sobota, 22 marca 2014

O strasznych skutkach puknięcia się w czoło

Miejsce to, co każdy z nas mógł bardzo łatwo zauważyć, od dłuższego już czasu nie jest praktycznie w ogóle poświęcane omawianiu Katastrofy Smoleńskiej, czy choćby tylko nawiązywaniu do kwestii się z nią łączących. Jeśli ów temat się pojawia, to najwyżej w bardzo krótkich komentarzach, będących jednak przede wszystkim bardziej dawaniem świadectwa, niż kontynuowaniem tematu. Dlaczego tak? Powód mojego milczenia jest przede wszystkim taki, że ja osobiście sprawę uważam za zamkniętą. 10 kwietnia 2010 roku, polski samolot rządowy z Lechem Kaczyńskim, Marią Kaczyńską i 94 innymi osobami na pokładzie, podczas podchodzenia do lądowania na lotnisku w Smoleńsku padł ofiarą zamachu i wszyscy pasażerowie plus załoga zginęli. Koniec. To jest cała informacja i biorąc pod uwagę zarówno stan śledztwa, społecznych emocji i siły propagandy Systemu, dalsze roztrząsanie przez nas tej sprawy jest pozbawione moim zdaniem jakiegokolwiek sensu.
Skąd ja wiem, że w Smoleńsku był zamach? Czy ja może jestem większym fachowcem od specjalistów z odpowiednimi referencjami? Czy ja może przeanalizowałem te wszystkie satelitarne zdjęcia, które od czterech lat widzę to tu to tam, pokazujące mi jakieś kropki, krzyżyki i współrzędne, które mi nic nie mówią? Oczywiście że nie. Za moim przekonaniem, że w Smoleńsku doszło do zbrodni, stoi tak zwany zdrowy rozsądek, który w codziennym życiu każe mi wierzyć, że jeśli mam przed sobą pustą szklankę, to zapewne ktoś wcześniej z niej coś wylał, albo czegoś do niej nie nalał. Podobnie, nie mam ochoty dyskutować z ludźmi, którzy twierdzą inaczej, lub uważają, że sprawa wcale nie jest taka prosta, bo skąd ja na przykład wiem, że w tej szklance na przykład nie było dziurki, albo że ten kto do niej nalewał nie był trzęsącym się staruszkiem, któremu wszystko się wylało obok. Nie chce tych debat, bo wiem, że jeśli oni to robią, wypełnieni są albo szaleństwem, albo złą wolą, albo jednym i drugim. To są dokładnie ci sami ludzie, którzy, kiedy się im mówi o ochronie życia poczętego, jako argument za aborcją natychmiast zaczynają przedstawiać jakieś fantazje o zgwałconych zakonnicach. A więc dyskusji żadnej nie będzie. I kropka.
A jednak, jak widzimy, przełamałem się i postanowiłem w temacie Smoleńska, czy może owej kompletnie pozbawionej sensu debacie, jaka się wokół tego nieszczęścia toczy, zabrać głos. I od razu niestety muszę zapowiedzieć, że ów głos będzie musiał wyłącznie potwierdzić moją oryginalną opinię: tu w ogóle nie ma ani o , ani z kim rozmawiać.
O co poszło? Otóż, jak wszyscy chyba wiemy, polscy prokuratorzy – z przyczyn, które mnie ani nie interesują, ani też nie uważam, żeby one w ogóle były dla nas jakoś szczególnie istotne – po czterech latach badań ogłosili, że ani gen. Błasik, ani inne osoby, podejrzewane o to, że leciały do Smoleńska po pijaku, pijane jednak nie były. I można by było tę wiadomość podsumować jednym krótkim „a odp…olcie się wreszcie od nas”, gdyby nie fakt, że reakcja na to oświadczenie jest tak powszechna, że naprawdę trudno jest nad nią przejść do porządku dziennego. Oto z jednej strony, wszystkich tych, którzy tak jak my, o tym że gen. Błasik pijany podczas pamiętnego lotu nie był, wiedzą już od owych czterech lat, najpierw ogarnęła satysfakcja tak wielka, jakby właśnie System oficjalnie przyznał się do morderstwa, a następnie przerodziła się ona w ponawiane raz za razem żądanie, by ci, którzy przez tyle lat kolportowali to kłamstwo, powiedzieli „przepraszam”. Zupełnie tak, jakby owo „przepraszam” mogło cokolwiek zmienić. Zupełnie tak, jakby owa informacja, że gen. Błasik – no a skoro nie on, to pewnie też nie prezydent Kaczyński – jednak pijany nie był, mogła mieć dla nas jakiekolwiek znaczenie.
Powtórzę to raz jeszcze. Mijają cztery lata od tamtej strasznej zbrodni, lata wypełnione kłamstwem i nienawiścią dotychczas cywilizowanemu światu nieznaną, i po owych czterech latach dokładnie ci sami ludzie, którzy to kłamstwo i tę nienawiść z takim zaangażowaniem budowali, przychodzą i mówią, że gen. Błasik, podobnie jak reszta pasażerów tamtego lotu jednak pijani nie byli. A my na to, zamiast – i to też powtórzę – powiedzieć im, żeby się od nas odpierdolili, prosimy ich, żeby powiedzieli „przepraszam”. Zapewne głównie po to, byśmy im wtedy mogli powiedzieć, że co jak co, ale oni jednak honor mają.
Ale to nie są jedyne głosy komentujące owo oświadczenie. Jak się można było spodziewać, odezwali się też ci, którym to że tamten samolot jednak nie leciał na ostrym gazie w żaden sposób nie pasuje. No i oni się już niczym nie przejmują. Oto jeden z nich przychodzi i tłumaczy, jak to wedle polskiego prawa, człowiek określany jest jako nietrzeźwy dopiero powyżej 0.5 promila alkoholu, a więc wcale nie wiadomo, czy oni wszyscy tak naprawdę nie byli pod wpływem, tyle że ów wpływ był mniejszy, niż liberalne polskie prawo określa jako stan upojenia. Potem przychodzi następny i szydzi, że cztery lata to okres zdecydowanie zbyt długi, żeby po jego upływie ocenić, czy gen. Błasik i reszta byli pijani czy nie. Komisja Anodiny badała Błasika tuż po katastrofie, więc oni chyba mieli lepsze i bardziej wiarygodne dane, prawda? Kto inny z kolei, przyznaje, że no może faktycznie pijani nie byli, ale czy nie nadszedł czas, by się zwrócić do Amerykanów, by ujawnili treść telefonicznej rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z bratem? I tak dalej, i tak dalej.
A my co z tego wiemy? Otóż dla nas informacja jest jedna – prokuratura przyznała się do kłamstwa i teraz ma przeprosić. W tej sytuacji, to ja chciałbym przeprosić wszystkich bardzo, ale skoro nikt tego za mnie zrobić nie chce, to ja to powiem sam: „Odpierdolcie się ode mnie. Na zawsze. A jak będę miał do was sprawę, to się sam zgłoszę. I niech wam się nie wydaje, że przyjdę prosić o to, byście przeproszali”.
A zatem, to jest jedna z dwóch rzeczy, która mnie skłoniła do pisania o Smoleńsku. Druga jest taka, że wczoraj w Salonie24 przeczytałem bardzo ciekawy tekst blogera podpisującego się Peemka: http://pmk.salon24.pl/574950,liczba-fragmentow-samolotu-w-wyniku-eksplozji-porownanie. Tekst ten zainteresował mnie o tyle, że chyba po raz pierwszy od dawna miałem okazję, czytając o Katastrofie Smoleńskiej, nie męczyć sobie oczu jakimiś satelitarnymi zdjęciami i strzałkami, które mi nic nie mówią, ale zapoznać się z czymś, co w toku dyskusji pod wspomnianym tekstem zostało nazwane „zasadą przyczynowości”, a co sam autor bardzo ładnie opisał przy pomocy takiego oto przykładu:
„Jak Pan się puknie palcem w głowę w wyniku czego pańska nie tylko głowa ale i całe ciało rozpadnie się na setki kawałków to można powiedzieć, że zgodnie z wiedzą sprawdzoną i uniwersalną skutek jest nieadekwatny do przyczyny. Innymi słowy - przyczyna musi być proporcjonalna do skutku”.
Czego dotyczył tekst, dyskusja pod nim i wyżej zacytowany przykład? Otóż bloger Peemka opisał trzy katastrofy lotnicze, z którego to opisu wynikało niezbicie, że jeśli w pewnym samolocie na wysokości kilku tysięcy kilometrów wybucha bomba, a on spadając rozbija się na dziesięć tysięcy kawałków, to kiedy inny samolot spada na ziemię z pięćdziesięciu metrów i rozbija się na owych kawałków 60 tysięcy, wniosek z tego może być tylko jeden: że ktoś się temu drugiemu samolotowi w taki sposób rozczłonkować się pomógł, i to nie przy pomocy zwykłej bomby, ale bomby niezwykle niezwykłej.
No i tu też natychmiast pojawili się komentatorzy, którzy poczuli nieopanowaną potrzebę zakwestionowania owej logiki. I co się okazało? Otóż dopóki nie określimy naukowo konkretnej liczby szczątków od których możemy brać pod uwagę wybuch, nie możemy w ogóle wybuchu zakładać. Po tym mądrali przyszedł następny i zaczął dowodzić, że ponieważ w Lockerbie nie szukano tak dokładnie jak w Smoleńsku i nie rozkopywano ziemi przy pomocy archeologów, prawdopodobnie tam znaleziono tylko małą część wszystkich szczątków samolotu. Kiedy Peemka wyjaśnił, że tam na podstawie znalezionych kawałków odtworzono 95 procent kadłuba, ów ktoś zaczął argumentować, że my nie wiemy, ile tych kawałków się znajdowało w tych 5 procentach. Później znowu przyszedł ktoś, kto przypomniał, jak to kiedyś z kilku tysięcy metrów do oceanu spadł pewien samolot i rozbił się na 2 miliony kawałków, a przecież wszyscy wiemy, że woda jest bardziej miękka niż nawet pełna błota smoleńska ziemia. Ponieważ dalej debata zrobiła się już tak poważna, że pojawiły się dawno nieobecne wykresy, to i ja naturalnie odpadłem. Natomiast to co we mnie zostało, to owo przekonanie, że to wszystko jest całkowicie pozbawione sensu. Po czterech latach od tamtej tragedii i tamtej strasznej śmierci, z jednej strony świadomość tej zbrodni, a z drugiej propaganda mająca na celu skuteczne owej świadomości wyparcie, sprawiają, że jakakolwiek dyskusja na ten temat jest niczym więcej, jak tylko irytującym brzęczeniem. Minęły cztery lata i każda była, obecna i ewentualna rozmowa już zostały ostatecznie zakończone. To z czym mamy do czynienia dziś, to niemal dokładne powtórzenie owej ewangelicznej przypowieści o grzeszniku, który zanim wpadł na wieczność w ogień piekieł prosił Boga, by mu pozwolił jeszcze swoim bliskim powiedzieć, by nie grzeszyli, bo los jaki ich czeka jest losem najstraszniejszym, a Pan mu powiedział, że skoro dotychczas nie uwierzyli, to choćby On sam na nich zszedł, nie uwierzą. Nie uwierzą dopóki ich samych ten ogień nie ogarnie. Nie uwierzą.
I tu jest dokładnie tak samo. Do części z nich nie ma co mówić. Część z nich, choćby i sam Bóg do nich przyszedł i im powiedział, że jeśli podchodzący do lądowania samolot, z wysokości 50 metrów uderza w błotnistą ziemię i rozpada się na 60 tysięcy drobnych kawałków, a znajdujący się w nim pasażerowie doznają takich obrażeń, że ich strzępy można zbierać z tego błota tak samo jak owe szczątki samolotu, to znaczy, że tam nastąpił niezwykle silny wybuch, to oni Bogu powiedzą dokładnie to samo co dziś mówią i sobie i nam, czyli że On nie wziął pod uwagę tego czy owego i żeby się w związku z tym wreszcie zamknął, bo jeśli nie to oni poproszą Ruskich o pomoc, by ci nie wierzącą w zamach mniejszość chronili przed agresją oszołomów.
To już chyba faktycznie lepiej próbować poprowadzić z każdym z nich osobną debatę na temat, czy jeśli do szklanki nalejemy wodę, to szklanka się zapełni, czy wręcz przeciwnie – się opróżni. Przynajmniej temat będzie bardziej pasował do poziomu dyskutantów. A gdy idzie o Smoleńsk, przykro mi to powtarzać, ale sprawa jest z całą pewnością zamknięta na zawsze. I dziś to wiem tak dobrze, jak chyba nigdy dotychczas.

Serdecznie proszę o wsparcie dla tego bloga. Albo przez kupowanie książki o angielskim listonoszu i innych (tuż obok), albo przez wspieranie nas pod podanym (też tu obok)numerem konta. Znaleźliśmy się w tych dniach - paradoksalnie, również przez tę książkę - na krawędzi, jakiej nie widzieliśmy dawno. Dziękuję za każdy gest.

2 komentarze:


  1. Toyahu,

    'A gdy idzie o Smoleńsk, przykro mi to powtarzać, ale sprawa jest z całą pewnością zamknięta na zawsze. I dziś to wiem tak dobrze, jak chyba nigdy dotychczas.'

    Zgadzam sie ze wszystkim co dzis nam tu przedstawiles,oprocz wklejonych powyzej dwoch zdan na sam koniec.

    Nie bede zgadywac co Cie przekonalo ostatecznie do tak kategorycznego stwierdzenia choc mam pewne podejrzenia.

    Powiem Ci tylko jedno- jak juz PiS przegra kolejne wybory, na co wszystko wskazuje i przejdzie do historii,nasz swiat sie nie zawali,kiedys przyjda duzo lepsi od nich ( zgodzisz sie, ze to nie bedzie takie trudne)zdobeda wladze i podadza nam glowy odpowiedzialnych za Smolensk na tacy.Dozyjemy.

    OdpowiedzUsuń
  2. @tobiasz11
    A ja z kolei nie zgadzam się z Tobą co do tego, że PiS przegra najbliższe wybory. Wygra, pokaże osoby odpowiedzialne za Smoleńsk, i nikogo poza nami to nie obejdzie.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.