poniedziałek, 30 listopada 2015

Targi, czyli razem do boju

Targi książki – jakiekolwiek targi książki, a już szczególnie targi tak wyjątkowe, jak Warszawskie Targi Historyczne – z punktu widzenia autora, mają to do siebie, że nigdzie indziej z tak pełną jaskrawością nie można w jednej niemal chwili ujrzeć cały sensu pisania. Wszyscy wiemy, jak wygląda typowa księgarnia. Wchodzimy do którejkolwiek z nich i pierwsze co widzimy, to te tony papieru, na którym wydrukowano słowa jakichś, w 99 procentach kompletnie anonimowych, autorów, słowa dla choćby najmniejszej cząstki świata obojętne, niepotrzebne, tak bardzo nieważne, że równie dobrze mogłoby ich nigdy nie być. No i leżą tam te książki, na które nikt nie zwraca uwagi, które następnie są coraz bardziej przeceniane, by wreszcie wylądować w tych smutnych koszach wystawionych na ulicy, czy w ulicznych antykwariatach, gdzie są dalej sprzedawane po złotówce, czy dwa złote za sztukę. I jeśli nawet jakimś cudem się zdarzy, że ktoś się jednak zdecyduje, autor będzie ostatnią osobą, która się o tym niezwykłym z pewnego punktu widzenia sukcesie dowie.
Znamy więc te księgarnie i ów cały tak egzotyczny rynek i myślę, że wtedy właśnie, w chwilach tego typu refleksji, mamy szanse sobie uświadomić, jak ważny może się stać bezpośredni kontakt z czytelnikiem. Kiedy stoimy tam z tą książką i ktoś nagle się pojawia, mówi poproszę jedną, albo dwie, bo ta druga to na prezent, i czy można poprosić o dedykację, a potem płaci za ów produkt – bo to przecież w pewnym sensie jest produkt – można poczuć coś na kształt wstrząsu. No i równocześnie musi się pojawić pytanie, dlaczego? Z jakiej racji? Za co?
No ale jest jak jest i trzeba to wszystko z pokorą przyjąć.
Byliśmy tam na tych targach z Gabrielem przez cztery ostatnie dni (ja w sobotę i niedzielę) i chętnie potwierdzę wszystko, co on już zdążył napisać na blogu. Myśmy tam sprzedawali, sprzedawali i sprzedawali. Miałem już okazję być na różnego rodzaju targach, ale czegoś takiego, co się stało tym razem, ani nie widziałem, ani też sobie nie wyobrażałem. Jak to się stało, co takiego zaszło przez miniony rok, by sytuację tak drastycznie zmienić, nie mam bladego pojęcia, ale fakt jest faktem – tak ani wcześniej nie było, ani na coś takiego nawet się nie zanosiło.
A zatem, to jest pierwsze wrażenie, jakie można odnieść, kiedy się jest na targach książki. Ów nieprawdopodobny wręcz kontakt. Druga rzecz jednak, jaka się rzuca w oczy, to obecność praktycznie wszystkich tych gwiazd – i to gwiazd spod najróżniejszych szyldów – które się zna wyłącznie z mediów. Nie jestem w stanie wyliczyć, kto się tam nam przed oczami przewinął: Piotr Marciniak z TVN-u, Jacek Sasin z rządu, Piotr Semka z „tygodnika Pawła Lisickiego”, brat Karnowski bliźniak Karnowskiego, Longin Pastusiak z PRL-u, Rafał Ziemkiewicz z nie wiadomo skąd, Tomasz Turowski z Moskwy, Krystian Brodacki z „Jazz Forum”, a nawet słynny ksiądz Oko, którego ja już mam okazję spotykać od dłuższego czasu i nie mogę się pozbyć wrażenia, że on wychodzi z domu tylko po to, byśmy wszyscy mogli go ujrzeć, jak się porusza… no i wielu, wielu innych. Z niektórymi można porozmawiać. Więc, proszę sobie wyobrazić, że ja akurat miałem okazję wymienić parę uwag z jednym z nich, dziennikarzem tygodnika „W Sieci”. Ze względów oczywistych, nie wymienię jego nazwiska, natomiast opowiem, jak wyglądała owa rozmowa:

- Czemu pan to robi?

- Bo dobrze płacą.

- Ale to jest straszne. Przecież wy jesteście najgorsi.

- Owszem, najgorsi.

- Czyli chodzi o te pieniądze?

- Też.

- No dobra. Rozumiem. Natomiast pan zna tych ludzi, którzy tam piszą?

- Znam.

- Czemu więc to jest na takim poziomie? Czy oni tak piszą ze szczerego serca, czy może uważają czytelników za idiotów?

- Uważają was za idiotów.

- Czyli oni wierzą, że ja jestem takim durniem, że do mnie można tylko w ten sposób, bo inaczej nie dotrze?

- Tak. Właśnie tak.


Na targi książki jeżdżę od paru lat i mam z nich wiele wspomnień. Gdy chodzi o spotkania z czytelnikami, minione targi pozostaną jedne z najważniejszych. Spotkanie z dziennikarzem tygodnika „W Sieci”, jednym z ważniejszych prawicowych publicystów, uważam za coś, co wszystko właściwie ustawia w nowej kompletnie perspektywie. Ja oczywiście to wszystko niby od dawna wiedziałem i nawet o tym pisałem, tym razem jednak uzyskałem potwierdzenie słuszności moich przewidywań od osoby znajdującej się w centrum tego nieszczęścia. I to, z mojego punktu widzenia, stanowi wydarzenie, którego nie jestem nawet w stanie komentować.
W tej sytuacji wrócę do moich książek, do ludzi, którzy je kupują, no i do podstawowego pytania, czemu oni to robią? Otóż – pomijając oczywiście to co podstawowe, a więc to, że to sa zwyczajnie dobre książki – chodzi o to, że ja czytelnika nie traktuję, jak idioty. Ja go traktuję z powagą, szacunkiem i czułością. I on to wie, albo przynajmniej czuje. I nam obu to w zupełności wystarczy.
Spałem wczoraj w samym hotelu Hilton na Grzybowskiej, który mi ufundował jeden z odwiecznych przyjaciół tego bloga. Wstałem rano, oddałem w recepcji tę śmieszną kartę do otwierania drzwi i najpierw poszedłem na niedzielną mszę, a potem już pojechałem na same targi. I oto z samego rana odpadł mi guzik od koszuli, w związku z czym przynajmniej w okolicach mojego brzucha wyglądałem dość idiotycznie. W tej sytuacji, na blogu Gabriela zwróciłem się do wszystkich planujących wizytę na targach, by mi przynieśli igłę i granatową nitkę. No i się zaczęło. Zabawne? Nie koniecznie. Bo tu właśnie mamy pełen obraz tego, o czym ja chcę dziś opowiedzieć. Chodzi o to, że nie wolno ludzi traktować jak idiotów, nie należy ich oszukiwać, trzeba mieć do nich szacunek i z nimi rozmawiać, nawet z tymi, których nie jest łatwo szanować. A oni wtedy przyjdą i przyniosa nam igłę z nitką by nas poratować, gdy nam odpadnie guzik. Ot i cała zagadka.
Wychodziłem spod tej trasy W-Z już wprost pod Zamek, gdy nagle zobaczyłem coś co Warszawa uznała za konieczne szczególnie hołubić, czyli rzeźbę dwóch żołnierzy, polskiego i ruskiego sołdata jak stoją obok siebie, patrzą odważnie w przód, a pod spodem jest napis: „Razem w boju”. Zrobiłem im zdjęcie i wysłałem mojej żonie, a ona mi napisała: „To zupełnie jak ty z Gabrielem".
No a ja sobie pomyślałem, że może nie zupełnie, ale owszem, my też patrzymy przed siebie.

Już w czwartek rozpoczynają się targi we Wrocławiu. Ja będę na miejscu w sobotę i w niedzielę, no a Gabriel od początku. Zapraszam wszystkich. Póki co, książki można kupować wyłącznie w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

2 komentarze:

  1. Ależ wy z Coryllusem też traktujecie ludzi jak idiotów - wydaje wam sie że macie monopol na prawdę i czytelnik albo ją zaakceptuje albo wypad. Nie ma dyskusji. Na salonie24 czytałam dyskusje i komentarze pod felietonami i nie podobało mi się to traktowanie " z buta" innych ludzi. Agresja słowna, napadanie, przypisywanie złych intencji, nieprzyjemne odzywki. I to nie tylko w stosunku do osób, które ewidentnie miały jakieś złe intencje, ale też zupełnie przyjaznych i spokojnych komentatorów, którzy mieli swoje racje, tyle że niezgodne z waszą obowiązującą i jedynie słuszną linią.
    Bardzo to nieprzyjemne. Trochę pokory - to przecież chrześcijańskie podejście.
    Myślę że pycha was zjada.
    Dlatego los przytrze wam nosa na maksa.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Angela
    Nie przypominam sobie, by traktował nieuprzejmie kogokolwiek, a zwłaszcza "zupełnie przyjaznych i spokojnych komentatorów". Poproszę o jakiś przykład, to przeproszę.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.