sobota, 25 stycznia 2014

Z notatnika dupy - nie kibica

Kiedy chodziłem do liceum, miałem fantastycznego kumpla o imieniu Zbyszek, na którego akurat i tak wszyscy i tak mówiliśmy nie inaczej, jak tylko „Stopa”. Stopa był moim serdecznym kolegą, z którym moja przyjaźń oparta była tak naprawdę nawet nie na wspólnej miłości do Beatlesów, ale na czymś, co jest wręcz niemożliwe do określenia. Jak to w życiu.
Oprócz tego, że Stopa grał na gitarze tych Beatlesów, on miał kompletną szajbę na punkcie angielskiej ekstraklasy piłkarskiej, i nie dość, że znał nazwy wszystkich angielskich drużyn, a prawdopodobnie też ich składy, to regularnie i na bieżąco – kupując w KMPiK-u, w nowej Polsce zamienionym na EMPiK, co tydzień „Daily Mirror” – śledził tamte rozgrywki. Ulubioną drużyną Stopy był West Ham, a ponieważ ja z jednej strony o stanie piłki nożnej na Wyspach miałem pojęcie znikome, a z drugiej owa sytuacja dla Stopy była nie do zniesienia, uznał on za stosowne zrobić dla mnie przynajmniej tyle, by uczynić mnie kibicem konkretnej drużyny. I to wtedy dowiedziałem się o istnieniu Evertonu. Któregoś dnia Stopa przyszedł do mnie i powiedział: „Kibicuj za Evertonem. Oni są fajni”. Do dziś więc, moją drużyną jest Everton.
Od czasu, gdy skończyłem liceum, ze Stopą się nie widziałem. Wiem, że mieszka dziś w Kanadzie i to wszystko. Któregoś dnia napisał do mnie na Naszej Klasie, ja mu natychmiast odpisałem, wymieniliśmy się numerami telefonów, umówiliśmy się na rozmowę, no ale, jak to w życiu, jakoś nam zeszło, i dziś, poza tym, że on mieszka w tej Kanadzie, nie wiem o nim nic. Nie wiem też oczywiście, jak tam wygląda aktualna sytuacja w Evertonie, które oni zajmują miejsce w lidze, a już z całą pewnością nie umiem wymienić nazwiska choćby jednego ich piłkarza, ale to wiem z całą pewnością: jeśli ktoś mnie spyta, komu kibicuję, to bez mrugnięcia okiem, odpowiem – Evertonowi. A jeśli ktoś będzie dociekał, i zapyta, dlaczego, udzielę odpowiedzi oczywistej: „Bo Stopa mi ich polecił”.
Co mi strzeliło do głowy, by po raz drugi w ciągu jednego tygodnia pisać o sporcie? Otóż wcale nie chodzi o piłkę nożną, ale, tak jak poprzednio, o tenis. Rzecz w tym, że ja się na tenisie, i w ogóle na sporcie, znam dokładnie tak, jak na piłce nożnej, natomiast zarówno, jak chodzi o tenis, piłkę nożną i w ogóle sport, moje serce jest tak samo dokładnie otwarte, jak to się dzieje w przypadku piłkarzy z Liverpoolu. Mam na głowie mnóstwo różnych rzeczy, ale, jeśli tylko nadarzy się okazja, jestem gotów naprawdę na wiele.
Piłka nożna zatem, to Everton, natomiast co do tenisa, również nie mam żadnych dylematów. Oto dwoje tenisistów, którym bezwzględnie kibicuję. Przede wszystkim, jak już pisałem wcześniej, Agnieszka Radwańska, a zaraz po niej – Rafael Nadal. Dlaczego lubię Radwańską, nie muszę wyjaśniać, a jeśli idzie o Nadala, tak się jakoś w pewnym momencie stało, że go polubiłem, postanowiłem mu kibicować, i od tego czasu życzę mu wszystkiego najlepszego, niezależnie od tego, jak mu idzie na tych kortach. Pamiętam, jak w pewnym momencie on zaczął robić wrażenie kogoś, kto lada chwila będzie zmuszony zakończyć tę karierę, czy to ze względu na naturalną obniżkę formy, czy może z powodu fatalnie zrujnowanego zdrowia, a ja nadal kibicowałem Nadalowi. Radwańskiej i Nadalowi.
W stylu absolutnie mistrzowskim wrócił Nadal na pierwsze miejsce w rankingu. Wczoraj w półfinale turnieju w Melbourne pokonał w trzech setach Federera, jutro zapewne wygra z Wawrinką, i na swoim koncie zapisze 14. wielkoszlemowe zwycięstwo.
Oglądałem wczoraj pojedynek Nadala z Federerem. Kto ten mecz oglądał razem ze mną, wie wszystko. Nadal to tenisowy geniusz w wymiarze niemal surrealistycznym. Ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na dwa elementy, który, być może nie są już tak dyskutowane, jak jego kolejne zwycięstwa. Pierwszy z nich to ten, że w ciągu minionego roku, ów słynny, nerwowy nawyk Nadala, polegający na tym, że on przed każdą kolejną piłką, całkowicie bezwiednie, musi dotknąć swojego nosa, uszu, policzków, poprawić włosy, koszulkę i spodenki, wzmocnił się o tyle, że on to wszystko musi powtórzyć jeszcze raz, a niekiedy dwa razy. Pytano o to szczególne natręctwo samego Nadala w którymś z wywiadów, no i on odpowiedział, że on sobie w ogóle nie zdaje sprawy z tego, że to robi.
A więc, to jedno. Druga rzecz, która mnie przy okazji tego kolejnego już zwycięstwa poruszyła, to fakt, że on kilka ostatnich pojedynków, w tym wspomniany z Federerem, rozegrał z bardzo ciężkimi ranami na lewej dłoni – dłoni, w której on trzyma rakietę. Widziałem te pęcherze, fizycznie niemal czułem ten ból, który on musiał czuć w każdej sekundzie meczu, patrzyłem na niego, jak wygrywa kolejne piłki, i jedyne co sobie myślałem, to to, że ja oczywiście jestem dla niego pełen podziwu i zachwytu, ale byłoby mi bardzo przykro, gdyby do takiego stanu doprowadziła się Agnieszka Radwańska. Nawet za cenę zostania najwybitniejszą tenisistką wszechczasów. Jeśli ona ulegnie podszeptom, z jednej strony, kibiców, a z drugiej, tych wszystkich biznesów, które ją otaczają, jak sępy, i, owszem, stanie się wreszcie niepokonana, ale za to zacznie się zachowywać jak japońska zabawka za milion dolarów, na moment przed nieuchronną i ostateczną awarią, będzie mi bardzo, ale to bardzo przykro.
A zatem, moje kibicowanie pozostanie na poziomie ustalonym przed wielu już laty: kiedy się dowiem, że Everton zdobył wreszcie mistrzostwo, bardzo mi będzie miło; kiedy Nadal wyprzedzi wszystkich i zostanie ogłoszony największym tenisistą w historii, poczuję wielką satysfakcję, a ile razy Agnieszka Radwańska wyjdzie na kort, a cały stadion będzie jej wiwatował, bo jest świetną tenisistką i mądrą, piękną dziewczyną, może sobie nawet od czasu do czasu przegrać. To nie jest jakaś szczególnie wygórowana cena za te chwile satysfakcji.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.