piątek, 11 czerwca 2021

O niezwykłej pobożności koronawirusa

 

        Myślę że każdy kto chociaż trochę zna ten blog, wie bardzo dobrze, że ostatnią rzeczą jaka przychodzi mi do głowy w tym moim pisaniu, jest narzekanie na działania rządu i odpowiednich delegowanych przez rząd służb wobec tak zwanej „pandemii”. Od razu wyjaśnię, że sformułowania „tak zwanej” użyłem, a słowo „pandemia” umieściłem w cudzysłowie, nie bez przyczyny. Otóż, mimo że wobec tego co na nas spadło ponad rok już temu pozostaję z pochyloną głową i ani mi przez myśl nie przejdzie, by urządzać tu jakiekolwiek demonstracje, to od samego początku jestem niezmiennie gotowy na przyznanie, że to jest, tak jak to właśnie określiłem, pandemia „tak zwana”.

      Czemu tak? Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli przyjmiemy, że mamy do czynienia z autentycznym zagrożeniem – a ja i to jestem oczywiście, w swojej wręcz systemowej niewiedzy, gotów przyjąć – to każdy rząd siłą rzeczy porusza się w sensie wręcz dosłownym po omacku. Jeśli spojrzeć na świat, to sposobów walki z tym czymś było mniej więcej tyle samo co zaangażowanych w nią rządów: my zamykaliśmy parki i lasy, Szwedzi otwierali wszystko, Holendrzy lali ludzi po łbach pałami, Brytyjczycy w swoich sklepach zakładali specjalne taśmy odgradzające towary pierwszej potrzeby od potrzeby drugiej, a nawet dziś jeszcze, w Paryżu, gdzie właśnie odbywa się wielki tenisowy turniej, gdy swój mecz rozgrywali Djokovic i Berrettini, władze najpierw przesunęły początek godziny policyjnej z 21 na 23, a o 23, widząc że pojedynek się tak szybko nie zakończy, te 5 tys. widzów z trybun wygnali, by ci szybko wracali do domów i nie rozsiewali wirusa. A więc każdy robi to co mu w głowie zaświta, a my – pardon me french – gówno wiemy, więc jaki ja mam powód by się czepiać polskiego rządu?

        Stało się jednak tak, że przy okazji notowanego powszechnie spadku zakażeń, nasza władza postanowiła poluzować część obostrzeń i to tu to tam zapanowała niemal całkowita wolność, wolność do tego stopnia, że – wprawdzie dopiero po interwencji abp. Gądeckiego, no ale jednak – uznano za dopuszczalne by w kościołach podczas Mszy zajęta była aż połowa miejsc. I to właśnie jest pierwszym powodem dla którego postanowiłem po raz pierwszy w tym ponurym czasie rzucić kamieniem. Jak wiemy, o ile ksiądz nie postanowi przynudzić, Msza trwa zwykle jakieś 45 minut. Ludzie niemal w komplecie siedzą w maseczkach, nie dyszą sobie nawzajem w nosy, przekazując sobie znak pokoju, kiwają głowami, Komunię przyjmują na rękę, a po owej niespełna godzinie wracają do domu. Ja tymczasem, jak niedawno wspominałem, odbywałem podróż koleją z Katowic do Przemyśla i z powrotem i proszę sobie wyobrazić, że w podczas wyprawy w tamtą stronę w moim przedziale znajdowało się osiem osób, i to nie przez 45 minut, ale znacznie dłużej, z czego niezmiennie, dwie osoby, a w porywach trzy, siedziały z maseczkami na szyi, a w drodze powrotnej – to był wagon bez przedziałów – każde miejsce było zajęte i pies z kulawą nogą nie zadał sobie pytania, czemu to towarzystwo ma się przerzedzić dopiero wtedy, gdy udadzą się do kościoła.

       Ja oczywiście rozumiem, że bardzo trudno jest sobie wyobrazić, by w okresie wakacyjnym Polskie Koleje Państwe nagle wprowadziły na tory podwójną liczbę pociągów, tak by ludzie nie siedzieli sobie na kolanach, no i nie ma też konkretnego sposobu by się uzerać z tymi cwaniakami, którzy uznali że oni są zbyt dumni by nosić jakieś „szmaty na ryju”. A więc okay. Autokary, tramwaje, autobusy, pociągi mają wozić ludzi tak, by nikt nie poczuł się pozostawiony sam sobie, no ale skoro tak, to po ciężką cholerę udawać że wszystko jest na swoim miejscu i ustalać limit osób mogących się jednocześnie modlić w kościele?

      Tu niedaleko znajduje się klasyczny ogólnospożywczy targ, i tam regularnie przebywa tłum jakiego – z mojego punktu widzenia, niestety – żaden kościół w Polsce od czasów PRL-u nie widział. A zatem pytam, co stoi na przeszkodzie, by polski rząd pozwolił proboszczom udostępniać chętnym, na te 45 minut, całą przestrzeń świątyni?   

      Tego nie wiem i podejrzewam że tego nie wie nikt, aIe tu też pojawia się kwestia zupełnie nowa. Otóż, moim zdaniem na przeszkodzie nie stoi nic i, czy to minister Niedzielski, czy osobiście premier Morawiecki, doskonale to wiedzą. Trzeba by było bowiem być kompletnie oderwanym od rzeczywistości, by uczciwie w ten właśnie sposób zarządzać pandemią, a w to że oni nie mają kontroli nad tym co robią, zwyczajnie nie wierzę. Jedyne zatem co mi przychodzi do głowy, to to, iż pierwsza decyzja, by Kościołem się nie zajmować i zostawić ową jedną osobę na 15 m2, a decyzja kolejna, podjęta ewidentnie w rekacji na bardzo stanowczy głos abp. Gądeckiego, by jednak udostępnić wiernym aż 50% kościelnej przestrzeni, to efekt nie epidemicznych kalkulacji, lecz zwykłego strachu przed tym, jak na zwolnienie kosciołów z pandemicznych ograniczeń zareaguje lewa część sceny. Przypomnę: dziś w Paryżu obowiązuje godzina policyjna, a na tym tle my tu w Polsce musimy przyznać, że u nas tak naprawdę nigdy nie było porządnego lockdownu. Z wyjątkiem, niestety, Kościoła. Nawet knajpy w najgorszym okresie mogły dostarczać żarcie na telefon. Triduum Paschalne, i to nawet na Watykanie, w zeszłym roku zostało wyjęte z kalendarza. Po raz pierwszy w historii chrześcijaństwa. Przepraszam bardzo, ale jeśli mimo tego skandalu, dziś nagle Kościół musi walczyć z Polskimi Kolejami Państwowymi o to, by im jednak pozwolono się modlić, to z tym światem jest coś nie tak.

          Swoją drogą, czy myśmy tego akurat przpadkiem nie wiedzieli już od pewnego czasu?

 

 


 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.