łatwo w to uwierzyć. Bo Zappa był wielkim muzykiem i kompozytorem. Niestety, któregoś dnia uznał, że jest przed wszystkim intelektualistą i prześmiewcą, i wszystko - przepraszam, ale inaczej nie umiem - spierdolił.

    OdpowiedzUsuń
  36. Dlatego ja zakładam "filtr na poglądy", bo Zappa faktycznie "spierdolił". Pytanie, czy tkwiąc w show-business i żyjąc w Kalifornii miał jakieś wyjście? To jak życie w ciągłej pomroczności:) Ale ja oddzielam muzykę od tekstów, które okazjonalnie też nie są kompletnie głupie, kiedy tylko nie usiłuje politykować.
    Podobnie może być z Lennonem - obok łzawych pierdołów typu Jealous Guy i Imagine jest przecież Cold Turkey,Instant Karma i Give Me Some Truth.

    OdpowiedzUsuń
  37. @Muni
    Zgoda. Instant Karma i Cold Turkey to arcydzieła.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.