środa, 5 marca 2014

Czy ksiądz Kazimierz Sowa lubi kubańskie cygara?

Do pisania tego tekstu przymierzam się już z różnymi przerwami od dłuższego czasu i jeśli dziś go przedstawiam, to głównie przez to, że obawiam się iż jeśli tego nie zrobię teraz, nie zrobię już tego nigdy, a mam silne przeczucie, że to by stanowiło jakieś zaniedbanie. A słowo daję, że jest coś, co mnie od tego by się tu szczególnie angażować mocno odpycha, a mianowicie zawstydzająca wręcz trywialność tematu. W końcu, skoro już jakiś czas temu zgodziliśmy się co do tego, że ten blog będzie zawsze starał się wyprzedzać ludzkie emocje o parę kroków, głupio jakoś wskakiwać w sam ich środek, czyż nie? No ale, jak mówię, sprawa nie daje mi spokoju od dłuższego już czasu, więc myślę, że może lepiej będzie, jeśli ją zamkniemy raz i na zawsze.
Pamiętam jak kiedyś zdarzyło mi się trafić na bardzo zabawny tekst znanego nam już tutaj amerykańskiego dziennikarza Boba Greene’a, w którym przyznaje on, że oto właśnie złamał bardzo stanowczo przestrzeganą w jego środowisku zawodowym zasadę, by nie przyjmować od osób z zewnątrz jakichkolwiek prezentów. I oto z okazji setnej rocznicy istnienia firmy produkującej najsłynniejsze na świecie kije baseballowe o nazwie Louisville Slugger, otrzymał on w prezencie specjalnie zaprojektowany kij ze swoim nazwiskiem w miejscu, gdzie zwykle znajdowały się nazwiska największych baseballistów Ameryki. Felieton Greene’a jest, jak mówię, napisany w sposób bardzo zabawny, a jego główna myśl jest taka, że on wprawdzie wie, że za to, że on ów prezent przyjął, może mieć poważne kłopoty, jednak ów kij dla niego jest tak cenny, że jeśli redakcja będzie próbowała mu go odebrać, on woli raczej umrzeć, niż go oddać. Dlaczego? No, to jest już bardzo proste: dla niego, podobnie jak dla znacznej części Ameryki, baseball to świętość niemal od urodzenia, a Louisville Slugger to nieodłączna część owej świętości.
Lubię czytać Greene’a, więc mam dużo różnych powodów, by i ten tekst zapamiętać i dobrze wspominać, tu jednak mam wciąż w głowie to co Greene napisał o owej zasadzie, by nie przyjmować prezentów od osób z zewnątrz, w obawie przed oskarżeniem, że w ten sposób ktoś uzyska nienależny mu wpływ na politykę redakcji. No i przypomniał mi się tamten tekst dziś, kiedy nagle dowiedziałem się, że członkami Rady Nadzorczej krakowskiej spółki znanej powszechnie jako Krakchemia są ksiądz Kazimierz Sowa i były wieloletni szef Biura Ochrony Rządu, Marian Janicki. Co to za spółka ta Krakchemia? Otóż, poza działalnością, która nas nie musi interesować, właściciele Krakchemii są też głównymi właścicielami sieci delikatesów Alma, oraz firmy pod nazwą Krakowski Kredens, a ponadto reprezentują na polskim rynku takie firmy odzieżowe, jak Burberry, Kenzo, czy Hugo Boss, a właściciel Krakchemii jest też właścicielem fimy Premium Cigars, która na polskim rynku jest wyłącznym dystrybutorem kubańskich cygar, no i jak się niedawno dowiedziałem, sekretarzami Rady Nadzorczej owej Krakchemii są znany nam wszystkim na tyle dobrze, by o nim tu więcej już nie mówić, ksiądz Kazimierz Sowa, oraz Marian Janicki, a więc człowiek, który jako szef BOR-u odpowiadał za przygotowanie wyjazdu prezydenta Kaczyńskiego i 95 innych osób do Smoleńska, a następnie za swoje zasługi został przez prezydenta Komorowskiego wyróżniony stopniem generalskim.
Ponieważ zatem zarówno Janicki jak i Sowa to z naszego punktu widzenia postacie w najmniejszym stopniu nie anonimowe, warto by było się dowiedzieć, kim jest człowiek, który im tę robotę dał. Otóż on się nazywa Jerzy Mazgaj, jest wybitnym krakowskim biznesmenem, o którym osobiście nie wiem nic, albo prawie nic. Wszystkiego czego się na jego temat dowiedziałem, to to, co znalazłem w Sieci, a więc że jest on bardzo zamożny, mieszka w „otoczonej parkiem willi, którą w czasie okupacji zbudowano dla Hansa Franka i jego generałów”, jest członkiem miejscowego Rotary Club, osobiście jednak, jak zaświadcza sam ksiądz Sowa, jest osobą bardzo skromną i w osobistych kontaktach wyjątkowo „zwyczajną”, do tego stopnia, że swojej córce wyraźnie powiedział, iż sobie nie życzy, by ona budowała swoją karierę na karierze starego Mazgaja, że ma do wszystkiego dojść własną pracą i zdolnościami, i przez to dziś ona jest zaledwie skromnym dyrektorem w jednej z firm swojego ojca.
Sam Mazgaj nie ma ani jachtów, ani wysp na Karaibach, żyje bardzo skromnie, a jego największą radością jest rodzina oraz kubańskie cygaro plus szklaneczka 25 letniego ulubionego szkockiego singla pod wieczór. Niestety, nie znalazłem żadnych informacji na temat ludzi, z którymi on się ewentualnie lubi podzielić tym cygarkiem i tą flaszką. To znaczy, tam się pojawia tylko ów ksiądz Sowa, no ale czy on lubi kubańskie cygara, no i czy w ogóle jest pijący – o tym ani słowa. Osobiście myślę, że chyba jednak nie. Jako katolickiemu księdzu, to do niego nawet pewnie taka rozpusta nie pasuje. Widziałem też zdjęcia samego Mazgaja i on też nie wygląda, jakby tych garniturów od Hugo Bossa i płaszczów Burberry używał osobiście, ale przyznaję, że pozory mogą mylić. Tak, więc, jak mówię, o Mazgaju nie wiem niemal nic. A mimo to wciąż mi chodzi po głowie tamten tekst Boba Greene’a napisany z okazji setnej rocznicy założenia firmy Louisville Slugger, no i tego, że jej właściciele podarowali mu z głupia frant ten kij.
Pora kończyć, i od razu muszę przyznać, że czuje bardzo mocno, że z tego tekstu nie wyniknie nic, co by potwierdzało, że warto było go w ogóle pisać. No ale czasem się tak zdarza. Przynajmniej więc mam ten spokój, o który od początku przecież chodziło.

W przyszłym tygodniu, na co bardzo liczę, zaczynamy sprzedaż książki „Kto się boi angielskiego listonosza”, poświęconej językowi angielskiemu i jego nauce. Zbieram więc pieniądze już nie tylko na codzienne życie, ale też na sfinansowanie jej druku i wydania. Bardzo proszę o wsparcie. Dziękuję.

5 komentarzy:

  1. Znów mnie wbiłeś w glebę. To są sprawy o których gdzieś tam kątem oka wiemy, ale jak się tak dostanie opis kawa na ławę i pomyśli to robi się niezmiernie smutno.
    Wszędzie polecam dwa amerykańskie seriale: BOSS i nowszy trochę podobny House of Card z Kevinem Spacey'em. Teraz oglądam drugi sezon. Polityka od kuchni na najwyższym poziomie.
    Tam jest wszystko co i u nas. Jest nepotyzm, wymuszenia, haracze, szczurownia, walka bez pardonu o pozycję, śmierć na zlecenie albo wykonywana własnoręcznie, emocje, pożądanie. Wszystko. Cała gama ludzkich występków, głównie z tej ciemnej strony. Ale równocześnie pokazany jest ich System, jak działa, jakie są standardy, jak wyglądają układy międzyludzkie. Porównując to do tego co mamy w Polsce to jest kosmos. Niby to samo bo polityka ma swoje prawa ale wszystko jest zarazem zupełnie inne. U nas tzw. "parasol" jest zaciśnięty jak ruski kułak. Albo jest szczelny albo przecieka w zależności od zleceń. Tam wszystko jest płynne, ruchome i dynamiczne. Olbrzymia konkurencja powoduje to, że oni chcąc nie chcąc muszą się trzymać mocno w ryzach bo każdy błąd jest natychmiast wykorzystywany. I jak coś wypływa to się przepada na amen.
    Wiem, że to tylko seriale i filmy bo w nich też to widać ale z czegoś ta potęga Ameryki się wzięła. Oglądam to i mam świadomość, że nasi politycy i ludzie mediów ze swoim podejściem do tego wszystkiego, tam nie wyszli by poza poziom rady osiedla. Medialiści nie wyszli by poza poziom lokalnej rozgłośni serwującej pogodę i stare hity. Z taką mentalnością dalej by nie dali rady. A u nas są ludźmi ze świecznika. To działa tak samo w każdej dziedzinie. Przepaść.
    Nie wiem czy widziałeś filmik jak pracownik zieleni miejskiej sprzątający śmieci znalazł amerykańską flagę? Ktoś go anonimowo nagrał jak z pietyzmem składa sztandar w kostkę wg wszelkich do tego wymyślonych prawideł. I nikt go tam nie wyśmiał a wręcz przeciwnie, gość swoim zachowaniem postawił wszystkich do pionu. To jest w nich, wbite od dzieciaka. Jak ten baseball i popcorn. Wszystko takie samo a jakże inne o tej naszej prl-owskiej potiomkinowskiej wsi. Mam tu oczywiście na myśli tylko ludzi i ich mentalność. I oczywiście nie wszystkich ale głównie tych z telewizora.

    OdpowiedzUsuń
  2. @crimsonking
    Ja to trochę znam. Mój syn to oglądał i ogląda,i co chwilę mi przynosi jakieś fragmenty. Faktycznie rewelacja. Swoją drogą, zauważyłeś, że te telewizyjne seriale pod względem artystycznym wyparły kina?

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do seriali to fakt, niektóre wymiatają ponadprzeciętnie.Kino samo jest sobie winne produkując gnioty. Ja kiedyś tak miałem że jak zacząłem oglądać jakiś film to musiałem go skończyć nawet jak się flaki wywracały. Teraz już nie daję rady. A często są to filmy z dosyć dobrą obsadą aktorską. Dobrą znaczy jakaś średnia ławka hollywoodzka. Nie da się taka miazga. Choć niektóre seriale są w ten sam deseń. Sieczka dla młodzieży. Ogólnie płyty z muzyką zastąpiły zbiory mp3-ek, seriale wypierają pełny metraż a internet wypiera całą resztę. Tematy na długie rozmowy.

    Jeszcze co do tego księdza Sowy, to taki mi się dowcip przypomniał.
    "Spotyka się dwóch kumpli i jeden pyta -Stasiek, czemu masz taka smutną minę? A wiesz, buty mnie cholernie cisną. To czemu sobie nie kupisz wygodniejszych? Bo wiesz, ogólnie mam w życiu przerąbane, żona mnie zdradza, kredyty nie dają żyć, firma się wali, dzieci ciągle chorują, normalnie plagi egipskie, więc jedyna moja radość to jak wracam wieczorem do domu i te buty ściągam."

    Myślę, że z tym Sową jest podobnie. Kiedy on wraca do domu z tych rad nadzorczych, z tych mediów, z tego światowego życia, umęczony po czubek głowy, to jedyna jego przyjemność kiedy zaraz za drzwiami ściąga tą koloratkę, tą sutannę, ciska to w kąt i czuje ulgę nie do opisania. To cygaro czy ewentualnie jakiś burbon to tylko na docisk, ot mam to palę. On miał chyba szóstkę z etyki u M. Środy.
    http://wpolityce.pl/artykuly/5666-to-naprawde-robi-wrazenie-ks-kazimierz-sowa-jestem-od-wielu-lat-pod-wrazeniem-stylu-polityki-w-wykonaniu-premiera-tuska

    OdpowiedzUsuń
  4. @crimsonking
    To chyba nie o to poszło, że w kinach są do dupy filmy, ale że tam się nie da tych filmów spokojnie oglądać. Z jednej strony masz smród prażonej kukurydzy, z drugiej bandę rechoczących durniów; po paru minutach masz już dość wszystkiego.
    Co do Sowy, ja myślę, że on ma na sumieniu jakieś bardzo ciężkie grzechy, a tej sutanny jeszcze nie zrzucił, bo ona mu pomaga w biznesach.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapach popcornu mi nie przeszkadza ale chrupanie, szeleszczenie, śmichy chichy itp. doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Kilka razy już mi się głośno wypskło, że przed kinem należy zjeść obiad. Całkiem zapomniałem o tej sprawie. Jak jeszcze film nie jest za mocny i nie "odłączy" od otoczenia to faktycznie jest masakra.

    Co do Sowy to też mam takie zdanie. Chodziło mi o to, że ta sutanna go ciśnie jak te buty. Wieczorem zdejmuje a rano wciąga i się w niej czuje jak w koszuli Dejaniry. Prawdziwy ksiądz patriota.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.